czwartek, 17 kwietnia 2014

Pomyje i obelgi


Jego ojciec budował rakiety kosmiczne. Cioteczny brat zginął w Afganistanie. Dziadek był czołgistą, mama pracowała w wytwórni jodoformu. Sam Arkadij Babczenko, nim został dziennikarzem, wstąpił na ochotnika do wojska, brał udział w kampanii czeczeńskiej. Jego rodzina i on sam służyli Rosji jak mogli najlepiej. Dlatego trudno mu się pogodzić z tym, iż w odwet za jego obecność na Majdanie, w Rosji nazywa się go teraz banderowcem, piątą kolumną i zdrajcą narodu.




Autor: Arkadij Babczenko




Nazywam się Arkadij Arkadiewicz Babczenko. Mam trzydzieści siedem lat, wyższe wykształcenie, jestem żonaty i wychowuję córkę.

Kiedy miałem dziewiętnaście lat, Ojczyzna obuła mnie w kierzowe buciory, wcisnęła do ręki automat, wsadziła do opancerzonego transportera i powiedziała: „Jedź!”. I pojechałem „przywracać porządek konstytucyjny” – tak wtedy nazywano wojnę.


Arkadij Babczenko na jednej z moskiewskich demonstracji zorganizowanyh
przez opozycję demokratyczną.

Gdy miałem dwadzieścia dwa lata, poszedłem do wojskowej komendy uzupełnień i tym razem już dobrowolnie zaciągnąłem się do wojska. I znów pojechałem na wojnę. Od 1999 r. wojna zmieniła nazwę. Teraz była to „operacja antyterrorystyczna”. „Przy czym przez sto dwa dni uczestniczył bezpośrednio w działaniach bojowych” – zapisano w mojej książeczce wojskowej.

W nagrodę za te dwie wojny Ojczyzna ofiarowała mi bezpłatne przejazdy oraz ekwiwalent pieniężny zamiast dotychczasowych ulg. Dobre i to.

Mój cioteczny brat, Siergiej Babczenko, poległ w Afganistanie. Na samej granicy. Poprzedni rocznik odchodził do cywila, a na ich miejsce przysłano poborowych. Od razu wysłano ich na akcję. Brat zgłosił się na ochotnika i poszedł zamiast niedoświadczonych „kotów”. Natknęli się na bandę przemycającą heroinę. Brat obsługiwał karabin maszynowy. Zabili go strzałem w głowę. Jego jedynego w tej potyczce. Kula snajpera. Dziś imię Siergieja widnieje na pomniku ku czci poległych żołnierzy w Baszkirii, skąd pochodził.

Mój ojciec, Arkadij Ławrientiewicz Babczenko, pracował przy budowie rakiet kosmicznych. Był inżynierem-konstruktorem, miał pracę z kategorii „ściśle tajne przez poufne” w Centralnym Biurze Konstrukcyjnym Budowy Maszyn Ciężkich (CKB TM) . Odpowiadał za okablowanie kabin w rakietach. Jego ostatnie zlecenie dotyczyło wyposażenia wahadłowca „Buran”. Ojciec spędzał w delegacjach po pół roku. Na Bajkonurze mieszkał w hotelu robotniczym. Natomiast w Moskwie miał dwa pokoje przechodnie, zajmował je wraz z żoną, synem, mamą, ojcem, bratem i jego rodziną. Te dwie klitki to był nasz jedyny majątek. Nic innego nie mieliśmy, ani samochodu, ani garażu, ani daczy. 

W latach ’90-tych, po tym jak „Buran” poleciał w kosmos pierwszy i ostatni raz, a potem wszystko szlag trafił, ojciec nie zajął się handlem. Nie poszedł też kraść. Kompletnie nie miał do tego smykałki. Urodził się po to, by wysyłać w kosmos rakiety. I aż do śmierci rysował te swoje, nikomu już nie potrzebne, projekty. Żył niemal w nędzy.

Zmarł na apopleksję w 1996 r. Byłem wtedy na wojnie. Nawet się nie pożegnaliśmy.

Mój dziadek, Ławrientij Pietrowicz Babczenko, stuprocentowy Kozak zaporoski, był czołgistą. Brał udział w walkach nad rzeką Chałchin-Goł. Był trzy razy ranny, w tym raz ciężko. Przypłacił to zdrowiem. Zmarł w 1980 r., miałem wtedy trzy lata.

Jego żona, Jelena Michajłowna Kupcowa (to nazwisko zostało jej po pierwszym mężu. Jej panieńskiego nazwiska nie znam, bo babcia skrzętnie je ukrywała. Owszem, była Żydówką.) w czasie wojny pełniła wartę na dachach domów i gasiła bomby zapalające. Kiedy pojawiła się możliwość emigracji, nigdzie z Rosji nie wyjechała, została w kraju. Całe życie pracowała, do samej śmierci. W kotłowni, w piwnicy naszego domu, przez okrągłą dobę raz na trzy dni.

Zmarła jakieś dwa miesiące po śmierci syna. Byłem wtedy jeszcze na wojnie. O przepustce na pogrzeb nie było mowy.

Nazwisko mojej prababki brzmiało „Bachtiarowa” (tak, wśród przodków miała Tatarów), do Moskwy przyjechała w latach trzydziestych. Wraz z dwójką dzieci zamieszkała w szkole, w maleńkim pomieszczeniu gospodarczym. I w tej właśnie szkole przepracowała potem całe swoje życie.

Jej córka, a moja babcia, przez całą wojnę, od czternastego roku życia, pracowała przy produkcji jodoformu. To takie żółte kryształki, stosowane do przypalania ran po urwanych kończynach. A potem w ramach akcji „frontu pracy” szła rozładowywać wagony z węglem, albo pomagać przy wyrębie lasu.

Natomiast jej brat, a mój cioteczny wujek, zwiał na front w wieku piętnastu lat, już w pierwszych miesiącach wojny. Wrócił dopiero w 1950 r., bo walczył na Dalekim Wschodzie.

Jej wnuczka, to znaczy moja mama, przyjeżdżała do mnie do Czeczenii. Widziała wszystko na własne oczy. A potem zaadoptowała sześcioro dzieci.

Pierwsze dziecko, które pojawiło się w naszej rodzinie, było zaadoptowane. I drugie też. Dopiero trzecie, córka, jest moim rodzonym dzieckiem.

Teraz mama prowadzi rodzinny dom dziecka. Wszystkie dzieci pochodzą z Lipiecka, z rodzin patologicznych. Wiadomo, alkoholizm.

Dziadek mojej żony, Piotr Gorkanow, najprawdziwszy Mordwin, w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej walczył w jednostkach chemicznych. Tam stracił wzrok. Do samej śmierci mieszkał na wsi, a w piecu palił drewnem. Był weteranem i inwalidą wojennym, ale przez całe życie nie doczekał się podłączenia do sieci gazowej.

Mój teść, chorąży, czystej krwi Mordwin, służył w Niemczech. Po upadku ZSRR wraz z dwójką dzieci i żoną tułał się po koszarach i hotelach robotniczych.

Przez wszystkie te dziewiętnaście lat, odkąd stałem się pełnoletni – a właściwie to nawet wcześniej, od 1993 r. – żyłem w tym syfie, tak samo jak i moi rodacy. Zawsze byłem tam, gdzie mojemu krajowi działa się krzywda. Trzeba było iść pod moskiewski Biały Dom – szedłem. Trzeba do Czeczeni – nie ma sprawy. Problemy w Południowej Osetii, Krymsku czy Błagowieszczeńsku? - maszerowałem bez gadania.

Przez cały ten czas i ja, i moja rodzina, moi przodkowie i krewniacy, byliśmy dla kraju całkiem przyzwoitymi Rosjanami.

Kiedy trzeba było bić Japońca nad Chałchin-Goł, albo za marne grosze wspierać podbój kosmosu, albo produkować jodoform dla frontu lub koczować z dziećmi po koszarach, albo ginąć w Tadżykistanie, karmić wszy w Czeczenii czy adoptować niczyje dzieci – wtedy byliśmy Rosjanami.

W Czeczenii nikt jakoś nie proponował mi, żebym złożył broń i spadał w cholerę do swojej „chachłackiej” Ukrainy [„chachły” – pogardliwe określenie Ukraińców]. Bo kiedy dla dobra rosyjskiej Ojczyzny trzeba kopnąć w kalendarz, rosyjska Ojczyzna nie wnika, czy jesteś Żydem, czy nie.

Wtedy Ojczyzna zna tylko jedną narodowość – mięso armatnie,

„Spad” do „Chachlandii” zasugerowano mi dopiero po wojnie.

Sugerowali oczywiście ci, którzy w życiu nie byli na żadnej wojnie.

Takiej ilości pomyj i obelg, jaką w ciągu ostatnich miesięcy wylano na mnie i na moich bliskich, nie doświadczyłem przez całe moje wcześniejsze życie.

