sobota, 23 maja 2015

„Git-ludzie”, szara masa i „cwele”



Pamięć i wiedza o życiu w obozach, więzieniach, zamkniętych domach dziecka ważna była dla szeregu pokoleń Rosjan. Temat ten poruszały dzieła literackie i piosenki bardów. Badaniami zajmowali się psychologie i socjologowie. Niewielu z nich mogło pochwalić się dorobkiem równie bogatym, co profesor Michaił Kondratiew. Badał struktury hierarchiczne w stosunkach międzyludzkich, typowe dla placówek penitencjarnych i wychowawczych typu zamkniętego. Na kilka tygodni przed śmiercią, w rozmowie z MIchaiłem Czerkalinem podzielił się wspomnieniami z własnego pobytu za kratami i sformułował kilka ważnych spostrzeżeń odnoszących się do relacji między światem więziennym, a społeczeństwem na wolności.






Dlaczego wychowankom domów dziecka łatwiej dostosować się do „koszarowej” rzeczywistości? Jak kształtują się i na czym bazują w środowiskach hermetycznych stosunki między władzą i osobami jej podległymi? Dlaczego z punktu widzenia organów administracyjnych nieoficjalne „kasty”, funkcjonujące w koloniach karnych, są zjawiskiem pożądanym? Trzy tygodnie przed samobójstwem jeden z pionierów rosyjskiej psychologii penitencjarnej, profesor Michaił Kondratiew, opowiedział Artiomowi Czerkalinowi o swoich doświadczeniach z okresu pobytu w więzieniu.



Refleksje Michaiła Kondratiewa zapisał Michaił Czerkalin





W Możajsku, w obozie dla niepełnoletnich, odsiaduje wyrok ok. 200 skazanych za ciężkie przestępstwa.
Foto:Jegor Gabwrilenko (http://gavrilenko.livejournal.com/14785.html)




Wybór zawodu psychologa więziennego w pewnym sensie narzuciło mi samo życie. Do całego szeregu innych profesji miałem po prostu zamkniętą drogę. W wieku 17 lat trafiłem do więzienia, a stamtąd do kolonii dla młodocianych przestępców. Brałem udział w pospolitej ulicznej bójce, ale tak się złożyło, że w 1973 r. Rada Najwyższa ZSRR wydała postanowienie „O zwalczaniu czynów chuligańskich”. Gdyby nie to, pewnie dostałbym zwykłą grzywnę albo wyrok w zawieszeniu. Na mocy nowego postanowienia skierowano mnie jednak do aresztu śledczego „Matrosskaja Tiszina”.

W areszcie na Butyrkach nie było osobnego oddziału dla nieletnich przestępców, zresztą nie ma go tam i dziś. No a potem, już po rozprawie sądowej, istniała tylko jedna możliwość – skierowanie do „kolonii wychowawczej z przymusem pracy” dla nieletnich i młodocianych przestępców w wieku od 14 do 18 lat.

Obecnie tego typu kolonie noszą nazwę po prostu „wychowawczych”. Praca przymusowa została usunięta z ich programu. I to, moim zdaniem, bardzo negatywnie wpłynęło na osadzonych. Być może wysiłek fizyczny miał niewielki wpływ na sam proces resocjalizacji, ale przynajmniej pozwalał więźniom na wypełnianie czasu choćby jakimkolwiek zajęciem. Obecnie czas wolny służy im głównie do nawiązywania i zacieśniania podejrzanych znajomości, budowania więziennej hierarchii i umacniania wzajemnych zależności w specyficznym systemie stosunków międzyludzkich.

Nierównoprawność stosunków można zaobserwować we wszystkich istniejących społecznościach – zarówno w klasie szkolnej, jak i w drużynie sportowej, w jednostce wojskowej czy w kolektywie pracowniczym. Nierówności te kształtują się w oparciu o stosunki nieformalne, te jak wiadomo, zawiązują się zazwyczaj w sposób spontaniczny i żywiołowy.



Kasty



Inna sprawa, że w takiej wyizolowanej społeczności jak kolonia karna, różnice w statusie społecznym mają charakter jakościowy. Tym właśnie różni się struktura kolonii od innych struktur hierarchicznych istniejących w normalnych grupach społecznych. Zasadniczo grupy funkcjonujące w półświatku przestępczym opierają się na regule kastowości. W kolonii karnej są to struktury czteropiętrowe, czy też czterowarstwowe. Dwie pierwsze kasty tworzą nieoficjalni liderzy oraz ich zausznicy; trzecia kasta składa się z „przeciętniaków”, natomiast na samym dole tej swoistej drabiny społecznej znajduje się grupą powszechnie pogardzanych wyrzutków.

Istnienie takiego zróżnicowania pozycji w grupie potwierdza również fakt, iż podopieczni placówki penitencjarnej używają specyficznej terminologii slangowej. W gwarze więziennej nieoficjalni liderzy to borzyje [polski odpowiednik to „git-ludzie”; dosł. borzyj to „bezczelny, niepokorny, agresywny” - mediawRosji]. Ich zausznicy nazywani są priborziewszymi. Kasta pośrednia to czuszki. Natomiast opuszcziennyje to margines, „wyrzutki społeczne” [polski odpowiednik to „cwele”]. O ile trzy pierwsze kasty należą do „przyzwoitego towarzystwa”, to środowisko opuszcziennych składa się z ofiar różnych wynaturzeń i czynów karalnych. Najczęściej „scweleniu” poddaje się ich za „kablowanie”. Sama kara najczęściej przybiera postać poniżania z zastosowaniem przemocy o charakterze seksualnym. Co istotne, każdą z tych kast cechuje stosunkowo stała liczebność. Borzyje to grupa od trzech do ośmiu osób na 100 więźniów. Około 15 osób to priborziewszyje. Kasta pośrednia składa się z 70-75 ludzi i stanowi rdzeń społeczności więziennej (w przypadku kolonii dla dorosłych uznawani są za tzw. „prawdziwych facetów”, przestrzegających przestępczego „kodeksu”, ale jednocześnie podporządkowujących się rozkazom więziennej administracji). Pozostałe 15-20 osób to opuszcziennyje.



Amnestia w Możajsku



Co ciekawe, taka struktura wewnętrznych podziałów, występująca w zamkniętych placówkach, jest zadziwiająco żywotna. Być może wynika to z faktu, że czynniki zewnętrzne kształtują ją wciąż od nowa, nawet jeśli funkcjonowanie grupy z jakichś względów zostało na pewien czas zaburzone. Na przykład w 1974 r. z okazji 50-lecia ZSRR ogłoszono amnestię, która objęła dość szeroki krąg osadzonych. Możajska Kolonia Karna, do której trafiłem, była wzorową kolonią typu ogólnego: osadzeni, którzy w niej przebywali, w większości byli nowicjuszami, odsiadywali pierwsze wyroki. Dlatego praktycznie wszyscy załapali się na amnestię. Kiedy zbliżał się koniec amnestii okazało się, że możajska kolonia dosłownie opustoszała, zostało w niej zaledwie dwóch ludzi, niespełniających kryterium wiekowego lub odsiadujących wyrok z „niewłaściwego” paragrafu. Gdy przyjechałem tam po latach, już jako naukowiec i psycholog, zaobserwowałem, że raz ustalona hierarchia nie uległa jakimkolwiek, choćby najmniejszym zmianom. Wynikało to z faktu, iż jej źródłem był określony zespół prawideł i zasad, które wychowawcy zawsze odgórnie narzucają podopiecznym. Dzieje się tak dlatego, że system kastowy umożliwia administracji więziennej sprawną kontrolę nad skazanymi. Rzecz jasna, nie ma to nic wspólnego z „przemianą osobowości” czy resocjalizacją.



Ta sama logika



W zasadzie rządzi tu ta sama logika, co i w innych placówkach typu zamkniętego, poczynając od domów dziecka, kończąc na strukturach wojskowych. W wojsku na przykład sierżant, żądając by wysprzątano toaletę, mówi do „dziadka”: „Żeby mi tu wszystko błyszczało!”. Natychmiast po tych słowach powinien wyjść, bo oczywiście, jako wyższy rangą, sam sprzątać nie będzie. Sierżanta nie obchodzi, kto konkretnie się tym zajmie, toaleta ma być wypucowana i już. Dokładnie tak samo wygląda współpraca administracji więziennej i borzych, tj. nieformalnych liderów. Rozkaz zostaje wydany komuś z „git-ludzi”, a kto i jak go potem wykona – nie jest istotne.

Podam inny przykład: oprócz Możajskiej Kolonii Karnej w obwodzie moskiewskim istniała (i nadal zresztą istnieje) Kolonia Ikszańska. Później, jako psycholog prowadziłem badania w obu tych koloniach. W Możajsku zauważyłem, że procent nieoficjalnych liderów w stosunku do stanu osobowego całego bloku był dwu- a nawet trzykrotnie wyższy, niż w Ikszy. W tej drugiej placówce na blok przypadało maksymalnie trzech liderów, nie więcej. Długo nie mogłem zrozumieć, z czego to wynika. W końcu jednak znalazłem przyczynę: w Możajsku zajmowano się głównie seryjną produkcją łyżek na specjalnych prasach, natomiast w kolonii ikszanskiej działał cech odlewniczy. Okazało się, że według niepisanego przestępczego kodeksu borzyje w ogóle nie mogą pracować. W przypadku produkcji łyżek można zwolnić od pracy 10 ludzi na 100, a i tak uporają się z realizacją planu. Natomiast w odlewni zwolnienie 10 ludzi jest już niemożliwe. Trzech na stu to maksimum. Zatem automatycznie liczba nieformalnych liderów była tam trzykrotnie niższa.