Na „żydo-banderowskim i faszystowskim” Majdanie nikt ani razu, w żadnych okolicznościach, nie spytał mnie o narodowość. Prawy Sektor walczył na barykadach ramię w ramię z Rosjanami, Żydami, Tatarami Krymskimi, Ormianami. I w nosie miał ich pochodzenie. Po prostu w nosie. Bo oni walczyli o coś zupełnie innego i ważniejszego.

A w Ojczyźnie…

Ten człowiek, który w imię walki o kremlowski tron pozwolił na rozpętanie drugiej wojny czeczeńskiej, osobiście nigdy i nigdzie nie walczył za swoją Ojczyznę. Nawet Afganistanu udało mu się uniknąć. A od czasu, gdy na dobre dorwał się do władzy, na sprowokowane przez siebie wojny (Gruzja, Krym) posyła młodziutkich, nieopierzonych poborowych. Nie siebie i nie swoje własne dzieci. I ten właśnie człowiek grzmi z trybuny, że to ja, który poszedłem na tę jego [czeczeńską] wojnę na ochotnika, to właśnie ja jestem zdrajcą, wrażym agentem i wyrzutkiem.

Teraz nagle stałem się dla Ojczyzny Żydem, „Chachłem”, banderowcem, piątą kolumną i „zdrajcą narodu”.

Boże, dziwny jest ten świat…


Tłumaczenie K.K


Tekst ukazał się w moskiewskim magazynie „The New Times”. Można go znaleźć pod adresem: http://www.aboutru.com/2014/04/babchenko-19/



* Arkadij Babczenko (ur.1977), rosyjski dziennikarz i prozaik. Autor tłumaczonej na wiele języków, wydanej także w Polsce książki „Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii”. Laureat licznych nagród rosyjskich i międzynarodowych.




środa, 16 kwietnia 2014

Widziane z Ługańska


Od tygodnia przeciwnicy władz w Kijowie okupują w Ługańsku budynek obwodowego zarządu ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa SBU. Mumin Szakirow z Radia Svoboda przepytał ługańskiego socjologa i prawosławnego duchownego Jewgienija Gnatienko co to znaczy być patriotą Donbasu i dlaczego wschodniej Ukrainie tak trudno porozumieć się z zachodnią.



Mumin Szakirow:
Jak wygląda obecnie życie na ulicach Ługańska?

Jewgienij Gnatienko:
Toczy się zwykłe, codzienne życie. Wszystko wygląda bardzo podobnie, do tego co działo się w Kijowie kilka miesięcy temu. Tylko centrum miasta, w nim dzieje się najwięcej, jest pełne ludzi. Wystarczy odejść od centrum na 200-300 metrów – trudno wtedy zorientować się, że Ługańsk jest areną szczególnych wydarzeń.

Przeciwnicy władz w Kijowie zajęli budynek obwodowego zarządu
Służby Bezpieczeństwa Ukrainy 6 kwietnia


Szakirow:
W Ługańsku też doszło do silnej polaryzacji, konfrontacji między…

Gnatienko:
Ostrej konfrontacji nie ma. Nikt nie szturmuje zdobytego budynku SBU (regionalny Zarząd Ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa), ale od chwili zajęcia go odczuwamy zwiększone napięcie. Niemal każdego dnia, rano i wieczorem pojawiają się informacje, o możliwym ataku na miasto i budynek. Trzeba być gotowym na szturm. Władze kijowskie starają się, by plotki te kolportowano jak najszerzej – już nie jeden raz ogłaszano operację antyterrorystyczną, oczywiście budzi to niepokój. Jednak do tej pory nikt fizycznie nie próbował odebrać budynku. Na wszelki wypadek, po sąsiedzku z budynkiem SBU rozbito niewielki obóz namiotowy, w nim zorganizowano szpital polowy, ludzie w nim obecni są przyszykowani na wszystko.

Szakirow
Ma Pan ukraińskie nazwisko. Kim pan czuje się bardziej Rosjaninem, czy Ukraińcem?

Gnatienko:
Bardziej Rosjaninem, ale w moich żyłach płynie też krew ukraińska. Z tego co wiem o swoich najdawniejszych przodkach, ci ludzie najpierw wyjechali z Ukrainy do Finlandii, potem część rodziny wróciła. To ze strony ojca. Ze strony mamy moje korzenie są rosyjskie i białoruskie. Tak więc mogę powiedzieć, iż jestem swego rodzaju reprezentantem jedności narodów słowiańskich.


Ługańsk – miasto położone na wschodzie Ukrainy, w bezpośrednim sąsiedztwie      granicy z Rosją. Liczy ok. 400 tysięcy mieszkańców. Najważniejszym zakładem przemysłowym miasta jest wielka fabryka lokomotyw spalinowych. W czasach radzieckich nosiło nazwę Woroszyłowgrad. 

Szakirow:
Przemyślał Pan już w jakim kraju chciałby Pan mieszkać? Ukraina może się podzielić?

Przywiązanie do malej ojczyzny


Gnatienko:
Do wybuchu ostatnich wydarzeń, tu w Ługańsku nie mieliśmy takiego problemu. Mieszkaliśmy sobie spokojnie na Ukrainie, nie przychodziło nam do głowy, że moglibyśmy się przenieść do innego kraju. Decyzję w tej sprawie każdy mógł podjąć oddzielnie, indywidualnie, wielu ludzi stąd pojechało do Rosji do pracy, albo w ogóle przenieśli się dokądś. Ci którzy pozostali, cieszyli się z życia, to są patrioci malej ojczyzny, dla nich ważne są Ługańsk i Donbas. To przywiązanie do małej ojczyzny teraz stało się silniejsze, ludzie zorientowali się, że nie są tak naprawdę potrzebni ani Ukrainie, ani Rosji. Rosyjscy politycy i eksperci od wielu lat podkreślają, iż dla Rosji wzięcie na siebie odpowiedzialności za nasz region, jego problemy socjalne (jedna trzecia ludności to emeryci), za przemysł z wielką liczbą przedsiębiorstw i kopalń skazanych na likwidację nie ma sensu. Tu tkwią źródła specyficznego patriotyzmu donbaskiego. W znacznym stopniu ten ruch, który określano dziś bywa jako separatystyczny jest wyrazem przywiązania do małej ojczyzny.

Szakirow:
Na razie separatyści – tak określa się tych ludzi w Kijowie – zajęli budynek SBU. Jak się Panu wydaje, jaki jest ich cel główny?

Gnatienko:
Trudno powiedzieć. Zastanawiamy się nad tym z kolegami i jak sądzę, ci ludzie niezbyt dokładnie zdają sobie sprawę z tego czego chcą. Łatwiej powiedzieć czego nie chcą. Przede wszystkim buntują się, gdy styl oraz obraz ich życia są kwestionowane. Dla nich ważny jest język rosyjski, ważna wdzięczna pamięć o zwycięstwie Związku Radzieckiego w II Wojnie Światowej, to są dla nich wartości podstawowe, one formują ich kręgosłup moralny, więc nikt nie chce by odnoszono się do tego z pogardą.
Ta pogarda w różnych formach była odczuwalna niestety przez cały okres niepodległości, weźmy na przykład ciągnącą się od lat dyskusję o języku rosyjskim, czy można nadać mu status drugiego języka państwowego. Albo kwestia ponownej oceny zasług bohaterów narodowych, zwłaszcza nadania tego miana niektórym dowódcom formacji banderowskich, to ludzi w Ługańsku silnie drażniło. Jednym ze skutków ostatnich wydarzeń w Kijowie jest wykreowanie pewnego wzoru zachowania w sytuacjach protestu; ludzie u nas, wyrażają go tak samo, jak ci w Kijowie. Zajęli budynki państwowe i wydali oświadczenia o nielegalności istniejącej obecnie władzy. To wszystko jest bardzo przykre, ale kiedy wewnątrz jednego organizmu państwowego powstają tak silne sprzeczności, nie ma powodu do zadowolenia.

Szakirow:
Zbuntowani na Majdanie zrobili rewolucję, ich motywy są jasne, chcieli doprowadzić do odejścia starej skorumpowanej władzy. Porozmawiajmy o motywach, jakimi kierują się ludzie okupujący obecnie budynek SBU. Co można powiedzieć o ich emocjach?

Gnatienko:
To ważne pytanie. Byłoby dobrze, gdyby ktoś wziął się za ten temat, napisał obiektywną pracę i odpowiedział na pytanie co jest separatyzmem w tych warunkach, a co nie. Pochylmy się nad jednym przykładem. W 1991 roku podpisano porozumienie w Białowieży i w oparciu o nie rozpadło się wielkie zjednoczone państwo, w naszej jego części powstały trzy niepodległe państwa, Rosja, Białoruś, Ukraina – wtedy nikt nie nazywał tego separatyzmem. Nowe państwa szybko zostały uznane przez społeczność międzynarodową, ich ludność zaakceptowała nowe warunki. Ale do czasu, do momentu kiedy pojawiły się problemy. A dziś, jak się okazuje, gdy jakiś region zaczyna domagać się swoich praw, stawia mu się nieprzyjemny zarzut separatyzmu.
Ale ludzie okupujący budynek SBU nie mają separatystycznych zamiarów, oni są gotowi zaakceptować państwo ukraińskie, chcą jednak federalizacji. Mają na myśli taką organizację państwa, która pozwoli im zachować jedność ze swymi braćmi z Ukrainy środkowej i zachodniej, ale równocześnie zapobiegnie w przyszłości restytucji starego dyktatu w odniesieniu do języka, kultury, wartości. Kraj w rzeczywistości podzielony jest od dawna i to pod wieloma względami. Dzieli nas religia, historia, stopień i kierunek zaangażowania w II Wojnie Światowej, itd. Tych podziałów nie da się ignorować. Okupujący budynek SBU starają się nie akcentować kwestii tych podziałów, im też zależy na ko-egzystencji, ważne jednak, by każdy miał prawo żyć po swojemu.

Po drugie, wielu ludzi zamieszkałych tu pragnie zjednoczenia z Rosją, na wzór Krymu. Ich postawy nie da się określić jako czysto separatystyczną. Separatyzm moim zdanie, to przede wszystkim zamiar utworzenia swojego własnego niezawisłego organizmu państwowego, opartego na zasadzie: „Moja chata z kraju, z nikim nie mam zamiaru się przyjaźnić.” To dlatego separatyzm, zwłaszcza realizowany w praktyce, jest oceniany krytycznie na całym świecie, oznacza bowiem zerwanie często bliskich związków, jednomyślności między różnymi narodami. Ale o czym mówi przykład Krymu? Ludzie nie chcieli żyć całkiem oddzielnie od wszystkich. Jeśli dobrze rozumiem mieszkańców Krymu, ich motywy były inne. Kiedy przekonali się, że to władze w Kijowie nie są zainteresowane wspólnym bytem i nie biorą pod uwagę interesów Krymu, wtedy wybrali zjednoczenie z wielką ojczyzną, która jeszcze do niedawna była dla nich wszystkich wspólna. Najważniejsze było nie oddzielenie się od Ukrainy, a odbudowa związku z Rosją. Poszukiwano „wspólnoty”, nie było w tym pragnienia „wydzielenia się”, forsowania własnych poglądów. Należy to wszystko wziąć pod uwagę, by nie szafować lekko terminem „separatyzm”  w odniesieniu do obecnych niepokojów na południu i wschodzie Ukrainy.

Szakirow:
Sam Pan osobiście doświadczył nieprzyjemności ze strony Ukraińców z Zachodu?

Komu przeszkadzał język rosyjski?


Gnatienko:
Mam wrażenie, iż gdyby mieszkańcy naszego regionu nie odczuwali z tamtej strony pewnego nacisku, nie mieliby podstaw do oburzenia. Jednak wokół kwestii językowej spekulowano cały czas, to się przydawało podczas każdych wyborów, wszystkie partie, czy to z Zachodu, czy ze Wschodu obowiązkowo włączały temat języka do swoich programów. Ale po każdych kolejnych wyborach okazywało się, iż język rosyjski, wszystko co związane ze wschodem Ukrainy, trzeba poświęcić w imię specyficznie rozumianej jedności kraju. Chociaż nie rozumieliśmy tu nigdy, dlaczego rosyjski nie może zostać drugim językiem państwowym: u nas połowa ludności mówi po rosyjsku. Co w tym byłoby strasznego? Wiele krajów na świecie, wystarczy wymienić Kanadę, Szwajcarię ma po kilka oficjalnych języków państwowych, to pomaga wyeliminować z życia niepotrzebne konflikty, nikt wtedy nie czuje się obywatelem drugiej kategorii. Dlaczego tego nie można zrobić na Ukrainie? Dlaczego tego nie można było zrobić już dawno?

Szakirow:
Załóżmy, iż Kijów od dziś zgodzi się na wielojęzykowość – rosyjski uzyska status drugiego języka państwowego. To pomoże zlikwidować napięcie obecne w społeczeństwie?

Gnatienko:
Trudno powiedzieć. Gdyby taką decyzję nowa władza w Kijowie podjęła na samym początku, zaraz po tragicznych wydarzeniach lutowych, gdyby ogłoszono iż w kraju będą teraz obowiązywać dwa języki państwowe, stosunek ludzi do władzy byłby inny. Uniknęlibyśmy wystąpień na Krymie i u nas. Ale dziś ten pociąg odjechał… Zapamiętaliśmy, iż zaraz po ucieczce Janukowicza, Rada Najwyższa przegłosowała ustawę anulującą obowiązujący status rosyjskiego jako języka regionalnego (nawet nie państwowego), dzięki czemu można było korzystać z niego w oficjalnych dokumentach. Po co to zrobiono – nie wiadomo. Jednak skutki były opłakane. W warunkach braku stabilizacji politycznej pojawiła się nowa władza, jak nas informowano, najważniejszym jej zadaniem, była walka z korupcją. Jednak zamiast walki z korupcją, zajęto się znów walką z nieszczęsnym językiem rosyjskim. Na wschodzie Ukrainy to wywarło koszmarne wrażenie (zwłaszcza na mieszkańcach Krymu – skutki zobaczyliśmy od razu). Ale czy kwestię językową można uznać za rzeczywisty przejaw ucisku? Myślę, że to wierzchołek góry lodowej. Jeśli spojrzymy w dół, zobaczymy jak cały system naszej oświaty i szkolnictwa, średniego, wyższego, został zorganizowany tak, by dominował w nim język ukraiński. Ludzie dobrze wyczuwają (starsze pokolenie kontaktując się z dziećmi uczącymi się w miejscowych szkołach), iż taka organizacja systemu oświatowego wpływa na ich tożsamość kulturową, lękają się, iż zaczyna się ona rozmywać. To wszystko zbierało się latami, a teraz tylko wybuchło.

 Szakirow:
Z wielu źródeł słyszmy o udziale w wydarzeniach na wschodzie Ukrainy rosyjskich służb specjalnych, rosyjskich dywersantów przysyłanych tutaj z misją destabilizowania sytuacji. Co pan powie na ten temat?



W namiotach rozbitych obok budynku SBU można się przespać, w jednym
na wszelki wypadek zorganizowano miniszpital

Mieszkamy na Ukrainie, pracujemy w Rosji


Gnatienko:
Ługańsk jest niewielkim miastem, wszyscy mamy tu przyjaciół, biorących mniej, lub bardziej aktywny udział w wydarzeniach wokół budynku SBU. Rozmawiałem z ludźmi, którzy tam byli i kontaktowali się z przywódcami tego ruchu. Od wszystkich słyszę to samo, nikt tam nie widział dywersantów z Rosji. Podobną opinię wyraził jeden z kandydatów na stanowisko prezydenta Siergiej Tigipko, po wizycie w budynku SBU stwierdził, iż nie widział tam ani Rosjan, ani zakładników. Nie orientuję się, jak to wygląda w innych miastach, ale w przypadku Ługańska można stwierdzić z prawdopodobieństwem bliskim pewności, iż na czele ruchu nie ma dywersantów z Rosji. Co prawda, analizowaliśmy z przyjaciółmi pewien specyficzny aspekt naszej sytuacji. Ługańsk znajduje się na terytorium przygranicznym, tak bywa tu często, człowiek ma paszport rosyjski, ale mieszka i pracuje na Ukrainie. Albo na odwrót, z paszportem ukraińskim pracuje w obwodzie rostowskim, w Rosji. Jak sklasyfikować takich ludzi? Wielu naszych mieszkańców po drugiej stronie granicy ma połowę rodziny. Połowa tu, polowa tam. Wśród ludzi zaangażowanych i aktywnie uczestniczących w aktualnych wydarzeniach na pewno można spotkać właścicieli paszportów rosyjskich, jednak zamieszkałych na stale tutaj. Oni czują się mieszkańcami Ługańska.  To jest problem typowy dla stref przygranicznych. Stykają się z nim w wielu miejscach Europy. Tożsamość ludzi zamieszkujących strefy przygraniczne bywa często „podwójna”.

Szakirow:
Komu sprzyja obecnie czas? Zwolennikom zjednoczonej, niepodzielnej Ukrainy, czy ich przeciwnikom, uważanych w Kijowie za separatystów?

Gnatienko:
Tylko z upływem czasu lepiej zrozumiemy, o co tu naprawdę chodzi. W mediach rosyjskich, ukraińskich pojawiają się różnego rodzaju mity, ale wystarczy dzień, tydzień i te mity się rozpadają. Przyjeżdżają do nas dziennikarze, obserwatorzy, przyglądają się, analizują, a potem łapią się za głowę, mówią :”tego tu nie ma”. Obserwujemy, jak ewoluuje świadomość społeczna. Stopniowo, podnosząc się nad gruzami mitów i wzajemnych pretensji, zaczynamy lepiej widzieć rzeczywistość. Jeśli, daj Bóg, nie zostanie przelana krew, jeśli obie strony zdołają zapobiec działaniom wojennym, to stopniowo zaczniemy poznawać prawdę o naszej rzeczywistości.  Od tego mogą wygrać tylko wszyscy. Mieszkańcy zachodniej Ukrainy tylko skorzystają poznając lepiej mieszkańców Donbasu, przestaniemy w ich oczach być tylko miejskim lumpenproletariatem, poddającym się manipulacji ze strony rosyjskich dywersantów. I na odwrót, stanie się bardzo dobrze, kiedy mieszkańcy Donbasu zrozumieją, iż na zachodzie nie mieszkają wyłącznie banderowcy, że tamtejsza ludność zasługuje na szacunek i współpracę.