Co istotne, człowiek prowadzący badania nad systemem wzajemnych stosunków panujących w kolonii, bez trudu może określić status więźnia na podstawie samych tylko zewnętrznych atrybutów. Gdyby postawiono przede mną 100 ludzi, to z marszu będę mógł określić pozycję każdego z nich. Żadne dodatkowe badania mi nie potrzebne. Wystarczy, że spojrzę na ich ubrania.



W obozie dla małoletnich skazanych obowiązuje nieformalna hierarchia regulująca położenie każdego z nich
także w oczach administracji. Foto:Jegor Gabwrilenko (http://gavrilenko.livejournal.com/14785.html)




Spodnie "dzwony" i kurtki skórzane



W czasach, kiedy ja odsiadywałem wyrok, w modzie były spodnie „dzwony”. A z przydziału więźniowie dostawali coś zupełnie przeciwnego – górna część nogawek była szeroka i zwężała się ku dołowi. Skazani znaleźli na to radę. Obcinali nogawki, odwracali je do góry nogami i przyszywali na nowo. W ten sposób powstawały „dzwony”. Obuwie robocze (w więziennym żargonie nazywano je kocy) ozdabiano blaszkami zwędzonymi z warsztatu, buty teraz błyszczały. Najbardziej szykownym elementem stroju była czapka-uszanka, jednak musiała różnić się od tych z przydziału. Dla kasty pośredniej, czyli czuszek, typowa była kurtka zakładana przez głowę i zapinana na trzy guziki, tzw. diatłowka. Natomiast skórzane kurtki, rozpinane z góry do dołu (tzw. szkury) nosili wyłącznie przedstawiciele „elity”, tj. borzyje i priborziewszyje. Na całą Kolonię Możajską przypadało tylko sześć granatowych szkur, wszystkie inne kurtki były czarne.

W dwa miesiące po przeniesieniu z więzienia do kolonii, odwiedzili mnie rodzice. To było już moje drugie spotkanie z nimi. Podczas pierwszego widzenia moja twarz miała sinozielony odcień i wyglądała jak nieświeży kurczak na bazarze. Mamie nakłamałem, że jestem chory, a tak naprawdę współwięźniowie spuścili mi wcześniej solidne lanie. To był obowiązkowy etap w procesie wspinania się na wyższe szczeble więziennej hierarchii. O swoje miejsce w grupie walczyłem dość długo, ale warto było. W spadku po moim poprzedniku dostała mi się taka właśnie granatowa kurtka. Pęczniejąc z dumy, na drugie widzenie z rodzicami poszedłem właśnie w niej i w spodniach „dzwonach”. Dzięki temu klawisze przepuścili mnie bez rewizji, a z rodzicami mogłem spędzić całą przepisową godzinę. Innych przeszukiwano, niektórym nawet przerywano spotkanie z krewnymi już po 10 minutach. W pewnej chwili mama spytała szeptem: „Misza, tobie się chyba tutaj żyje zupełnie nieźle, co? Wszyscy mają czarne kurtki, tylko ty jeden masz granatową”. A ojciec na to: „Ten drań to się wszędzie potrafi urządzić”. Po czym wstał i wyszedł trzaskając drzwiami. Od razu się domyślił, że moja kurtka to coś wyjątkowego, że to dowód wysokiej pozycji wśród więźniów.

Paliłem wtedy „Primy”, chociaż w kolonii większym prestiżem cieszyły się „Biełomory”. No więc paliłem te „Primy” ukradkiem, a paczkę chowałem w kieszeni. Za to z kieszonki na piersiach demonstracyjnie wysuwałem rożek pudełka po „Biełomorach”. Oprócz tego o mojej pozycji świadczyły długopisy - miałem najtańsze, po 35 kopiejek za sztukę, ale za to aż w ośmiu kolorach. Ten, kto umiał dostrzec i zinterpretować takie atrybuty, mógł od razu, na pierwszy rzut oka, określić moją wysoką pozycję w więziennej hierarchii.






W naszej brygadzie mieliśmy też przewodniczącego rady ds. skazanych. Facet demonstracyjnie, na oczach strażników, nosił brązową czapkę zamiast przepisowej czarnej. Wewnątrz niej, by ją usztywnić i maksymalnie upodobnić do papachy wszywało się kawałki kartonu. Ten gość na apelach zawsze stał w pierwszym szeregu. Kiedy wychodził na wolność, oddał czapkę jakiemuś ziomkowi. Okazało się jednak, że nowy właściciel był jedynie priborziewszym, a nie borzym. Dlatego już pierwszego dnia, kiedy na apelu „samozwaniec” stanął gdzieś na przedzie, zastępca komendanta brygady zdjął mu tę czapkę z głowy, pociął ją brzytwą i wyrzucił. Pozycja tego „ziomka” w grupie była za niska w stosunku do przywłaszczonego atrybutu.



Kryminaliści na fotografiach



Kiedyś byłem również świadkiem i takiej historii: na przełomie lat 80-tych i 90-tych władze zorganizowały operację „Troska”. Całą akcję wymyślił jakiś generał z MSW. Idea była taka, że kto odsiedział wyrok, miał potem odwiedzić swoją dawną kolonię i opowiedzieć, że po wyjściu z więzienia jest możliwe ułożenie sobie życia na nowo. Oczywiście wcześniej dokonywano selekcji prelegentów i wybierano takich, którym udało się coś osiągnąć, awansować w hierarchii społecznej.


Dzień w obozie zaczyna się o 6,30, kończy o 22.00. Małoletni skazani pracują po 6 godzin dziennie.
Foto:Jegor Gabwrilenko (http://gavrilenko.livejournal.com/14785.html)



Byłem jednym z takich wybrańców, wysłano mnie do kolonii w Możajsku. Razem ze mną przyjechał pewien chłopak, siedział wcześniej, zanim zamknęli i mnie. W kolonii nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy. Pracował w mieście Kemerowo jako brygadzista, w jednej z tamtejszych kopalni, odznaczony go nawet orderem Lenina. Kiedy w asyście jakichś generałów i dostojników przeszliśmy przez wartownię, naszym oczom ukazała się alejka, wzdłuż niej rozstawiono fotografie o wymiarach metr na metr. Spojrzałem na swoje zdjęcie i przypomniałem sobie, w jakich zrobiono je okolicznościach. Było mi potrzebne do zaświadczenia o odbyciu kary. Na całą brygadę przypadała wtedy jedna marynarka, jeden krawat i jedna koszula. Fotograf wieszał na ścianie prześcieradło, przed nim stawiał krzesło fotografował na takim tle. Wydawał przy tym polecenia: „Pochyl głowę w dół i patrz na swoje buty. A teraz, bez podnoszenia głowy, popatrz w obiektyw tak, bym widział sklepienie twojej czaszki”. Wszystko to robiono po to, żeby wklejone do zaświadczenia zdjęcie razie potrzeby ułatwiało milicji zidentyfikowanie delikwenta. W rezultacie na fotografiach widniały fizjonomie najprawdziwszych kryminalistów, złowrogo łypiących spode łba. No i w tej właśnie alejce honorowej, tuż koło wartowni, umieszczono taki właśnie mój portret. Tyle tylko, że mocno powiększony. A tuż nad nim widniał napis: „Doktor nauk psychologicznych, członek-korespondent”.

Ogólnie rzecz biorąc z tych, którzy po odbyciu kary wrócili do normalnego życia, tylko nielicznym udało się odbić się od dna i coś osiągnąć. W tym miejscu należy podkreślić pewien istotny czynnik: ci, którym w kolonii karnej żyło się całkiem nieźle, zwykle prędzej czy później do niej wracali. Natomiast pośród „scwelonych” nie znam nikogo, kto by tam wrócił. Poczta pantoflowa działa niezawodnie i jeśli już raz cię poniżyli, to już nigdy nie będziesz miał możliwości awansować w więziennej hierarchii.



Specyficzne normy i zasady



Osobny i powszechny problem stanowią domy dziecka. Tu znowu powracamy do zagadnienia społeczności hermetycznych. Nie wiadomo czemu panuje powszechne przekonanie, że wychowankom takich placówek życie powinno się ułożyć szczęśliwie. Tylko że jeśli człowiek nauczył się walczyć o swoje, jeśli potrafił się jakoś urządzić w sierocińcu, to potem w normalnym środowisku, w normalnym społeczeństwie zawsze będzie mu wyjątkowo ciężko. W wyizolowanych grupach panują specyficzne normy i zasady. Jeśli potrafisz funkcjonować w tym świecie, to zawsze najłatwiej ci będzie odnaleźć się w innej tego rodzaju zamkniętej grupie. Właśnie dlatego byli wychowankowie domów dziecka doskonale adaptują się do warunków panujących w koloniach karnych czy w armii, z jej „falą” i „gnębieniem kotów”.



Jak się robi herbatę?