Szakirow:
Jak dobrze mieszkańcy Ługańska znają Rosję i orientują się w jej położeniu? Krytycy rosyjskiej rzeczywistości mówią o totalnej korupcji, złodziejstwie, powszechnych fałszerstwach wyborczych, prześladowaniach wymierzonych w opozycjonistów, w niewinnych ludzi, o podporządkowanym władzy sądownictwie i o likwidacji niezależnej prasy? Być może niektóre miasta mogą wywoływać wrażenie, ich wielkomiejski blask, ale w Rosji Putina prosty człowiek jest bezbronny i pozbawiony praw.

Gnatienko:
Kiedy przyjeżdżam do Rosji, moi tamtejsi przyjaciele wypytują mnie szczegółowo, o to jak żyje się na Ukrainie. Więc staram się tłumaczyć. Mam różnych przyjaciół, wśród nich są inżynierowie, biznesmeni, duchowni. Mam wrażenie, iż wszyscy oni są jednomyślni oceniając sytuacje Rosji jako lepszą, od tej na Ukrainie. Przykro mi, ale musze powiedzieć, że się z nimi zgadzam. Wszystko poznajemy lepiej dzięki porównaniom.

Szakirow:
Tu w Ługańsku odczuwa się pretensję pod adresem Putina, za to, że wspomagał i finansował kryminalny reżim Janukowicza?

Gnatienko:
Tak oceniają sytuacje ludzie w Kijowie i Ukrainie zachodniej. Tu na wschodzie myślimy inaczej. Zwłaszcza, iż nie tylko reżim Janukowicza korzystał z finansowej pomocy Kremla. Wszyscy poprzedni,  prezydenci Ukrainy także deklarowali prowadzenie polityki wielosektorowej, chodziło to by uzyskać jak najwięcej korzyści i od Rosji i od Europy.

Szakirow:
Widzi Pan kogoś wśród ukraińskich polityków, kto znajdzie sposób, by zjednoczyć skłócone regiony i uratować państwo w starym kształcie?

Gnatienko:
Kiedy zaczynamy rozmawiać na podobne tematy, od razu ktoś wspomina o Putinie. To właśnie nas nurtuje, czy Ukraina znajdzie takiego lidera. Rosja po odejściu Jelcyna znajdowała się na granicy katastrofy, ale Putinowi udało się ją zjednoczyć. Teraz z Rosja musza się liczyć na arenie zagranicznej. Rezultaty badan sondażowych prowadzonych w ostatnich dziesięciu latach na wschodzie Ukrainy, w Ługańsku ujawniają interesujące zjawisko. Porównanie wskaźników popularności prezydentów Rosji, Białorusi i Ukrainy zawsze kończyło się podobnie, pierwsze miejsce zajmował prezydent Rosji, za nim szedł prezydent Białorusi, a dopiero po nich prezydent Ukrainy. Z czego to wynika? Może ludzie wydaje się, iż tam lepiej gdzie nas nie ma. Może brakuje im wiedzy i nie orientują się jak żyje się na Białorusi i w Rosji. Trudno to ocenić. Ale w świadomości społecznej mieszkańców naszego regionu obecny jest obraz Putina idealnego polityka, takie wnioski ludzie wyciągając na podstawie prowadzonych przez siebie porównań.

Szakirow:
Wśród polityków ukraińskich widzi Pan kogoś, kto mógłby odegrać konstruktywną rolę, teraz kiedy Południe ze Wschodem domagają się rzeczywistej decentralizacji.

Gnatienko:
W ciągu ostatniego tygodnia przyjeżdżało do nas kilku polityków kandydujących w wyborach prezydenckich, wśród nich oficjalny kandydat Partii Regionów. Wszyscy odwiedzali okupowany budynek SBU. Ale przyjmowano ich chłodno, mówiąc wprost zostali przegonieni. To świadczy o jednym, żaden z nich nie spełnia społecznych oczekiwań.

Szakirow:
Obecnie Rosja, Kreml zapewniają opiekę byłemu prezydentowi Ukrainy Janukowiczowi. Niedawno Janukowicz, wspólnie z byłym prokuratorem generalnym Pszonką i byłym ministrem spraw wewnętrznych wspólnie wezwali do zachowania pokoju. Co o nich myślą mieszkańcy Ługańska?

W mieście powstał też szereg barykad utrudniających ewentualny szturm ze strony sil lojalnych
wobec wladz w Kijowie. 


Gnatienko:
Ocena nie jest zbyt pozytywna. Ale niektórzy przedstawiciele górników, dwa-trzy tygodnie temu  występując w mediach, w Internecie wzywali Janukowicza do powrotu na swoje miejsce pracy. Łatwo można było zauważyć ich niezadowolenie z jego ucieczki. Oczywiście, można zrozumieć, dlaczego uciekł, zagrożenie życia, itd., niemniej jednak jego nieobecność na miejscu wzbudza niezadowolenie. Janukowicz odbierany jest w Donbasie jako swój człowiek i pewnie dlatego w wielu punktach ocena jego działalności jest mniej surowa.

Szakirow:
Mieszkańcy Ługańska w przeszłości glosowali na Partię Regionów i jej lidera. Czy zdają sobie sprawę, że tym samym oni także ponoszą odpowiedzialność za krach jego polityki? Jej skutkiem był Majdan, rewolucja, śmierć wielu ludzi? A może także w ich oczach Janukowicz jest głównym winowajcą?

Okrzyki na cześć Berkutu


Gnatienko:
Wydarzenia na Majdanie, zwłaszcza w ciągu ostatnich dni miały tragiczny charakter. Ale ta historia nie jest do końca jasna. Przez kilka miesięcy oddziały specjalne pilnujące Majdanu nie otrzymywały żadnego rozkazu, by rozegnać demonstrację. Przedstawiciele resortów siłowych nie raz oświadczali, iż jeśliby podobny rozkaz wydano w pierwszej, lub środkowej fazie istnienia Majdanu, potrafiliby go wykonać. Jak widzieliśmy berkutowcy zachowywali się odważnie. Nieprzypadkowo na wschodzie Ukrainy często wznoszone są teraz okrzyki na cześć Berkutu. Tutaj zapamiętano obraz milicjantów wykonujących swoje obowiązki uczciwie, zgodnie ze złożoną przysięgą. Zapamiętano jak obrzucano ich kamieniami, koktajlami Mołotowa. Z psychologicznego punktu widzenia ludziom trudno uwierzyć, że Janukowicz ostatniego dnia, podpisując porozumienie z opozycją, godząc się na ustępstwa w obecności zachodnich ministrów spraw zagranicznych, jednocześnie wydal rozkaz strzelania do ludzi. Jak to zrozumieć? Tutaj w Ługańsku wersja, według której Janukowicz kazał użyć broni przeciw demonstrantom traktowana jest sceptycznie.

Szakirow:
Ale i tu ludzie nie mogą być pod każdym względem jednomyślni. Jakby Pan ocenił proporcje tych, którzy chcą mieszkać w Rosji i tych, którzy wybraliby Ukrainę?

Gnatienko:
Ostatnie sondaże na ten temat prowadziliśmy jesienią, jak raz w przeddzień nieoczekiwanej decyzji Kijowa, by zrezygnować ze stowarzyszenia s Europą. Ta decyzja, jak wiadomo, doprowadziła do Majdanu. Ale przez kilka lat Janukowicz i jego rząd prowadzili aktywną kampanię propagandową na rzecz Europy, ona przyniosła rezultaty. Liczba zwolenników sojuszu z Rosją i Białorusią zmniejszyła się z 60% do 45%. Jesienią 45 % ankietowanych opowiadało się za związkiem z Rosją i Białorusią, wariant europejski popierało 20% ankietowanych. Teraz nie prowadzimy sondaży. Sytuacja jest zbyt napięta. Ludzie żyją emocjami, ich poglądy nie są ustabilizowane, trudno to mierzyć przy pomocy metodologii naukowej. Przeczucie mówi, ze liczba zwolenników ściślejszego związku z Rosja musiała wzrosnąć, ale na ile, trudno powiedzieć, nie mamy żadnych danych.

Szakirow:
Spodziewacie się zapowiedzianego przez ministra Awakowa szturmu budynku SBU?

Gnatienko:
Wszędzie słyszę od ludzi, iż jeszcze nie zwariowali na tyle, by rozpętać rzeczywiste działania wojenne. Chcę w to wierzyć i ja. Ale przecież i tak nie wiemy, jak się to skończy. Jednak użycie w tej sytuacji broni przeciwko ludziom wyrażającym szczerze swoje stanowisko byłoby szaleństwem.

Szakirow:
Czy możliwe są rozmowy bez przejmowania budynków państwowych? Do tej pory nikt nie zginął, w Ługańsku mityczni banderowcy są nieobecni. Może można opuścić budynek SBU i podjąć negocjacje?

Gnatienko:
Rozmowy są prowadzone. Ale trudno oczekiwać, by okupujący budynek SBU opuścili go wcześniej, niż opuszczone zostaną wszystkie budynki w Kijowie zajęte podczas Majdanu. Nie usprawiedliwiam żadnej ze stron, tu musi dojść do rozwiązania parytetowego. Byłoby dobrze, gdyby ludzie w Kijowie dali dobry przykład i opuścili zajęte przez siebie budynki. W odpowiedzi, także ługańska okupacja zostanie przerwana.

Szakirow:
Wierzy Pan, ze uda się przeprowadzić w maju wybory prezydenckie. Weźmie Pan udział w glosowaniu?

Gnatienko:
Zawsze uczestniczyłem w wyborach. Zabierałem z sobą dzieci, chciałem by na przykładzie ojca uczyły się, iż glosowanie jest obywatelskim obowiązkiem. Oczywiście pójdę na wybory, nie widzę powodów dla których miałbym zrezygnować. Pytanie ważniejsze – na kogo oddać glos? Dla mnie to na razie pytanie otwarte. Do wyborów jeszcze się wiele zdarzy, co wpłynie na ich wyniki.

Szakirow:
Liczni eksperci twierdza, iż Rosja robi wszystko by zerwać wybory…

Gnatienko:
Kiedy prezydenta Rosji spytano o Wiktora Janukowicza odpowiedział, iż nie widzi dla niego przyszłości politycznej. Jednak z kimś trzeba prowadzić rozmowy. Nie sądzę, iż Rosji zależy na tym, by na Ukrainie w ogóle nie było prezydenta. Rosji potrzebny jest partner do rozmów, bez rozmów nie da się rozwiązywać konfliktów.


*Jewgienij Gnatienko, prawosławny duchowny, socjolog zamieszkały w Ługańsku. Absolwent filozofii na uniwersytecie w Moskwie. W Ługańsku wykłada filozofię i socjologię na miejscowych uczelniach.







*Mumin Szakirow, moskiewski dziennikarz i reżyser filmowy. Współpracuje z moskiewską redakcją Radio Swoboda.




Oryginał wywiadu m
ożna znaleźć na stronie Radio Svoboda:
http://www.svoboda.org/content/article/25334462.html


poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Kłamstwo wiedzie ku przepaści. Wystąpienia na moskiewskim Marszu Prawdy



Po powrocie Władimira Putina na Kreml na rosyjskie media spadla seria represji. Likwidowano agencje prasowe, wydawnictwom internetowym blokowano dostęp do sieci. Zwalniano redaktorów naczelnych i całe redakcje. W odpowiedzi na wydarzenia na Ukrainie Kreml podjął agresywną anty ukraińską kampanię propagandową. W obronie wolności mediów w niedzielę 13.04, na demonstracji w Moskwie, zebrały się tysiące ludzi. Publikujemy dwa spośród wygłoszonych tam przemówień.




Andriej Zubow (1952), historyk religii, profesor MGIMO. W odwet za jego krytyczną postawę i związane z kryzysem ukraińskim wystąpienia władze już dwukrotnie próbowały usunąć go z pracy.






Przyjaciele,

W tym wspaniałym dniu wkroczenia Pana do Jerozolimy, na naszej ziemi jesteśmy świadkami strasznej tragedii, przelewana jest krew Rosjan i krew Ukraińców, w mieście o symbolicznej nazwie Słowiańsk. To dzieje się teraz, dzisiaj, tak dzieje się dlatego, iż ci którzy samozwańczo objęli nad nami władzę, podejmują działania nie z myślą o nas i nawet nie z myślą o sobie, a w imię tego kłamstwa, którego ojcem jest diabeł.

Kiedy pytają mnie o to, jak prosty człowiek może dokonać wyboru własnej drogi, zawsze odpowiadam identycznie. Jeśli spostrzeżecie, że nie mówią wam prawdy, jeśli widzicie, że wojnę określają mianem pokoju, że okupantów przedstawiają jako pokojowo nastrojonych obywateli, pamiętajcie, prowadzą was ku przepaści.

Droga kłamstwa jest zawsze drogą ku przepaści. Dlatego drodzy przyjaciele, iż świat zbudowany jest na prawdzie. Świat nie ma innej podstawy od prawdy. Jestem historykiem religii, wiem jak to było w starożytnym Egipcie i w starożytnych Indiach. I tam i tam  prawda była podstawą wszystkiego na czym opierał się świat i człowiek. Kiedy politycy, dziennikarze, dyplomaci wprowadzają nas w błąd, popełniają wtedy przestępstwo wobec własnego kraju, wobec nas i wobec swojej własnej nieśmiertelnej duszy. Gubią siebie i nas. Odczuwam niewypowiedziany ból, kiedy na to patrzę. Czy mamy na to odtrutkę, czy mam drodzy przyjaciele możliwość by się temu przeciwstawić?

Mamy taką możliwość. Każdy człowiek, mały i duży, w Moskwie, albo na dalekiej prowincji, ma taką możliwość, trzeba samemu dochować wierności prawdzie. Przecież nie dlatego teraz tak wiele kłamstwa płynie z ekranów telewizyjnych, że za przeciwstawnie się mu stawiają pod ścianą. Pod ścianę na razie nas nie stawiają. Kłamstwo to skutek chciwości tych, co kłamią, ma też swoje źródło w strachu. Chcą nas wystraszyć. Ostrzegają nas, zrobimy z Wami coś strasznego. Ale niczego nam nie zrobią.

Dlatego, że kłamstwo pozbawione jest siły. W kłamstwie jest tylko jej cień. Siła tkwi w prawdzie. Kłamstwo ma krótkie nogi. I jak powiedział wielki Sołżenicyn, jedno słowo prawdy jest w stanie zmienić świat.

On sam zmienił świat i my też zmienimy.


*                               *                                   *                                  *


Igor Jakowienko (1951), dziennikarz, były sekretarz Związku Dziennikarzy Rosyjskich.






Witajcie drodzy przyjaciele,


Dziś czas biegnie tak szybko, wszystko się zmienia, iż trudno nam uwierzyć, że upłynął już miesiąc od chwili, gdy Szenderowicz i profesor Zubow porównali reżim putinowski i to jak on funkcjonuje z Trzecią Rzeszą z lat 1938-39 roku. Wtedy wielu wydało się to przesadą, Dziś należałoby raczej szukać różnic.

Tym, co oba reżimy odróżnia w znaczący sposób, jest o wiele większa dziś rola mediów i propagandy. Kiedy faszystowska Trzecia Rzesza doszła do kresu swego istnienia, na ławie oskarżonych, na procesie w Norymberdze, wśród 24 oskarżonych znaleźli się dwaj dziennikarze. Przedstawicielami środków masowej informacji byli Hans Frietzsche i Julius Streicher, redaktor gazety Der Stuermer. W Norymberdze oceniono, iż rola mediów w tym co się wydarzyło wynosiła ok. 10%. Jestem przekonany, iż dziś ten odsetek jest o wiele większy.

Jestem przekonany, że i nasz proces sądowy kiedyś się odbędzie. Na nim zostaną ocenione wszystkie przestępstwa obecnego reżimu, tam co najmniej 50% miejsc będzie zarezerwowanych dla ludzi, którzy dziś kłamią w naszych federalnych programach telewizyjnych i służą w szeregach tak zwanych putinowskich telewizyjnych sił zbrojnych.

Zajęliśmy się dziś, jak mi się wydaje, ważną sprawą, nazwiska tych ludzi wymienimy wprost. To ważne, że nie tylko wskażemy ich jako ludzi, którzy okryli się hańbą, ale i że zaczęliśmy się z nich śmiać. Śmiech jest najsilniejszą bronią. Kiedy z jakimiś rzeczami chcemy się rozstać na zawsze, śmiech nam w tym pomaga.

Moim zdaniem, to ma wielkie znaczenie, byśmy odnotowali wszystkie przestępstwa, jakie popełniane są obecnie na naszych ekranach telewizyjnych. Przestępstwo główne nie zostało wymierzone w naród ukraiński, tam zrozumiano co trzeba robić i już wyłączono te strumienie kłamstwa. Ofiarą głównego przestępstwo jest społeczeństwo rosyjskie. Co trzeba było zrobić z normalnymi, dobrymi i niegłupimi ludźmi, by trzy czwarte społeczeństwa gotowe było wesprzeć wojnę z braterskim nam narodem.  To jest rzeczywiście przestępstwo XXI wieku.

Dziś powinniśmy wymienić nazwiska wszystkich tych ludzi, żołnierzy wojsk telewizyjnych Putina, byśmy zobaczyli czym różnią się od prawdziwych dziennikarzy. Już dziś  powinniśmy wymienić właściwe nazwiska, wyliczyć ludzi, którzy ogłupiają społeczeństwo. By prawdziwym dziennikarzom łatwiej się było od nich zdystansować, trzeba powołać do życia prawdziwy Związek Dziennikarzy.