W ramach wspomnianej już operacji „Troska” jeździliśmy również po domach dziecka. Jedno ze spotkań wstrząsnęło mną szczególnie: wraz z komisją przyjechaliśmy do Moskwy, odwiedziliśmy pewnego chłopaka w nowej, przydzielonej mu przez państwo po opuszczeniu sierocińca kawalerce. Takie wtedy obowiązywały przepisy. Chłopak chciał poczęstować nas herbatą. Wziął więc zwykły czajnik, nasypał do niego cukru, dolał zimnej wody i postawił na kuchence. Nigdy wcześniej nie widział, jak się robi herbatę. W domu dziecka dostawał gotowy napój w kubku. Takie było jego pojęcie o życiu. Oczywiście to nic strasznego, że nie umiał normalnie zaparzyć herbaty. Nie o to mi chodzi. Chcę jedynie podkreślić, że ten chłopak cały system stosunków międzyludzkich i obyczajów skopiował z domu dziecka, po prostu mechanicznie przeniósł go na grunt zwyczajnego życia w społeczeństwie. Ludzie jednak nie znają tych norm, lub nie akceptują ich, taka osoba czuje się więc wyobcowana. W domu dziecka grono pedagogiczne dokłada wszelkich starań, żeby zapewnić dzieciom dobre warunki bytowe, bo wtedy łatwiej utrzymać kontrolę nad wychowankami, łatwiej ograniczyć do minimum niebezpieczeństwo buntów, przejawów niezadowolenia i awantur. W zasadzie wychowawcy dbają o swój własny interes i mało ich obchodzi, co się stanie z tymi dzieciakami, gdy już opuszczą placówkę opiekuńczo-wychowawczą. Ci młodzi ludzie, którzy zdołali zaadaptować się do życia w tego rodzaju grupie, bardzo często po latach wracają do domów dziecka – tyle, że już w charakterze wychowawców. Natomiast ci, którzy w hermetycznym środowisku sierocińca zawsze czuli się źle, dość szybko odrzucają te normy jak zbędny balast. Dzięki temu łatwiej im wtopić się w normalne społeczeństwo. W koloniach karnych powyższe tendencje są jeszcze silniejsze.





Tłumaczenie: Katarzyna Kuc



Oryginał ukazał się na portalu "Mediazona":
http://zona.media/story/kondratyev/






 Michaił Kondratiew (ur. 1956) pełnił funkcję dziekana na wydziale psychologii Moskiewskiego Uniwersytetu Psychologiczno-Pedagogicznego. Był założycielem i redaktorem naczelnym czasopisma „Psychologia społeczna i społeczeństwo”. Jeden z pionierów rosyjskiej psychologii penitencjarnej. Badał struktury hierarchiczne w stosunkach międzyludzkich, typowe dla placówek penitencjarnych i wychowawczych typu zamkniętego. Jego najwybitniejsze prace to „Budowanie autorytetu”, „Nastolatek w systemie stosunków międzyludzkich w placówce wychowawczej typu zamkniętego”, „Psychologia społeczna w zamkniętych placówkach wychowawczych”. 5 maja 2015 r., po długich zmaganiach z chorobą nowotworową, zakończył życie samobójstwem.












Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com







czwartek, 21 maja 2015

204 artykuły, 300 tys. wyświetleń



204 artykuły, 300 tys. wyświetleń, 1072 przyjaciół na Facebooku. W ciągu kilkunastu miesięcy. Nasi stali czytelnicy wiedzą dobrze, co robimy. Mamy takich wielu. Tłumaczymy wywiady, artykuły publikowane w rosyjskich mediach niezależnych. Czasy, gdy wszyscy uczniowie obowiązkowo uczyli się rosyjskiego odeszły do przeszłości. Bywa, że rosyjskie książki publikowane w Polsce tłumaczone są z angielskiego. Stąd nasza inicjatywa, by udostępniać czytelnikowi polskiemu w internecie ważne teksty opublikowane w rosyjskich mediach niezależnych w tłumaczeniu na język polski. Od nas z pierwszej ręki można dowiedzieć się, co powiedzieli Aleksiej Nawalny, Borys Akunin, Michaił Chodorkowski, i jak widzą sytuację w Rosji Aleksiej Kudrin, Kirył Rogow, Lilia Szewcowa, Aleksander Morozow. Zachęcamy do przeczytania naszego krótkiego sprawozdania i apelu o wsparcie. 








Od czasu do czasu czuję, że jesteśmy winni przyjaciołom bloga "Media-w-Rosji" choćby krótkie sprawozdanie: co zrobiliśmy do tej pory i jakie mamy plany na przyszłość. Od samego początku koncentrujemy się na tłumaczeniu ważnych naszym zdaniem tekstów publikowanych w niezależnych mediach rosyjskich. Od czasu do czasu publikujemy też ważne dokumenty, przemówienia, rezolucje opozycji, organizacji pozarządowych. Nasze możliwości są ograniczone i bywają dni, kiedy mamy wyjątkowo trudny wybór. Tłumaczenie bywa zajęciem pracochłonnym i w tym składzie, jakim dysponujemy obecnie, nie jesteśmy w stanie publikować codziennie nowego artykułu. 


Wychodzi więc na to, że dajemy ok. 15 tekstów w miesiącu. Co miesiąc rejestrujemy średnio 20 tys. wyświetleń, to jest gigantyczny postęp w porównaniu z okresem początkowym. Mam wrażenie, że pod tym względem moglibyśmy konkurować z różnymi ambitniejszymi portalami i stronami. Niemal codziennie dostajemy na nasz adres mejlowy listy z pochwałami. Jak do tej pory, blog powstaje wyłącznie na zasadach społecznych.


Chcielibyśmy zrobić krok do przodu, tłumaczyć więcej, być może też przenieść blog na własną autonomiczną stronę, ułatwić korzystanie z archiwum.





Jednak potrzebne do tego będą pieniądze, lub wolontariusze gotowi do pomocy. W rosyjskim internecie jest to zwykła praktyka, dziennikarze zbierają fundusze na swoje projekty autorskie, lub charytatywne: Arkadij Babczenko, Jewgienija Iwlewa, Jewgienij Lewkowicz i nawet publikowana ostatnio Marina Achmedowa.


Po raz pierwszy więc ośmielamy się poprosić was o rady i wsparcie. Przydaliby się wolontariusze gotowi do tłumaczenia, podpowiedzi, kto mógłby nas wesprzeć finansowo (crowdfunding?), nie odmówimy, gdyby ktoś zdecydował się przysłać nam grosik. W tej sprawie najlepiej przysłać nam wiadomość prywatną, albo na blogowy mejl mediawrosji@gmail.com . Potrzebujemy także kilku chętnych do napisania od siebie kilku zdań z rekomendacjami, jakie moglibyśmy dołączyć do kierowanych do różnych fundacji podań o grant. Dla pierwszej trzech osób, jakie zgłoszą się z konstruktywną propozycją mamy nagrodę: egzemplarz powieści Mariny Achmedowej "Musiałam umrzeć" z autografem autorki.





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com



poniedziałek, 18 maja 2015

Państwo jest okrutne i bezduszne



Od lat jest stale w drodze. Na Kaukazie i na Syberii. W rosyjskiej rzeczywistości odnajduje dramatyczne tematy i tragicznych bohaterów. Są często okrutnie pokrzywdzeni przez los. Narkomani, wielodzietne, samotne matki żyjące w nędzy, zaplątani w politykę i opętani przez fanatyczną religię młodzi ludzie na Kaukazie. Marina Achmedowa, pisarka i dziennikarka moskiewskiego magazynu "Russkij Reportior" pozwala mówić swoim bohaterom, a czytelnikom obserwować ich zachowania i gesty. Nie ocenia wprost. Pokazuje mechanizm, jaki doprowadził ludzi do katastrofy.


 Polski czytelnik ma po raz pierwszy okazję do zapoznania się z twórczością Mariny Achmedowej. Właśnie ukazała się jej powieść "Musiałam umrzeć". Opowiada o młodej dziewczynie z Dagestanu podejmującej się samobójczej misji terrorystycznej.
 

Refleksje Mariny Achmedowej na temat Kaukazu i jej twórczości zanotował Zygmunt Dzięciołowski




Marina Achmedowa. Pisarka i reporterka obdarzona wyjątkowym słuchem i intuicją . 







O snach:

Pewnego razu we śnie zobaczyłam młodego mężczyznę z rudą brodą. Od razu wiedziałam, że to żołnierz. Gotowy był do boju, do walki. Na równinie czekała armia, dziadek czekał na górze. Zapytałam go, jest was zaledwie piętnastu, garstka w porównaniu z nimi, w odpowiedzi usłyszałam we śnie jednio słowo: honor.

Ruszyli do bitwy. Zginął w niej. Potem przyśniła mi się kobieta, siedziała w wiejskim domu na glinianej podłodze. Tkała dywan. Od razu zrozumiałam, że to moja prababcia i że jest żoną poległego wojownika. Powtórzyła po kilka razy: wszystko zabrali, wszystko zabrali. Nie rozumiałam, o co jej chodzi. Potem we śnie do domu wszedł huzar, babcia dała mi nóż i kazała go zabić.  Jestem radykalną pacyfistką, wegetarianką, na co dzień jestem osobą zrównoważoną, ale wtedy we śnie dźgnęłam go całkiem spokojnie.