Musimy też rozwijać nasze własne, równoległe społeczeństwo obywatelskie. Inicjujemy dziś ważny proces, nie wolno nam nikogo zapomnieć, kiedy będziemy wypowiadali słowa potępienia, ośmieszali, wszystkich, którzy kłamią dziś w telewizji i robią z nas idiotów na łamach putinowskich gazet.

Kiesielow – hańba ! (prowadzący stacji telewizyjnej „Rossija” – „media-w-Rosj”)

Sołowiow – hańba ! (prowadzący stacji telewizyjnej „Rossija”)

Mamontow – hańba ! (autor propagandowych filmów dokumentalnych)

Ernst - hańba ! (szef Programu Pierwszego)

Mackiaviczius – hańba ! (dziennikarz programu „Wiesti” nadawanego w programie stacji „Rossija”)

Dobrodiejew – hańba ! (szef stacji państwowej radiowo-telewizyjnej korporacji WGTRK, właściciela Programu Rossija „Rossija”)

Kulistikow – hańba ! (szef telewizji NTV)

....

Zwyciężymy !


Na blogu Media-w-Rosji o problemach niezależnych mediów:


Wraz z powrotem na Kreml Władimira Putina nasiliła się ofensywa władz przeciw niezależnym mediom. Jeden po drugim tracili pracę nieposłuszni redaktorzy naczelni, zwalniano całe redakcje, likwidowano portale internetowe. Historyk i socjolog Alek D. Epsztejn jest zdania, iż środowisko dziennikarskie zachowując bierną postawę, ułatwiło Kremlowi zadanie.


Znany pisarz Borys Akunin: TV „DOŻD’” stała się bastionem wolności.

 

TV Dożd’ już dawno przestała być modną telewizją hipsterską – uważa znany rosyjski pisarz Borys Akunin. Dziś, w Rosji Wladimira Putina, to prawdziwy bastion wolności słowa. Czy uda się go uratować? Akunin nie jest optymistą, władze trudno będzie powstrzymać. Ale nic nie jest wieczne i już dziś, według pisarza, można dostrzec w Rosji zalążki zbliżającej się zmiany.


Ile kosztuje w Rosji telewizja wolna od cenzury?


Jedyna w Rosji niezależna stacja telewizyjna „TV Dożd’” nie poddaje się. Pozbawiona na polecenie Kremla dostępu do sieci kablowych i dochodów z reklamy zwróciła się do swoich widzów i przyjaciół z apelem o wsparcie. Aleksander Winokurow, współwłaściciel stacji, podaje na swym blogu interesujące dane na temat jej budżetu. 

Mówi radio „Echo Moskwy” 


O wyborach redaktora naczelnego w radiostacji "Echo Moskwy" pisze Natalia Rostowa. Materiał portalu slon.ru . Radiostacja „Echo Moskwy” od lat zajmuje szczególne miejsce w archipelagu rosyjskich mediów. Pozostaje źródłem wolnej od cenzury informacji i komentarzy przedstawiających różne punkty widzenia. Formalnie większościowym udziałowcem radia jest koncern Gazprom Media.



Eksluzywny wywiad dla "Media-w-Rosji" z Natalią Sindiejewą, dyrektorem generalnym niezależnej stacji telewizyjnej „TV Dożd’”


Od blokady Leningradu, do blokady TV „Dożd’


Wśród kontrolowanych przez Kreml rosyjskich mediów, stacja telewizyjna TV Dożd’ jest absolutnym wyjątkiem. Żadna inna telewizja rosyjska nie poświęca tyle uwagi działalności opozycji, korupcji urzędników, walce o prawa człowieka. Nadany kilka dni temu program poświęcony wojennej blokadzie Leningradu (z udziałem pisarza Wiktora Jerofiejewa) stał się pretekstem dla zmasowanego ataku na „Dożd’”. Czy telewizyjna wysepka wolności przetrwa pro kremlowskie tsunami?





Obserwuj i polub nas na Facebooku: https://www.facebook.com/mediawrosji





niedziela, 13 kwietnia 2014

Płyta bardzo długogrająca. Rozmowa z Leonidem Kuczmą, byłym prezydentem Ukrainy.


Doradzałem Janukowiczowi, żeby spełnił pierwsze postulaty Majdanu. Dla Putina przybliżanie się NATO ku Moskwie jest najgorsze. Wschód i Południe są przerażone działaniami obecnej „pomarańczowej władzy”. Ale federalizacja kraju narzucona przez Moskwę doprowadzi do zniszczenia państwa – na pytania Radio Swoboda odpowiada Leonid Kuczma, były prezydent Ukrainy.




Rozmawia: Dmitrij Wołczek



Dmitrij Wołczek:
Wszyscy dziś szukają odpowiedzi na pytanie, czy Rosja zdecyduje się na nową interwencję i czy spróbuje oderwać od Ukrainy jeszcze kilka obwodów. Pan dobrze zna Wladimira Putina, jaka jest Pana prognoza?

Leonid Kuczma:
Leonid Kuczma sprawował władzę przez
dwie kadencje w latach 1994-2005
Wydaje mi się, że nowej interwencji nie będzie. Jeśli by taka operacja została zaplanowana, to trzeba było przeprowadzić ją o wiele wcześniej. Byliśmy tacy słabi, że mogliśmy tylko podnieść ręce do góry i poddać się bez jednego wystrzału. Mam na myśli aneksję Krymu, choć i tam można było zrobić więcej, by nie dopuścić do tego co się stało. Na południowym zachodzie Ukrainy obserwujemy aktywne działania struktur rosyjskich podejmowane wspólnie z obecną tam piątą kolumną, ona istnieje na Ukrainie, chodzi o to, by podminować ekstremalnie sytuację w tych regionach. To się w pewnym stopniu udaje. Nie tylko dzięki temu, że stoi za tym idea obrony ludności rosyjskojęzycznej, ale także dlatego, że w tej historii są też obecne „wielkie pieniądze”, nie mam co do tego wątpliwości. Tak więc znów reagujemy z opóźnieniem. 
Liczni eksperci w swoim czasie podkreślali, że następny będzie południowy wschód Ukrainy, że tam będą podejmowane działania mające na celu destabilizację Ukrainy. Temu na przykład służy skierowanie do przygranicznych regionów wielkiego liczebnie zgrupowania armii rosyjskiej. Jej obecność nie pozostaje bez wpływu.


Chciałem pojechać do Moskwy


Wołczek:
Przychodzi do Panu do głowy jakiś sposób, by to powstrzymać?

Kuczma:
Znam tylko jeden – to Zachód i Stany Zjednoczone. Rosja nie chce prowadzić rozmów z Ukrainą, nie uznaje obecnego rządu za legalny. W tej sytuacji nasze władze nie wiele mogą zrobić. Być może, jakieś kroki trzeba było podjąć na początku. Z jakiegoś powodu niczego takiego nie zrobiliśmy. Myślę tu o parlamencie, potrzebne były jakiekolwiek działania o charakterze publicznym, można było pojechać do Moskwy z wezwaniem, drodzy przyjaciele, siadajmy do rozmów. Jeśli nie siądziecie z nami do stołu, będzie to oznaczać, iż nie zależy wam na dialogu. Wtedy powstałaby przynajmniej szansa wysłania jasnego sygnału Ukraińcom i całemu światu. A dziś widać już jasno, wygląda na to, że Kerry zawarł jakieś porozumienie z Ławrowem, teraz potrzeba by do rozmów usiadła także Unia Europejska, chodzi o to, żeby znaleźć consensus.  Dla strony ukraińskiej to oczywiste, że najważniejszym problemem jest Krym.

Wołczek:
Widzi Pan szansę, by Ukraina odzyskała Krym? 

Kuczma:
W tej sytuacji nie ma na to żadnych możliwości. Putin na to nie zgodzi się nigdy. Zwrot Krymu w jego przypadku oznaczałby przyznanie się do klęski. Kto by się na coś takiego zdecydował? Nie ma nikogo takiego w Rosji. Mamy do czynienia z płytą wyjątkowo długogrającą, a i tak niewiadomo, czy doczekamy się zakończenia i jakiego… świat nauczył się żyć w takich warunkach. Można przytoczyć dziesiątki przykładów podobnego rodzaju operacji: na początku pokrzyczą, pokrzyczą, ale potem Amerykanie nie chcą psuć sobie nastroju, i co ważniejsze, żal im pieniędzy. Ameryka razem z Rosją, Chinami i Francja składała obietnicę, iż będzie bronić interesów Ukrainy. Ale proszę mi wybaczyć, jakoś nie widać z ich strony wielkiej ochoty, by użyć surowszych sankcji gospodarczych. Jakoś nikt na to nie chce się zdecydować. Dlatego, że liczą pieniądze.

Wołczek:
Zna pan dobrze Władmira Putina, nie raz prowadził pan z nim rozmowy. Dopuszczał Pan możliwość, iż Rosja może w taki sposób plunąć na wszystkie porozumienia i pogwałcić zasadę nienaruszalności granic? Czy też to wszystko i dla Pana jest zaskoczeniem?


NATO pod Moskwą


Kuczma:
Tu trzeba wiele przeanalizować. Ważna jest próba, by przemyśleć wszystko tak jak sam Putin, jakie myśli kierowały nim w tej sytuacji. Najstraszniejsze dla Rosji – to zjawienie się NATO pod Moskwą. Ta myśl zawsze była obecna po stronie rosyjskiej. Ja ich rozumiem. Ale wydaje mi się, iż jeśli odczuwali aż taki lęk, trzeba było przeprowadzić przez Radę Bezpieczeństwa postanowienie, iż Ukraina będzie rzeczywiście państwem neutralnym, że nie wejdzie w skład NATO,(my sami przyjęliśmy tego rodzaju postanowienie). Trzeba było wybrać tę drogę, ale uznano, że lepsza będzie inna, poddano Ukrainę presji gospodarczej, obserwowaliśmy to w minionych latach. 
Putin nie dowierzał Ukrainie, przede wszystkim władzom Ukrainy. Przez cały czas dopuszczał myśl, iż pewnego dnia pojawi się rząd, który zapomni o przyjaźni ukraińsko-rosyjskiej, i że Ukraina wstąpi do Unii Europejskiej i do NATO. A potem nagle żarty się skończyły. Dlatego, jak mi się wydaje, Rosjanie w swoich planach wszystko to uwzględniali, także działania mające na celu obronę rosyjskich interesów, takich jak zajęcie Krymu, im to się świetnie udało.

Wołczek:
Gdyby miał pan teraz możliwość porozmawiania z Władimirem Putinem, co by mu pan powiedział?
Leonid Kuczma (z lewej): Wiktor Janukowicz (z prawej) nie słuchal moich rad,
Władimir Putin (w środku) śmiertelnie boi sie zbliżenia NATO ku Moskwie. 

Kuczma:
Gdybym był prezydentem, do tego wszystkiego, by nie doszło. A dziś co można mu powiedzieć? Trzeba było z nim rozmawiać na początku. Miałem na to ochotę, ale w takim wypadku trzeba dysponować jakimiś pełnomocnictwami udzielonymi przez władze. Ale nasze władze zajęte były wówczas pracami nad własną strategią, sam nie wiem jaka ona jest. Zawsze uważam, że marny pokój lepszy jest od dobrej wojny, dlatego trzeba było podjąć próbę dogadania się na samym początku, kiedy tylko poczuliśmy co się dzieje, że to zakończy się odebraniem Krymu. My zaś tylko czekaliśmy, apelowaliśmy do społeczności międzynarodowej, krzyczeliśmy, że Rosja źle się zachowuje, mieliśmy nadzieję, ze znajdzie się jakiś wujek, który nam pomoże. Ale wiemy dobrze, wujkowie za nic nie pomagają, a jeśli pomagają, to myślą o swoich własnych  interesach, nie o interesach Ukrainy.

Wołczek:
Opowiadał Pan dziennikarzom, iż podczas trwania akcji na Majdanie udzielał Pan rad Janukowiczowi, ale że on Pana nie słuchał. Co mu pan radził?

Kuczma:
Oczywiście, że udzielałem. Opierałem się na doświadczeniu poprzedniego Majdanu z 2004 roku, wtedy także nakłaniano mnie do użycia siły, do posłużenia się odpowiednimi formacjami. Ale ja całkowicie zdawałem sobie sprawę, jakie mogły być następstwa. Gdyby Janukowicz odpowiedział na pierwsze żadania Majdanu, one były wyjątkowo skromne, domagano się wówczas dymisji ministra spraw wewnętrznych i dymisji rządu… Miałem w tej sprawie jednoznaczny pogląd, radziłem mu to, prosiłem, trzeba zdymisjonować rząd, wtedy Majdan zaraz się skończy. A jeśli idzie o zastosowanie siły – w najgorszym śnie, tego nie przewidywałem.

Wołczek:
Co pan myśli o idei federalizacji Ukrainy forsowanej obecnie przez Rosję?

Kuczma:
To jest plan zniszczenia państwa. Mamy cały kawałek tkaniny, prześcieradło, potnijmy je na kawałki, a potem spróbujmy je zszyć na nowo. Federacja, przyjrzyjmy się, jakie były pod tym względem międzynarodowe doświadczenia, nigdy nie udawała się, kiedy narzucano ją z góry. Nie znam tego rodzaju przykładów. Zawsze mniejsze podmioty, księstwa,  zawiązywały federację dla obrony swoich interesów. Pomysł, żeby rozwalić na kawałki unitarne państwo przychodzi z Rosji, oni chcą zniszczyć Ukrainę. Niech lepiej swoim sąsiadom doradzą, kto powinien wstąpić do Unii Celnej.

Wołczek:
Zgadza się pan z tymi, którzy porównują Putina z Hitlerem i dostrzegają analogie między Krymem i Sudetami.

Kuczma:
Nie, w żadnym wypadku, to absurd. Kiedy brakuje argumentów, korzysta się z tego rodzaju porównań historycznych, one zwyczajnie prowadzą do zaostrzenia sytuacji. Uniemożliwiają rozmowy, porozumienie. Wydaje mi się, że przywódcy nie powinni występować z tego rodzaju zarzutami, one są poniżające, potem nie można już sobie spojrzeć w oczy, czy poszukiwać wspólnie pozytywnych rozwiązań. Nawet jeśli tak myślisz, piastując stanowisko przywódcze musisz schować ten pogląd dla siebie. Dziennikarzom wolno mówić, co im się podoba, ale sprawujący władzę nie mogą sobie na to pozwolić.

Strach na Wschodzie i Południu


Wołczek:
Nie będę pana pytał kto najbardziej się panu podoba z grona kandydatów na stanowisko prezydenta Ukrainy. Mam wrażenie, że i tak nie odpowiedziałby pan na to pytanie. Sformułuję pytanie inaczej, czy jest w tym gronie człowiek zdolny do uratowania Ukrainy?

Kuczma:
- Z żalem musze stwierdzić, że trudno mi dostrzec kandydata z odpowiednim poparciem,  zdolnego do zjednoczenia Ukrainy. Mówiąc wprost, kandydaci są przede wszystkim związani z „pomarańczową” władzą, Nie cieszą się zaufaniem na wschodzie i południu,  to jest najstraszniejsze. Przyszłe władze i rząd powinny reprezentować wszystkie regiony, wtedy można będzie szukać porozumienia. Jeśli w rządzie reprezentowana będzie tylko połowa Ukrainy, to w tym duchu będą utrzymane jej działania. Nie mam jakiejś specjalnej nadziei na to, że pojawi się nowa władza zdolna do jakichś rozstrzygających, zasadniczych działań umożliwiających rozwiązanie wszystkich problemów. Z drugiej strony podoba mi się to, co robi nasz premier Jaceniuk, widzę jak stara się uświadomić regionom, jakie są zamiary rządu. Obecnie zadanie rządzących polega na tym, by na wschodzie Ukrainy opowiedzieć, co zamierzają robić, jakie są ich plany. Tamtą część kraju opanował brak zaufania wobec władz centralnych, wobec zachodu Ukrainy. Wielu ludzi na wschodzie i na południu odczuwa strach. 
Wczoraj przyjechałem z Dniepropietrowska, zaproszono mnie na jubileusz 60-lecia Biura Konstruktorskiego „Jużnyj”. Spotkałem ludzi wykształconych, nie nastrojonych agresywnie, tak jak mieszkańcy Doniecka, czy Ługańska. Jednak widać co ich niepokoi: Leonidzie Daniłowiczu, co tam wyprawia się u was w Kijowie? Wystarczy, że po ulicach chodzą uzbrojeni obywatele i nie wiadomo do jakiej należą formacji, albo zamiast o normalnej zamianie elity politycznej rozmawiamy o lustracji, którą niektórzy porównują z kastracją, więc najpierw wszystko zniszczymy, a potem…. 
Kiedy Lenin objął władzę, w tamtej sytuacji, zachował stare kadry w siłach zbrojnych, w bankach, w finansach, bardzo dobrze rozumiał, że bez specjalistów nie da się niczego zrobić. Kiedy dziś strzyżemy na łyso, to z kim będziemy potem budować, to co musi zostać zbudowane i co obiecaliśmy wszystkim? Będzie musieli zaczynać wszystko od początku? Kadry musza być przedmiotem naszej troski. Jeśli ktoś naruszył prawo, proszę bardzo od tego mamy system sądowniczy, niech to wyjaśnią, na śmietnik wyrzucajmy tych, którzy na to zasłużyli.

*Leonid Kuczma (ur.1938), premier Ukrainy w latach 1992-1993, prezydent w latach 1994-2005. Jego rządy zakończył pierwszy Majdan i „pomarańczowa rewolucja”. W Związku Radzieckim w latach 1986-1992 dyrektor generalny Zakładów Przemysłu Kosmicznego „Jużmasz” w Dniepropietrowsku. 