Ja mam zawsze dużo różnych snów. Chociaż teraz mniej. Ten, o  którym opowiadam, przyśnił mi się 5-7 lat temu. Nie wszystkie sny zapamiętuję, ale bywają takie, że po przebudzeniu przechodzą mnie dreszcze. Takich nie zapominam, każdy ważniejszy utrwala mi się w pamięci. Na całe życie. Nie muszę ich zapisywać.




Powieść Mariny Achmedowej "Musiałam umrzeć" znalazła się w wąskim finale Rosyjskiego Bookera"
konkursu na jedną z ważniejszych w Rosji nagród literackich 



Wtedy, kiedy ten sen mi się przyśnił, nie miałam pojęcia, że stanie się jednym z impulsów do napisania powieści. Kiedy się obudziłam, opowiedziałam go mamie. Ona mi wszystko wytłumaczyła. Mój pradziadek rzeczywiście poszedł na wojnę, po nim wrócił jego biały koń. Ludzie opowiadali, że płakał. Wszyscy wiedzieli, że pradziadek zginął, ale nie wiedzieli jak. Według tamtejszych obyczajów wdowie należało odebrać wszystko, także dzieci, ją samą zaś odesłać z powrotem do rodziców. By wyszła za mąż po raz drugi. Dlatego mojej prababci zabrali syna i córkę. Syna zabrał stryj, brat ojca. Tego chłopca potem otruli, stryj był bogaty i nie chciał, by jego majątek odziedziczyło nie jego dziecko.

Gdyby nie ten sen, nie wiadomo, czy zainteresowałabym się historią rodziny, starała dowiedzieć się jak żyli moi przodkowie. Ten sen mi pomógł, stal się jednym z fragmentów narracji. Bohaterce książki podarowałam historię swojej rodziny. Z dywanem, prababcią, otrutym chłopcem.


Operacja specjalna:

Jeszcze jeden zbieg okoliczności. Od ponad dziesięciu lat jestem dziennikarką. Regularnie jeżdżę w delegacje. Na Kaukaz, do Dagestanu, do Czeczenii. Jeden temat pociąga za sobą następny. Pewnego razu przyleciałam do Machaczkały, stolicy Dagestanu. Natychmiast po wylądowaniu pasażerowie zaczęli włączać komórki, tak dowiedzieliśmy się, że w mieście prowadzona jest operacja specjalna. Nikogo to nie zaskoczyło. Do takich sytuacji zdążyliśmy się przyzwyczaić, zdarzają się regularnie. To trwa tam do dziś, choć teraz słyszymy o nich rzadziej. Od czasów Olimpiady w Soczi wiadomości na ten temat w mediach są blokowane przez władze. Kiedy wybuchł kryzys na Ukrainie, całe zainteresowanie skupiło się na nim, ludzie jakby zapomnieli o Kaukazie. Ale tam wojna trwa dalej, nikt jej nie zatrzymał.

Prosto z lotniska spróbowałam dotrzeć na miejsce operacji. Oczywiście, nie udało się, teren był zablokowany przez policję. Pojechałam do hotelu rozczarowana. Potem miałam trochę szczęścia, pomógł mi człowiek, który nie zdołał zorganizować innego projektu. Przyszedł do hotelu, żeby się usprawiedliwić. Mieliśmy wspólnie pojechać do położonej w górach wioski, jej mieszkańcy świetnie wspinają się po linach. Poskarżyłam się na prześladującego mnie pecha. Z wioski nici, godzinę wcześniej przegoniła mnie policja… Coś da się zrobić - pocieszył mnie. Kolegą znajomego był szef zakładu transportowego zajmującego się przewozem zwłok. Wróciłam na miejsce operacji. Przeprowadzili mnie przez kordon policyjny. Znalazłam się na podwórku, w samym centrum akcji. Mogłam wszystko obejrzeć na własne oczy. W jednym z mieszkań zabarykadowali się uzbrojeni bojownicy. W pewnym momencie przyprowadzono matkę jednego z nich. Pozwolono jej na rozmowę z synem, obiecała, iż spróbuje go namówić, by się poddał. Ale sytuacja tych chłopaków była już bez wyjścia.



Pamiętają i przechowują tradycję. Dbają o dzieci. Ogarnia je lęk, że w dzisiejszych czasach młodzi ludzie są nie do upilnowania, że nieostrożność może doprowadzić je do katastrofy (foto Marco Fieber, flickr.com). 


Kapitulacja w podobnych przypadkach jest wykluczona. Z jednej strony bojownicy boją się tortur stosowanych przez policję. Tam torturują nieludzko. Ważny jest też strach przed towarzyszami z lasu. Oni mogą się zemścić na rodzinie, za to że się poddali. W rezultacie dobrowolne wyjście z zasadzki zdarza się wyjątkowo rzadko.  A poza tym, przecież oni wierzą w to, że pójdą do raju.

Na tamtym podwórku słyszałam, jak matka mówiła, synku wyjdź, błagam cię. Wyjrzeli przez okno jeden raz, wtedy spostrzegłam, że to są młodzi ludzie. Najwyżej 18 lat. Gdy giną chłopcy po 17 i 18, lat wszystko się we mnie burzy. To są dzieciaki, w ich wieku jest się maksymalistą. Gdyby żyli dłużej, kiedyś zapewne zrewidowaliby swoje stanowisko. Dlatego najważniejsze jest ratowanie życia, ci chłopcy powinni dostać jeszcze jedną szansę.

Nie wszyscy młodzi ludzie tak się zachowają.  Pranie mózgu nie jest skuteczne w każdym wypadku. Nie jest łatwo zdecydować się na ofiarę z życia. Bojownikom za wiarę łatwiej rekrutować młodych ludzi  ze specyficzną, depresyjną psychiką. Pewni ludzie częściej myślą o śmierci, niż inni. Szansa, iż uda się na nich wywrzeć wpływ jest większa.

O sobie:

Urodziłam się na Syberii, w Tomsku. Mieszkaliśmy w drewnianym, rosyjskim domu, na drugim piętrze. W Tomsku do dziś istnieją ulice takich drewnianych domów. Całe drugie piętro, gdzie mieszkała nasza rodzina, zajęte było przez kobiety w sędziwym wieku. Jedna z nich baba Jura straciła męża podczas wielkiej wojny ojczyźnianej. Byli małżeństwem zaledwie przez rok, po jego śmierci już nie wyszła za mąż. Baba Kapa stale siedziała na łóżku, była mała, sucha, wyszywała ogromny portret Stalina. Stale coś uzupełniała, oczy, wąsy. Moi rodzice pochodzą z Kaukazu, ale tamten świat z moimi przodkami,  w dzieciństwie w ogóle mnie nie interesował. Czułam się wyłącznie Rosjanką.

W dzieciństwie nie marzyłam o zawodzie dziennikarza, nie myślałam, że zostanę pisarką. Chciałam być raczej piękną kobietą, marzyły mi się stroje, jachty, przystojni mężczyźni. Trochę wyszło nie tak.

Trafiłam do Moskwy na studia. Jednocześnie znalazłam pracą sekretarki w niewielkim wydawnictwie. Wydawaliśmy między innymi gazetę dla lekarzy i pacjentów. Któregoś razu jej redaktor naczelna poskarżyła się, że dziennikarze się rozjechali i nie ma kogo wysłać ma jakąś imprezę medyczną. Padło na mnie. Krótkie sprawozdanie z niej pisałam w mękach, zdanie, po zdaniu. Ale szefowej się spodobało, uznała, że mam talent. 8 lat temu powstał magazyn "Russkij Reportior", w nim pracuję do tej pory.

Czuję, że mam dar słowa. Może jestem nie skromna. Chyba jednak potrafię poskładać zdania tak, by dotrzeć do czytelników, by wywołać ich emocje. Moja proza oparta jest na faktach. Zbierając materiał do książki, pracuję jak reporterka. Potem wybraną przez siebie historię zaludniam innymi prawdziwymi ludźmi, dopracowuję ją, uzupełniam. Często najpierw piszę reportaż dla magazynu, potem na jego podstawie powstaje powieść. Kiedy pisze się tekst dla gazety, zwykle zostaje masa niewykorzystanego materiału. Ale potrafię też napisać powieść całkiem z głowy. 


Jest wegetarianką. Marina kocha zwierzęta, nie rozumie, jak można zadawać im ból. 


W reportażu pozwalam więcej mówić bohaterom, fakty muszą się zgadzać, jeśli piszę, że bohater się zaniepokoił, nie mogło być inaczej. Nie mogę pozwolić na to, by któryś z nich zarzucił mi, że skłamałam. Dzisiaj zrobić to bardzo łatwo, wystarczy na stronie internetowej zostawić komentarz. Kiedy piszę powieść mam więcej swobody. Czy bohaterowie będą się niepokoić, płakać, czy śmiać zależy już tylko ode mnie.

Napisałam o Kaukazie trzy książki, wiele reportaży. Zaczęłam się trochę wstydzić swoich wywiadów, jakby gdyby były o jednym i tym samym. Ale moje utwory o Kaukazie są nie tylko o nim samym. Najważniejsi są ludzie i ich losy. Kaukaz dla mnie jest mini Rosją, tam odnaleźć można wszystkie minusy i wady rosyjskiego życia. Na małej przestrzeni widać je niczym w grotesce, w skoncentrowanej, hipertroficznej formie.


Chadidża:

Nikt nie zaglądał do serca kobiety podejmującej samobójczą misję terrorystyczną. Spróbowałam. Moja bohaterka podjęła się swojej misji po śmierci męża. Jednak chęć zemsty nie była głównym motywem jej działania. Ważniejsza była cala logika jej życia, okoliczności, które ją ulepiły. W najważniejszym momencie przestała już być człowiekiem, zamieniła się w odpowiednio zaprogramowaną maszynę. Często pytano mnie, dlaczego tak nie lubię swojej bohaterki. Nie polubiłam jej, to prawda, z góry wiedziałam, że dokona samobójczego zamachu terrorystycznego. Jak mogłabym polubić kogoś takiego? Napisałam tę książkę w pierwszej osobie, jednak ani przez moment nie widziałam się na miejscu tej dziewczyny.  

Podczas podróży do Dagestanu, na Kaukaz, spotykałam różnych ludzi, wśród nich dziewczyny należące do tej szczególnej grupy ryzyka. W końcu historia sama ułożyła mi się w głowie. Dokąd jej nie zapisałam, nie mogłam się od niej uwolnić. Moja bohaterka jest prostą dziewczyną z dagestańskiej wioski. W żaden sposób nie mogła przewidzieć, w jaki sposób jej życie dobiegnie kresu. Jeszcze przed wydaniem książki prosiłam znajomych krytyków w Dagestanie, by przeczytali rękopis. Ich reakcja dodała mi pewności siebie, ich zdaniem dobrze odtworzyłam mechanizm przekształcający zwykłego młodego człowieka w bojownika i terrorystę.

Dla czytelników moja książka była sporą porcją wiedzy o Kaukazie. Wcześniej, Kaukaz, Czeczenia, Dagestan były dla wielu z nich obcym, dzikim światem. Ludzie przyjeżdżali stamtąd do Moskwy, by na Placu Czerwonym zatańczyć lezginkę. Albo wysadzić się w metrze. W mediach często pojawiają się informacje o przeprowadzonych przez służby specjalne operacjach.  Zlikwidowano tylu i tylu terrorystów. Taki news brzmi sucho, nikt nie domyśla się nawet, że chodzi o ludzi, że taka informacja oznacza morze tragedii, krwi i bólu.






Dla mieszkańców Moskwy, czy Petersburga, Dagestan i Czeczenia to z jednej strony egzotyka, z drugiej część samej Rosji, żyjemy razem w jednym kraju. Taki paradoks. W oczach przeciętnego obywatela ludzie Kaukazu cieszą się niedobrą reputacją, ale dzieje się tak przede wszystkim pod wpływem telewizji. W każdym serialu przestępcą obowiązkowo będzie Czeczeniec. W Rosji nie brakuje emocji o czysto nacjonalistycznym charakterze.

W najmniejszym stopniu nie usprawiedliwiam terroryzmu, ja go się panicznie boję. Ale jak mi się wydaje, żeby z czymś zwyciężyć, nawet jeśli to coś jest czarne, złe i wrogie, musisz to poznać. Inaczej nie da się odnieść zwycięstwa. Ludzie skarżyli się, że po lekturze nie mogli usnąć. Przyznawali, że zetknęli się z rzeczywistością do tej pory im nie znaną.

Korupcja:

Tam panuje niewiarygodne rozwarstwienie społeczne. Tyle się mówi o korupcji urzędników w Rosji. Ale tego się nie da porównać z tym, co wyprawiają urzędnicy na Kaukazie. Do nich należy władza, oni są miejscowymi carami, kacykami. Ludzie na Kaukazie zawsze lubili zachowywać się na pokaz, demonstracyjnie. Ważne są atrybuty bogactwa.  Super drogi samochód, telefon, ubrania markowe są ważniejsze od wszystkiego… Trudno się dziwić, bo system oświaty na Kaukazie jest w opłakanym stanie. W oczach młodzieży z biedniejszych rodzin, zachowanie bogatszych kolegów jest skrajnie niesprawiedliwe. Rozjeżdżają drogimi samochodami, mają wszystko czego zapragną, bez żadnego wysiłku. Na wyższą uczelnię, na wybrany wydział można się dostać tylko za pieniądze. Widziałam wszystko na własne oczy, na przykład jak sprzedawane i kupowane są egzaminy. Moja znajoma w Machaczkale jest właścicielką kawiarni położonej w pobliżu Akademii Medycznej. Kiedy tam przyjeżdżam, siadam przy stoliku i obserwuję jak bawi się młodzież w czasie, kiedy powinna znajdować się na wykładach, seminariach. Ale oni nie chodzą na zajęcia, siedzą w kawiarni, palą kaljan, coś tam jedzą. Kiedy zaczyna się sesja, starosta każdej grupy przychodzi z kartką papieru, na niej są zapisane nazwiska, zbierają pieniądze za egzamin, celująco kosztuje tyle, bardzo dobrze trochę mniej, starosta zbiera indeksy i z nimi wędruje do wykładowcy.




Korupcja w Dagestanie osiągnęła katastrofalne rozmiary. Za pieniądze można kupić każdy wyrok sądowy,
także wydawany przez Sąd Najwyższy w Machaczkale (foto: Władimir Warofołomiejew, flickr.com). 


Ci z pieniędzmi są świadomi, iż u miejscowych lekarzy leczyć się nie wolno. Na leczenie jeżdżą do Moskwy, za granicę, kogo gdzie stać. Młody człowiek z biednej rodziny, bez żadnego zaplecza, nie dostanie się na uczelnię, nie znajdzie upragnionej pracy. Zwykle wtedy pojawia się jakiś kaznodzieja, opowiada, iż przed Najwyższym wszyscy są równi, biedni i bogaci.  I jak się okazuje dusza młodego człowieka jest żyzną glebą dla zasianego przez kaznodzieję ziarna.

W Dagestanie panuje ogromne bezrobocie. Nie ma odpowiedniego systemu oświatowego. Drogi awansu są zablokowane. Teraz republika ma nowego prezydenta Ramazana Abdułatipowa. Kiedy objął stanowisko, przyznał, iż jednym z najważniejszych problemów jest klanowość, obiecał, że władza będzie z nią walczyć. Zapowiedział, że ludzie będą oceniani na podstawie umiejętności, przestanie się liczyć przynależność do rodziny, klanu. W rzeczywistości nic w tej sprawie nie udało się zrobić. Spotkałam lekarza, na wezwanie nowego prezydenta wrócił niedawno do Dagestanu. Od razu dowiedział się, ile kosztuje w szpitalu stanowisko głównego lekarza.


Okrutne państwo:

Państwo jest okrutne i bezduszne. Gdyby zachowywało się inaczej, procent młodzieży idącej do lasu byłby znacząco mniejszy. Wystarczy  najmniejsze wykroczenie, podejrzany z punktu widzenia władz gest. Pójdą do meczetu, zapuszczą brodę. Najmniejsze podejrzenia, iż młody człowiek jest wahabitą, sprawi, iż zabiorą go i wlepią mu tak, że mu się odechce żyć. Taka ofiara czuje się poniżona. Dla człowieka z Kaukazu, mężczyzny, poniżenie, jest nie do zniesienia. Musi je pomścić. Dla zemsty można poświęcić życie.

Wystarczy, że człowiek znajdzie się na liście policji. Gdy coś się wydarzy, wybuch, zamach, akt terroru, organy śledcze sprawdzają, kto z listy mieszkał w pobliżu. Idą wtedy po niego do domu. Zabierają. Biją bez litości. Ofiara pozbawiona jest praw. Mogą chłopaka poniżyć, zgwałcić. Wyjdzie na wolność z pragnieniem zemsty. Skorzysta z pierwszej okazji, by pójść do lasu.

Państwo nie ma miłosierdzia i nie wybacza. Dziesięć lat temu dotarłam w góry do obozu dagestańskich partyzantów, sami mnie zaprosili, zrobiłam wtedy wywiad z ich emirem. Po latach spotkaliśmy się jeszcze raz. Tym razem na drodze biegnącej przez położoną w górach wieś, nie w lesie.  Ich dowódca powiedział, że on sam i jego grupa chcieli skorzystać amnestii. Podjęli rozmowy z FSB, byli gotowi do złożenia broni, mieli dość lasu, wyprowadził z niego kilkadziesiąt osób. Dostali gwarancje bezpieczeństwa, ale już po kilku dniach dwóch ludzi zostało zatrzymanych, torturowano ich, pozostali strasznie się przestraszyli, uciekli z powrotem do lasu. Z amnestii nic nie wyszło. A przecież gdyby się udało, to mógłby być precedens, przykład dla innych. Życie w lesie jest trudne. Ale co zobaczyli? przekonali się, tylko, że ludziom z resortów siłowych nie można wierzyć.  Ten przykład pokazuje wyraźnie, radykalny islam, nie byłby tak atrakcyjny, gdyby nie bezduszność i okrucieństwo ze strony państwa. To ono ponosi odpowiedzialność za taki a nie inny klimat społeczny, za nastroje wśród młodych ludzi.

Islam:

W czasach radzieckich islam narodów Dagestanu, także chyba Czeczenii (chociaż ja Czeczenię znam gorzej) był nominalny. Można się było uważać za muzułmanina, ale zachowywać sprzecznie z nakazami religii. Alkohol był na porządku dziennym, nikt nie przychodził do sklepu, żeby rozstrzelać sprzedawcę wódki. Ludzi dyscyplinowały prawa i ustawy świeckiego, ateistycznego państwa wymieszane ze starymi tradycjami i wartościami. Kiedy rozpadł się Związek Radziecki, przyszedł inny islam. Nietypowy dla Dagestanu. Starą ideologię zastąpił autentyczny islam arabski. Zgodnie z ideologią czasów radzieckich ludzie byli równi. Ta idea równości musi widocznie być ludziom potrzebna, bo dla islamu też jest ważna. Choć tym razem są równi w obliczu Najwyższego. Islam w Tatarstanie na przykład jest inny, łagodniejszy. W jednym z meczetów widziałam cyfrowy Koran. W szkołach dzieci posługują się tabletami. W Tatarstanie działa system oświatowy, to republika o wiele bogatsza od Dagestanu.


Co będzie dalej?


Tam w Dagestanie wszystko będzie się toczyć tak samo. No bo skąd miałoby się wziąć nowe życie, nowe wzory, zachowania, wartości. Nikt nic w tej sprawie nie robi. Na odwrót, jak gdyby wszyscy chcieli, by zapanował w nim jeszcze większy chaos. Władze Rosji zamknęły oczy na to, co dzieje się na Kaukazie. Nie chcą nic widzieć. Najważniejsze, żeby panował spokój. To że jest on pozorny, nikomu nie spędza snu z powiek. Nie jest też ważne, jakich używa się metod. Najważniejsze, by nie powtarzały się akty terrorystyczne, by nie docierali do nas terroryści samobójcy… A to co wy tam robicie z ludźmi, to nas nie interesuje. Możecie wydawać nasze dotacje, jak wam się żywnie podoba. Wystarczyłoby, gdyby władze trochę bardziej zainteresowały się kaukaską rzeczywistością, od razu pojawiłaby się szansa na poprawę sytuacji. Trzeba młodych ludzi zachęcić do kształcenia, stworzyć im pod tym względem jakieś możliwości. Ta drogą można będzie podnieść poziom życia. Jeśli mężczyźni będą zarabiać dość na utrzymanie rodziny, to po co mieliby iść do lasu?







*Marina Achmedowa, rosyjska pisarka i dziennikarka. Jej reportaże ukazują się regularnie na łamach magazynu "Russkij Reportior". Najwięcej uwagi poświęca zagadnieniom Północnego Kaukazu, konfliktowi na Ukrainie, problematyce socjalnej. Ma na koncie liczne podróże dziennikarskie do najbardziej niebezpiecznych zakątków Dagestanu, Czeczenii, Ukrainy. Jest autorką kilku powieści przyjętych entuzjastycznie przez krytykę rosyjską. Jej proza wolna jest od rozbudowanej metaforyki, Achmedowa oszczędnym stylem potrafi pokazać opisywane przez siebie sytuacje z fotograficzną dokładnością. Jej książki ukazują się coraz częściej w tłumaczeniu na inne języki.














"Musiałam umrzeć"

Autor: Marina Achmedowa
Tłumaczenie: Aleksandra Stronka
Społeczny Instytut Wydawniczy "ZNAK"
2015

Książkę można zamówić w sklepie internetowym "Znak"























Fragmenty powieści Mariny Achmedowej "Musiałam umrzeć" na "Media-w-Rosji"



Dagestan na niespokojnym, północnym Kaukazie. Rodzinna wioska. Wyjazd do miasta. Wstępny egzamin na studia kupiony za pieniądze. Świat jest niesprawiedliwy. Meczet. Nowi znajomi. Wieczorny namaz. Koraliki sznura modlitewnego przywiezionego z Mekki. Allach. Narzędzie zemsty. Człowiek jest stworzony z wody i z gliny. Rosyjska pisarka, Marina Achmedowa krok po kroku opowiada o losach swojej bohaterki Chadidży. Prześwietla jej duszę i serce. Tłumaczy jej motywy, ofiarę złożoną z życia. Pomaga nam zrozumieć, skąd biorą się muzułmańskie kobiety, samobójczynie i terrorystki.



Autobusem jadą przeważnie handlarki. Są w drodze po nową partię towaru. Między nimi łatwiej się ukryć. W chwili wyjazdu z Machaczkały świeciło słońce. Po drodze niebo nabiera szarej, a drzewa czarnej barwy. Po stracie ukochanego, Chadidża jedzie do Moskwy. Najwyższy chce, by stała się narzędziem zemsty.








Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com










sobota, 16 maja 2015

Dzień Zwycięstwa: Rosjanin w Gdańsku



W Rosji rocznica zwycięstwa obchodzona jest z gigantycznym rozmachem. W Polsce wszystko odbywa się inaczej - konstatuje Władimir Warfołomiejew, rosyjski publicysta, zastępca redaktora naczelnego radiostacji "Echo Moskwy". Nie ma rzeki filmów wojennych w telewizji, w uroczystościach państwowych, poza oficjelami, uczestniczy niewiele osób. Pamiętając wojnę, Polacy żyją dniem dzisiejszym i jutrzejszym. 




  


Znany rosyjski dziennikarz, Władimir Warfołomiejew trafił do Gdańska, gdy odbywały się tam uroczystości
z okazji rocznicy zakończenia wojny. Zaskoczył go brak patosu i propagandy państwowej. 





Po raz pierwszy w te dni majowe, kiedy świętujemy rocznicę zakończenia wojny, znalazłem się w Europie i na własne oczy zobaczyłem, jak ten dzień obchodzony jest w Polsce. W tym kraju, centrum obchodów 8 maja, był w tym roku nadmorski Gdańsk. To właśnie tutaj, na półwyspie Westerplatte, polski garnizon bronił się w 1939 roku przed atakami Niemców. Nocą pod pomnikiem odbyła się uroczystość z udziałem prezydenta Komorowskiego i dziesięciu przywódców europejskich. W ciągu dnia, już w samym mieście odbyła się ceremonia składania kwiatów z udziałem prezydenta Gdańska, duchowieństwa, wojskowych, kombatantów, uczniów. Obecny był także rosyjski konsul generalny. Nasz dyplomata nie przemawiał, za to miejscowi działacze, poczynając od prezydenta miasta mówili i to dużo. Wszyscy przypominali nie tylko niemiecki, ale i radziecki totalitaryzm, gestapo i NKWD, Auschwitz i Katyń. Wszystko to jest uzasadnione i zrozumiałe.


Uroczystości dostępne dla mieszkańców


Co mnie zaskoczyło, obie uroczystości były dostępne dla samych mieszkańców Gdańska, w prasie zapraszano ich do udziału tak w ceremonii z udziałem głowy państwa, jak i przed pomnikiem w centrum. A jednak chętnych okazało się niewielu. Nocą przybyło maksimum 100 osób, w ciągu dnia jeszcze mniej.


Na sposób zorganizowany zjawiło się kilka grup uczniowskich (sądząc po ich wyglądzie byli członkami jakichś klubów patriotycznych), żołnierzy, studentów uczelni wojskowych. I to wszystko. To święto wciąż jest obchodzone na najwyższym szczeblu państwowym i to z odpowiednim rozmachem i ceremoniałem. Ale stosunek zwykłych mieszkańców do wydarzeń  sprzed pół wieku jest o wiele spokojniejszy. Nikt ich z resztą, trzeba to podkreślić, do tych uroczystości specjalnie nie przygotowuje. Na ulicach wywieszono jedynie flagi państwowe, to jedyna zauważona przeze mnie forma agitacji państwowej z tej okazji. W programie telewizyjnym nie lały się rzeką, tak jak u nas, filmy wojenne, agitacyjne talk-shows, klipy reklamowe.


Polacy żyją dniem dzisiejszym


A przecież nie da się powiedzieć, iż Polacy mogą wobec wojny zachować obojętność. To mało prawdopodobne, tym bardziej, iż to oni, jeśli się nie mylę, ponieśli największe straty ze wszystkich krajów (w układzie procentowym - 17). Zapewne tragedia wojny pozostaje dla nich ważna, jest to już jednak historia odległa, nawet jeśli dotknęła każdej rodziny. Polacy żyją dniem dzisiejszym i jutrzejszym. Tak to z pewnością jest.  




Tłum.: ZDZ



Oryginał ukazał się na stronie Wladimira Warfołomiejewa w Facebooku: https://www.facebook.com/varfolomeev/posts/10202813404575856






*Władimir Warfołomiejew (ur. 1966), dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego radiostacji "Echo Moskwy". Występuje na antenie jako prowadzący kilku znaczących audycji. W roku 2010 podpisał rezolucję opozycji rosyjskiej "Putin musi odejść". 














Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com









Jadę tam, by stać się narzędziem zemsty




Autobusem jadą przeważnie handlarki. Są w drodze po nową partię towaru. Między nimi łatwiej się ukryć. W chwili wyjazdu z Machaczkały świeciło słońce. Po drodze niebo nabiera szarej, a drzewa czarnej barwy. Po stracie ukochanego, Chadidża jedzie do Moskwy. Najwyższy chce, by stała się narzędziem zemsty.



Rosyjska pisarka, Marina Achmedowa krok po kroku opowiada o losach swojej bohaterki. Prześwietla jej duszę i serce. Tłumaczy jej motywy, ofiarę złożoną z życia. Pomaga nam zrozumieć, skąd biorą się muzułmańskie kobiety samobójczynie i terrorystki.



Fragment powieści "Musiałam umrzeć"



Autorka: Marina Achmedowa












Nie wiem, ile potrwa ta droga. Ale nie może być tak niezmierzona jak wieczność. Ciągle śpię, a gdy się budzę, to widok przez okno autobusu przeraża mnie jeszcze bardziej. Mijamy nieznane miasta. Drzewa stają się coraz wyższe. Śniła mi się zielona nitka z dywanu, rozciągnięta pomiędzy Nagą Górą w naszej wsi a autobusem. Im dalej autobus odjeżdżał, tym bardziej nitka się naprężała. Jeszcze trochę – i się zerwie. Po co ci wszyscy ludzie tam jadą? Za oknem jest brzydko i zimno. Nigdy nie widziałam takiego brzydkiego szarego nieba. Ziemia, przez którą przejeżdżamy, wydaje mi się
obca – nie poznaję jej. Śniło mi się, że leżę w naszym sadzie pod zieloną jabłonią. Ciepła ziemia grzeje mnie w plecy. Widzę babcię, jak idzie, opierając się na lasce.

Allachu, co się ze mną dzieje? Dlaczego ciągle chce mi się spać?

Babcia idzie w moją stronę. Uśmiecha się. Jest taka ładna. Słyszę długi sygnał w komórce. Dzwonię do cioci Zuchry.

– Nie chcę cię widzieć! – krzyczy ciocia. – Okryłaś nas hańbą! Wyrzekliśmy się ciebie i nie chcemy więcej znać! Twoja babcia umarła! Wołała cię przed śmiercią! Później poprosiła o mleko, wypiła je i umarła! To ty ją zabiłaś!

Dziadek tak mocno kaszlał, więc myślałam, że umrze pierwszy. I dlatego sądziłam, że muszę kochać go bardziej, na babcię przyjdzie jeszcze czas, gdy dziadka zabraknie. Ale babcia wypiła mleko i umarła, a ja nie zdążyłam jej pokochać.

Za to kocham ją teraz. Śniło mi się, że babcia leży na podłodze, w korytarzu. Tam, gdzie leżała przed śmiercią moja matka. Z góry przez szparę w dachu pada na nią słoneczne światło. Babcia prosi o gorące mleko. Na jej piersiach siedzi anioł śmierci Azrael. Przyszedł po nią, tak jak przyjdzie po nas wszystkich.

Mleko jest tak gorące, że z filiżanki unosi się para. Babcia chciwie je łyka. Unosi oczy ku szparze – tam skąd bije słońce. Otwiera usta, a z nich wydobywa się mleczna para. Azrael ją chwyta i odlatuje. Z podwórza dobiega skrzypienie kamienia szlifierskiego. Co za nieprzyjemny dźwięk.

Obudziłam się. To autobus tak skrzypiał.




Po eksplozji w moskiewskim metrze, po wybuchu autobusu w Wołgogradzie Rosję ogarnął paniczny strach przed przybywającymi z Kaukazu terrorystkami samobójczyniami. Za kobietami podejrzanymi o kontakty z ekstremistami muzułmańskimi rozesłano listy gończe.




Myślę, że teraz starczy mi sił. Starczy mi sił, dlatego że może nie starczyć czasu. Otworzyłam torebkę i wyjęłam z niej kartkę. Rozłożyłam ją i pocałowałam słowa napisane ręką Machacza. Obok mnie siedzi mężczyzna – tamten, który pytał, czy jestem gotowa stać się narzędziem zemsty. Teraz wygląda inaczej. Jest ogolony, ma na sobie garnitur i niebieską koszulę. Pachnie wodą kolońską. Mdli mnie od mocnych zapachów.

„Nie myśl, że mnie już nie ma. Jestem i zawsze będę. Nie mogę ci niczego wyjaśnić – zostało mało czasu. Jedyne, czego żałuję, to tego, że cię ze sobą związałem. Powinienem był dać ci spokój. Ale nie potrafiłem. Jeśli mnie kochasz, idź do mojej matki. Powinna cię przyjąć jako wdowę po mnie. I pogódź się ze swoją rodziną. Słyszysz? Pogódź się z nimi za wszelką cenę. Zostawiam ci pieniądze, wziąłem je również od ojca, ale wystarczy ci ich na długo. Przekaż część Arifowi Efendi, żeby mógł wykupić moje ciało. Nie zostawaj sama, idź do krewnych. A ja zawsze będę przy tobie. Machacz”.

Serce tłucze mi się pod ubraniem. Chcę odejść. Natychmiast, zaraz. Nie wytrzymam jeszcze paru dni. Parę dni to wieczność. Każda sekunda jest jak nóż, który przeszywa mi serce. Chcę natychmiast zostać narzędziem zemsty.

Przepraszam cię, Machacz, że nie zdołałam spełnić twojej prośby. Babcia umarła. Ciocia Zuchra wyrzekła się mnie. A twoja matka… Upadłam przed nią na kolana – to było przed tamtym domem z kolumnami. A ona nie wpuściła mnie za próg. Nigdy ci nie wybaczy, Machacz. Wyrzekła się twojego ciała. Sam jesteś sobie winien, Machacz. Ja przecież nie jestem winna! Dokąd miałam iść? Wszyscy się ode mnie odwrócili. Babcia umarła. Dziadek do końca swoich dni musiałby żyć z piętnem hańby. Wioskowe plotkarki otwarcie wytykałyby mnie palcami. Ciocia Zuchra może by mnie przyjęła – okrytą wstydem, z dzieckiem. Ale ona i wujek Wagab nie mogli przyjąć wdowy po tobie, ponieważ wujek pracuje w milicji. Zabiłeś własnego ojca, Machacz. Nie wiem, w imię czego to zrobiłeś. Nie osądzam cię, Machacz, ty wiesz lepiej. Ale miałeś wybór – zabić albo nie. A może nie miałeś wyboru, nie wiem. Nigdy już się nie dowiem – nie starczyło ci czasu, żeby mi wszystko wyjaśnić. Ale czy ja miałam wybór, Machacz? Nie zostawiłeś mi wyboru, o niczym nie decydowałam sama. Wróciłam do domu Arifa Efendi. Tam mnie przyjęli jak kogoś bliskiego. Nie zapytałeś mnie przecież, czy chcę z nimi żyć. Nie miałam już dokąd pójść.

Czy sama dałabym radę zabrać twoje ciało z kostnicy? Przypomnij sobie, Machacz, jak razem z Arifem Efendi staliśmy pod stalową bramą kostnicy. Jak było ciemno. Jak szczekały psy. Czekałam na ciebie, jakbyś żył. Nie wierzyłam. To jakaś pomyłka, powtarzałam w myślach. On żyje, żyje, uspokajałam się. Przypomnij sobie, jak przyjechała ciężarówka, która przywiozła twoje ciało. Staliśmy pod bramą. Było ciemno. Paliły się tylko światła samochodu. Arif Efendi dał pieniądze strażnikom. Dał im tamte pieniądze, które mi zostawiłeś. Wpuszczono nas za bramę. Szłam za ciężarówką i nie mogłam oddychać. Nie wierzyłam, Machacz, do ostatniej chwili nie wierzyłam. Idąc za ciężarówką, wybierałam twój numer w komórce. Byłeś niedostępny. Ale wybierałam twój numer na nowo, bo nie wierzyłam, nie mogłam uwierzyć. Później ciężarówka zatrzymała się przy marmurowych stopniach prowadzących do kostnicy, a one tak dziwnie błyszczały w ciemności. Gdy podniesiono brezent, zobaczyłam twoje nogi. Twoje gołe nogi. Zawsze bym je poznała. Poznałabym je wśród stu milionów innych. Czyż nie krzyknęłam wtedy? Widziałam, jak cię wyciągnęli, zawiniętego w nasz koc! Tym kocem się przykrywaliśmy. Wyciągnęli cię, zawiniętego w nasz koc, i położyli na białych marmurowych stopniach. Pamiętasz, jak krzyknęłam, gdy zobaczyłam twoją siną twarz i otwarte oczy. Co oni z tobą zrobili, Machacz? Dlaczego tak patrzysz? Co oni ci zrobili? Pamiętasz, jak się bałeś? Patrzyłeś na mnie nieruchomym wzrokiem, bałeś się, a mnie pękało serce z litości nad tobą. W twoich oczach widziałam pytanie: „Co ja tu robię w tej kostnicy?”. Zawsze byłeś taki przystojny i modnie ubrany, Machacz. Pamiętasz, jak się rzuciłam, żeby cię objąć? A oni mnie przepędzili jak psa! Jakbyś nie należał do mnie, ale do nich! Jakby mieli do ciebie prawo! Jakbym była złodziejką, która chce im ciebie ukraść.




Wołgograd, październik 2013 roku. Autobus linii 29. 6 ofiar śmiertelnych, ponad 40 rannych. Zamachu dokonała
przybyła z Dagestanu kobieta terrorystka. 



Przynieśli nosze i położyli cię na nich. Krzyczałam i płakałam, a Arif Efendi poprosił ich, żeby cię nie kroili, tylko pozwolili nam pochować twoje ciało. Ale oni odmówili. Powiedzieli, że takie są przepisy. Kto je wymyślił?

Pamiętasz, jak koc się odchylił, gdy podnosili nosze? Czemu zdjęli ci sweter? Dlaczego miałeś taką siną skórę? Co oni ci zrobili? Dlaczego tak na mnie patrzyłeś? Nigdy przedtem tak na mnie nie patrzyłeś!

Później zemdlałam. I wiem na pewno, że wtedy nasze dziecko umarło. Nie mogło żyć. Umarło, gdy leżałam bez czucia. I wszystko się skończyło. Wiedziałam, że to koniec.

Teraz będziesz mnie oskarżać? Teraz chcesz mi zarzucić, że dokonałam niewłaściwego wyboru? Czemu tak mówisz, Machacz? Przecież wiesz, że nie miałam wyboru! Czy mogłam teraz odmówić Arifowi Efendi, który tak się o mnie zatroszczył? Który pojechał po twoje ciało, kiedy ono nie było już potrzebne nawet twojej matce? Który był dla mnie taki dobry i tylko raz mnie o coś poprosił. Czy mogłam mu odmówić, Machacz? Po tym wszystkim, co dla nas zrobił? To ty mnie do niego wysłałeś.Więc czy miałam jakiś wybór?



 *          *          *



Jadą z nami głównie kobiety – handlarki ubraniami. W przejściach stoją ich duże kraciaste torby. Mam na sobie czarną spódnicę zasłaniającą brzuch i biały golf. Droga, którą jedziemy jest całkiem płaska, nie taka jak tamta, która prowadzi do naszej wsi. Z jakiegoś powodu pamięć podsuwa mi widok białych kości wypadających spośród skał na drogę. Mężczyzna nazywa się Asłan, tak jak mój bratanek. 

Gdy wyjeżdżaliśmy z Machaczkały, była jesień, ale świeciło mocne słońce. Tutaj słońce się gdzieś schowało, jest tylko szare niebo i czarne drzewa. Za oknem przesuwają się małe miasteczka. Ranek zamienia się w dzień, a dzień w wieczór. Ciągle śpię. Ścierpły mi plecy od niewygodnego oparcia. 


Okno jest zamknięte, ale i tak czuję zimne powietrze i obcy zapach. Kiedy przyjedziemy?

Asłan odgrywa rolę mojego męża. Wszyscy tak właśnie myślą – że jest moim mężem. Przecież ciężarna kobieta nie wybrałaby się z obcym mężczyzną autobusem do Moskwy. Od czasu do czasu Asłan mnie pyta, czy nie chcę się napić wody albo czegoś zjeść. Zachowuje się bardzo uprzejmie, jak gdyby chciał spełnić każde moje życzenie.

Pachnie jedzeniem – smażonym kurczakiem, jajkami i ziemniakami. Mdli mnie od tych zapachów. Ścierpło mi całe ciało. Oto jaki obrót przybrało moje życie. Gdy zrobiło się całkiem ciemno, razem z innymi kobietami wyszłam za potrzebą. Odeszłyśmy kawałek od autobusu i przykucnęłyśmy na skraju drogi. Wokół było ciemno i cicho, słychać było tylko, jak siusiamy. Później wróciłyśmy do autobusu. Szłam ostatnia. Powiedziano nam, że podróż potrwa jeszcze cały dzień. Nie wytrzymam tej drogi. Ale nie mam wyboru. 

Gdybyście tylko wiedzieli, że jadę tam po to, by stać się narzędziem zemsty. Przez jakąś chwilę mam ochotę zdradzić to wszystkim, wykrzyczeć na cały autobus. Ale nie zrobię tego. Asłan uważnie mnie obserwuje. Jednak nie dlatego milczę. Nigdy nie krzyknę. Mogę krzyknąć, lecz milczę.


                                                           
                                                       *          *          *



Drugi dzień podróży był jeszcze trudniejszy. Siąpił deszcz.Okno zaparowało, więc nie widziałam ani domów, ani drzew. Przez okno przedostawało się tylko zamglone szare światło.

W nocy parę razy budził mnie ból pleców. Asłan nie spał. Ciągle patrzy przez okno. Siedzenie przy nim to prawdziwa męka. Bez przerwy się modlę. Proszę Allacha, żeby dał mi siły dotrwać do końca drogi. Modlitwa przynosi mi ulgę. Zasypiam. Budzę się i znowu modlę.

Na dworzec przyjechaliśmy wieczorem. Nie zdążyłam się rozejrzeć. Czekała już na nas jakaś para – mężczyzna i kobieta, ona podobna do Asi. Początkowo wzięłam ją za Asię, ale później zobaczyłam, że to nie ona.

Wsiedliśmy do samochodu i znowu ruszyliśmy w drogę. A więc to jest Moskwa, myślałam, patrząc przez okno. Ile świateł… Allachu, tylko piramidy egipskie mogą być tak wielkie jak te domy! Nie mogłam się oderwać od okna. Nigdy nie potrafiłabym żyć w takim mieście, bałabym się wyjść na ulicę – aż strach stanąć koło takich wielkich domów. Jakby się było mrówką, przed którą wznosi się nie dom, lecz góra. Aaach, westchnęłam, gdy przejeżdżaliśmy koło fontanny. Cóż to była za wspaniała fontanna! Przepiękne strumienie wody tryskały w górę, tworząc rozmaite figury. I w dodatku strumienie były różnokolorowe – czerwone, zielone! Samochody pędziły ulicami, aż mi się kręciło w głowie. Allachu, tyle dobra dałeś tym ludziom, a oni nadal są źli i chciwi. Ile jeszcze potrzebują, żeby się nasycić? Ile potrzebują, żeby przestali do nas przyjeżdżać i zabijać?

Czułam strach, ale nie mogłam się napatrzeć. Aaach, jakie kawiarnie i restauracje mijaliśmy – „Pijalnia czekolady”, „Coffee House”. Byłam ciekawa, co w nich podają. Pewnie trzeba być bardzo bogatym, że chodzić do takich restauracji, myślałam. Allachu, czego tym ludziom brakuje? Czego oni od nas chcą?

Podróż trwała koło godziny. Przejechaliśmy pod jakimś mostem, później jeszcze kawałek i miasto się skończyło. Zaczęła się szeroka droga.

Kobieta nawet ze mną nie rozmawiała. Ona też jest dziwna, jak Asia. Obie mają podobne spojrzenia. Była ubrana w dżinsy i skórzaną kurtkę. Ale i tak w jej obecności czułam się raźniej – mimo wszystko to kobieta.

W pewnej chwili zadałam sobie pytanie: co ja tu robię – z tymi obcymi mężczyznami, w tym strasznym, obcym miejscu? Pytanie przemknęło mi przez głowę i natychmiast znikło, ponieważ Allach nie pozostawia mnie bez odpowiedzi. Przyjechałaś tutaj po to, żeby stać się narzędziem zemsty, odparł mi Najwyższy z wysokości siedmiu niebios, a ja Go usłyszałam. Czyż nie prosiłam, by przerwał moje ziemskie życie i jak najprędzej podarował mi wieczność? On mnie usłyszał. Przez Arifa Efendi dał mi możliwość zasłużenia na wieczność. Wiem, czego ode mnie oczekują i ci mężczyźni, i Arif Efendi. I zrobię to, czego oczekują, ponieważ tego samego oczekuje ode mnie Najwyższy Allach. Wysłał tych braci, żeby przybliżyć mi wieczność. Allachu, jesteś tak miłosierny, szepczę, splatając przed sobą dłonie. Poruszę tylko jednym palcem i już osiągnę wieczność. Czy wieczność jest porównywalna z małym ruchem palca?








"Musiałam umrzeć"

Autor: Marina Achmedowa
Tłumaczenie: Aleksandra Stronka
Społeczny Instytut Wydawniczy "ZNAK"
2015

Książkę można zamówić w sklepie internetowym "Znak"
























*Marina Achmedowa (ur. 1977), rosyjska pisarka i dziennikarka. Jej reportaże ukazują się regularnie na łamach magazynu "Russkij Reportior". Najwięcej uwagi poświęca zagadnieniom Północnego Kaukazu, konfliktowi na Ukrainie, problematyce socjalnej. Ma na koncie liczne podróże dziennikarskie do najbardziej niebezpiecznych zakątków Dagestanu, Czeczenii, Ukrainy. Jest autorką kilku powieści przyjętych entuzjastycznie przez krytykę rosyjską. Jej proza wolna jest od rozbudowanej metaforyki, Achmedowa oszczędnym stylem potrafi pokazać opisywane przez siebie sytuacje z fotograficzną dokładnością. Jej książki ukazują się coraz częściej w tłumaczeniu na inne języki.









Jeszcze jeden fragment powieści Mariny Achmedowej na blogu "Media-w-Rosji":

Dagestan na niespokojnym, północnym Kaukazie. Rodzinna wioska. Wyjazd do miasta. Wstępny egzamin na studia kupiony za pieniądze. Świat jest niesprawiedliwy. Meczet. Nowi znajomi. Wieczorny namaz. Koraliki sznura modlitewnego przywiezionego z Mekki. Allach. Narzędzie zemsty. Człowiek jest stworzony z wody i z gliny. Rosyjska pisarka, Marina Achmedowa krok po kroku opowiada o losach swojej bohaterki Chadidży. Prześwietla jej duszę i serce. Tłumaczy jej motywy, ofiarę złożoną z życia. Pomaga nam zrozumieć, skąd biorą się muzułmańskie kobiety, samobójczynie i terrorystki.










Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com