Oryginał rozmowy można znaleźć na stronie Radia Swoboda pod adresem: http://www.svoboda.org/content/article/25330950.html


Także na blogu „Media-w-Rosji”:


Rozmowa z Fiodorem Łukianowem, politologiem, redaktorem naczelnym magazynu „Rosja w Polityce Globalnej”.

Kreml zrobi wszystko, by nie dopuścić do przyłączenia się Ukrainy do wrogich sojuszy – przyznaje politolog Fiodor Łukianow. Destabilizacja na wschodzie kraju ułatwia Rosji realizację tego zadania. Trudno sobie wyobrazić bezpośrednią interwencję wojskową, jednak nie można wykluczyć, iż wydarzenia wymkną się spod kontroli. Jednak najlepszą szansę na uregulowanie kryzysu stwarza federalizacja Ukrainy. 


Obserwuj i polub nas na Facebooku:
https://www.facebook.com/mediawrosji




piątek, 11 kwietnia 2014

Dysydenckie rozterki: emigrować, czy zostać?


W czasach radzieckich buntowali się, spadały na nich represje. Walczyli z autorytarnym reżimem. Niektórzy wybierali emigrację, innych do niej zmuszano. Dziś, w Rosji Władimira Putina starzy radzieccy dysydenci, obserwując powrót tendencji autorytarnych znów zadają sobie stare pytanie. Lepiej zostać i walczyć, czy kontynuować walkę?



Z dysydentami rozmawia Ania Ajwazjan






Arsenij Roginski (1946)



Historyk, przewodniczący Towarzystwa „Memoriał”. W 1981 roku odmówił wyjazdu na emigrację, został wówczas aresztowany na podstawie na podstawie spreparowanego oskarżenia o podrabianie dokumentów. W więzieniu spędził cztery lata. Zrehabilitowany w 1992 roku.





Nasze pokolenie nie wymyśliło niczego nowego, a i dziś nie pojawiło się w zakresie protestów nic nowatorskiego. Jedyna różnica polega na tym, że wtedy, w czasach radzieckich,  każdy odpowiadał wyłącznie za siebie i w tym sensie sytuacja była bardziej klarowna. Dziś ludzie pracujący w jakiejś porządnej gazecie, w radio, telewizji czy organizacji społecznej, ponoszą odpowiedzialność nie tylko za własne postępowanie, ale i za swoje instytucje. Trzeba robić wszystko, by ich nie stracić, ale nie za cenę konformizmu. Jak zachować własne poglądy, to kwestia osobistego doświadczenia. Natomiast co zrobić, by pozostać uczciwym w ramach instytucji, a jednocześnie jej nie zaszkodzić – to już problem o wiele bardziej złożony.

Kiedyś miałem wyjątkowo negatywny stosunek do emigracji. Nie chciałem zrozumieć swoich przyjaciół, którzy 40, a nawet 25 lat temu masowo opuszczali kraj. Uważałem, że to decyzja egoistyczna. Dziś o wiele lepiej rozumiem ludzi, którzy mają takie plany. Z biegiem lat zrozumiałem, że ludzie chcą żyć pełnią życia i mają podstawy wątpić, czy im się to uda, jeśli pozostaną w Rosji.


Aleksandr Daniel (ur. 1951)


Matematyk, syn pisarza i dysydenta Julija Daniela i działaczki na rzecz praw człowieka Łarysy Bogoraz. W latach '70-tych był współwydawcą nieoficjalnego biuletynu „Kronika bieżących wydarzeń” oraz almanachu historycznego „Pamięć”. Prowadzi program „Historia radzieckich dysydentów”, członek władz Towarzystwa „Memoriał”.




Od półtora miesiąca zastanawiam się, co w obecnej sytuacji należy robić. Jedynym rezultatem tych rozmyślań jest ból głowy. Sądzę, że w przeszłości postępowałem słusznie, ale nie wszystkie doświadczenia z tamtego okresu da się zastosować dziś. Nastały inne czasy i inne pokolenie. Nie jestem pewien, czy nasze pokolenie może udzielać rad młodszym kolegom.

Mam negatywny stosunek do emigracji. Każdy decyduje za siebie. I we własnym imieniu mogę powiedzieć, że nigdzie stąd nie wyjadę.


Michaił Czlienow (ur. 1940)

Etnograf, autor książek z zakresu etnografii narodów Północy. Od początku lat ’70-tych – działacz niezależnego ruchu żydowskiego. Sekretarz generalny Euroazjatyckiego Kongresu Żydowskiego, dziekan Wydziału Filologicznego w Państwowej Akademii Klasycznej im. Majmonida, zastępca dyrektora Centrum Judaica i Cywilizacji Europejskiej w Instytucie Krajów Azji i Afryki Uniwersytetu Moskiewskiego, członek Światowej Organizacji Judaistycznej.




Obecnie nie jestem ani dysydentem, ani obrońcą praw człowieka. Zajmowałem się tym w czasach radzieckich, chociaż i wtedy nie używałem w stosunku do siebie tych określeń. Byłem działaczem ruchu żydowskiego i w naszym środowisku wielokrotnie dyskutowaliśmy o tych sprawach. Ja zawsze opowiadałem się za legalnymi działaniami i stosowałem tę zasadę również wtedy, chociaż i tak nie raz solidnie mi się oberwało. Moim zdaniem obecna sytuacja jest o wiele spokojniejsza, niż to było kiedyś.

Trzeba wykorzystywać wszelkie legalne sposoby działalności opozycyjnej. Takich metod jest mnóstwo – jednoczenie się w ranach organizacji społecznych, publikacje w środkach masowego przekazu i wydawnictwach niszowych, różnego rodzaju akcje protestacyjne w postaci wieców, demonstracji i pochodów, apele do społeczeństwa, no i wreszcie działalność polityczna - można spróbować wystartować w jakichś wyborach.
Warto by było zrozumieć mechanizm takich zjawisk, jak Majdan. Do ruchów rewolucyjnych odnoszę się raczej negatywnie, niż pozytywnie. Jeśli już do niech dochodzi, to powinny być dobrze przemyślane i przez kogoś kierowane. A żywiołowy bunt, bezmyślny i bezwzględny, nie jest moim zdaniem efektywną formą działalności społecznej.
Uważam, że możliwość emigracji to niewątpliwie bardzo ważne prawo obywatelskie, za które swego czasu wielu moich przyjaciół walczyło za pomocą wszelkich dostępnych środków. W przypadku wielu ludzi to zupełnie naturalna reakcja na niezadowolenie, które powstało w wyniku obecnej sytuacji w kraju.


Aleksandr Podrabinek (ur. 1953)

Z wykształcenia medyk, w latach ’70-tych brał udział w wydawaniu biuletynu informacyjnego „Kronika bieżących wydarzeń”, autor książki „Medycyna represyjna” o psychiatrii radzieckiej (wyd. w USA w roku 1979). Po odmowie wyjazdu z kraju w 1978 r. aresztowano go za „oszczerstwa wobec ustroju radzieckiego”. Wyrok - pięć lat zsyłki Syberię. W 1980 roku, podczas pobytu na zesłaniu w Jakucji, został aresztowany ponownie i na podstawie tego samego oskarżenia skazany na 3,5 roku tzw. obozu pracy. Dziennikarz, członek federalnej rady politycznej ruchu „Solidarność”.

Najważniejsze jest wewnętrzne poczucie godności obywatelskiej i osobistej, one nie są i nie mogą być własnością państwa. Trzeba zrozumieć, że państwo istnieje dla nas, a nie my dla niego. I jeśli całe społeczeństwo przyswoi sobie ten paradygmat, to państwo i aparat państwowy staną się tym, czym powinni być – wynajętymi przez nas menedżerami, których zdaniem jest urządzanie naszego życia według naszych potrzeb i wyobrażeń. A w jaki sposób to osiągniemy – poprzez wiece czy inne formy protestów obywatelskich – to już sprawa drugorzędna.
Moim zdaniem należy chodzić na wiece, ale staranie się o zgodę władz na ich przeprowadzenie jest sprzeczne z obowiązującym prawem. Zarówno Konstytucja, jak i aktualne przepisy dają obywatelom prawo do organizowania manifestacji ulicznych, wystarczy iż władza zostanie zawczasu zawiadomiona o ich dacie i miejscu. Pozwalanie władzy, by wodziła nas za nos, poprzez łamanie przyjętych przez nią samą przepisów, uważam za postawę nierozsądną i niegodną opozycji.
Doświadczenie dysydentów jest istotne, ponieważ dziś, tak samo jak i w przeszłości, najważniejsze jest żeby ludzie nie utracili zdolności do sprzeciwu wobec niesprawiedliwości. Ja osobiście również dziś zrobiłbym to samo, tylko może lepiej, niż robiłem to wtedy.
Jeśli ludzie chcą walczyć o prawa obywatelskie w Rosji, to nie powinni emigrować, lecz pozostać tutaj.

Oryginał ukazał się na stronie booknik.ru pod adresem:  http://booknik.ru/yesterday/history-of-protest/dissidenty-dumayut-chto-delat/
tłum. K.K.


Obserwuj i polub nas na Facebooku: