poniedziałek, 27 lipca 2015

Zagłębie wrogów i zdrajców



Po przeszło roku intensywnej eksploatacji, hasła w rodzaju "Krym nasz" tracą skuteczność. W Rosji zbliża się nowy sezon wyborczy i niewykluczone, że aresztowanie wpływowego biznesmena Leonida Miełamieda jest uwerturą do rozgrywki na większą skalę. Razem z Miełamiedem w polu widzenia organów ścigania znalazło się całe środowisko polityków i przedsiębiorców. Obecny premier Dmitrij Miedwiediew, były wicepremier i autor rosyjskiego programu prywatyzacji Anatolij Czubajs, miliarder Wiktor Wekselberg nigdy nie cieszyli się szczególną sympatią w rosyjskich resortach siłowych. Moskiewski tygodnik "The New Times" podjął próbę wyjaśnienia kto stoi za tajemniczym aresztowaniem i jaki może być dalszy ciąg tej kolejnej ciemnej historii ze świata rosyjskiej polityki i gospodarki.
  

Autor: Konstantin Gaaze





Sprawa rzekomych malwersacji w spółce „Rosnano” może stać się punktem wyjścia do ataku nie tylko na jej prezesa Anatolija Czubajsa, ale też na premiera Dmitrija Miedwiediewa. Ucierpieć mogą także biznesmeni zbliżeni do struktur władzy. Na razie jednak główny figurant całej sprawy, Leonid Miełamied, nie ma nawet pewności, kto i z jakiego powodu wziął go na celownik.




W Rosji Władimira Putina wpływowi przedsiębiorcy nie trafiają do więzienia wyłącznie za naruszenie
prawa. Ich aresztowanie jest zwykle ogniwem większej intrygi o znaczeniu politycznym. 


Spółka akcyjna „Rosnano” początkowo nazywała się „Rosnanotech” i była spółką skarbu państwa. Komitet Śledczy oskarżył przedsiębiorcę Leonida Miełamieda o to, że odchodząc z „Rosnanotechu” w bezprawny sposób wykorzystał swoje znajomości i zapewnił sobie „miękkie lądowanie”. Na czym polegało przestępstwo? W firmie pozostali lojalni wobec niego menedżerowie. Na ich polecenie zawarto fikcyjne kontrakty konsultingowe z kontrolowaną przez Miełamieda spółką „Alemar”, Menedżerowie mieli zainkasować też odpowiednie wynagrodzenia, a później rozstali się z „Rosnano”. Jednak ludzie z najbliższego otoczenia biznesmena twierdzą, że w rzeczywistości Miełamied przez rok ciężko pracował w „Rosnanotechu” i nie otrzymał za to nawet zwykłej premii, nie mówiąc już o jakimś „złotym parasolu”. Przeciwnie – cała sprawa skończyła się dla niego aresztem domowym w miejscu zameldowania, tj. w moskiewskim mieszkaniu należącym do jego żony.

Owszem, na początku 2009 r. spółka skarbu państwa przyznała Miełamedowi i kilku innym osobom na stanowiskach kierowniczych dużą premię, ale właśnie wtedy w Rosji zaczął pogłębiać się  kryzys gospodarczy. Z tego powodu prezydent oraz rząd zdecydowali, że nagrody w wysokości pół miliarda rubli (ok. 20 mln dolarów) dla kadry zarządzającej „Rosnanotechem” to stanowczo za dużo. W efekcie Anatolij Czubajs, który po odejściu Leonida Miełamieda objął w spółce kierownictwo, zmuszony był tłumaczyć się gęsto z takiej rozrzutności. Podobno obaj panowie, Miełamied i Czubajs  rozstali się w nienajlepszej atmosferze.

Niedawno Czubajs znów znalazł się w niezręcznej sytuacji i także z powodu Miełamieda. 10 lipca przez trzy godziny składał zeznania przed Komitetem Śledczym. Podczas przesłuchania starał się przekonać organy ścigania, że działania samego Miełamieda, a także jego menadżerów z „Rosnanotechu” i „Rosnano” nie miały znamion przestępstwa. Według informacji, którymi dysponuje redakcja „The New Times”, Czubajs zeznawał z własnej inicjatywy. Wcześniej jego nazwisko nie figurowało nawet w materiałach sprawy.

W kręgach władzy i wielkiego biznesu najpopularniejsza jest wersja, iż to właśnie sam Czubajs stał się celem i ofiarą organów ścigania. Rosjanie reagują alergicznie na jego nazwisko i osobę, kojarząc go przede wszystkim z procesami prywatyzacyjnymi i tzw. aukcjami zastawnymi z czasów Jelcyna. Czubajs „jest winny wszystkiemu, co było, co jest i co będzie” - słowa te wypowiedziane przez Borys Jelcyna pamiętane są do dziś. Były szef rosyjskiego programu prywatyzacji jest uosobieniem wroga idealnego. Można go rzucić na pożarcie tłumowi żądnemu wciąż nowych widowisk. Hasła w stylu „Krym nasz!”, „Russkij mir” czy „Naprzód, na Berlin!” powoli już zaczynają się ludziom przejadać. Publiczność jest też znudzona takimi aferami, jak ta z Wasiliewą, urzędniczką znaną z nieudolnych reform w Ministerstwie Obrony (kto dziś pamięta, kim był Serdiukow? - minister obrony -"mediawRosji") Kiedy w końcu zamiast do butiku Chanel Wasiliewa trafiła do łagru, jej sprawa szybko przestała wzbudzać zainteresowanie.

Współpracownicy Czubajsa i Miełamieda, którzy zgodzili się na rozmowę z „The New Times”, zapewniają, że obaj zainteresowani wciąż jeszcze nie bardzo wiedzą, kto tak naprawdę jest celem obecnego ataku. Miełamied jest właścicielem potężnej kompanii innowacyjnej, należy do trzech rad nadzorczych przy Komisji Wojskowo-Przemysłowej oraz do dwóch komisji rządowych, przyjaźni się z połową ministrów i wicepremierów w gabinecie Dmitrija Miedwiediewa. Czubajs z kolei od lat należy do ścisłej rosyjskiej elity i posiada znajomości w najwyższych kręgach władzy - nawet wśród ludzi z najbliższego otoczenia prezydenta, takich jak bracia Kowalczukowie.

Obrona Miełamieda

Na razie wiadomo jedynie, że Leonid Miełamied będzie przebywał w areszcie domowym co najmniej do 1 września. Tuż po aresztowaniu biznesmena jego koledzy doszli do wniosku, że pretekstem do rozpętania afery stała się spółka „Kompozit”, Miełamied zorganizował ją w 2009 roku, gdy nie pracował już w „Rosnanotechu”. „Kompozit” produkuje lekkie i trwałe materiały z włókien węglowych, niezbędne do budowy maszyn i pojazdów transportowych, a także w budownictwie i zbrojeniówce. Osoba z otoczenia Miełamieda twierdzi, że wieczorem 1 lipca, tuż po upublicznieniu informacji o jego aresztowaniu, najważniejsi menedżerowie firmy przypuszczali, iż realizowany scenariusz zakłada następującą sekwencję zdarzeń: po 48 godzinach Miełamied wychodzi na wolność; następnie zostaje aresztowany ktoś z kierownictwa spółki, po czym zaczyna się proces wymuszenia i siłowego przejęcia. Biznes jakim się zajmuje jest dochodowy i perspektywiczny. Po upływie doby stało się jednak jasne, że nikt nie zamierza wypuścić Miełamieda na wolność. Wtedy zrozumiano, że wcale nie chodzi tu o spółkę „Kompozit”. 

W czwartek 2 lipca do sprawy Miełamieda z własnej woli dołączył Anatolij Czubajs. Obaj panowie znają się od lat. W latach 2000-2004 Miełamied pracował u Czubajsa w wielkim przedsiębiorstwie energetycznym „RAO JES”, Zajmował stanowisko zastępcy prezesa zarządu rosyjskiego oddziału firmy „RAO JES Rosja”. Dopiero później zaangażował się w utworzenie spółki skarbu państwa „GK Rosnanotech”.

- Tego dnia Czubajs dosłownie nie odchodził od telefonu – opowiada pracownik „Rosnano”. – Na zmianę prosił albo żądał, żeby Miełamieda nie zamykano w areszcie śledczym. Wydzwaniał dosłownie do wszystkich znajomych, którzy mogliby pomóc, łącznie z najwyższymi urzędnikami z kremlowskiej administracji.

Na posiedzeniu sądu 3 lipca, podczas którego miał być ustanowiony środek zapobiegawczy wobec Miełamieda, pojawiło się kilku szacownych biznesmenów. Adwokaci oskarżonego przedłożyli sądowi poręczenia od ministra energetyki Nowaka, od prezesa „Rosatomu” Kirijenki oraz od samego Czubajsa. Wszyscy oni osobiście lub w formie pisemnej oświadczyli, że Miełamied to uczciwy przedsiębiorca, działający na korzyść Rosji. Zaproponowano nawet wniesienie poręczenia majątkowego w wysokości 100 milionów rubli, na takie rozwiązanie nie zgodził się jednak sąd. Pozytywny, choć jedynie częściowy efekt przyniosły natomiast rozmowy telefoniczne prowadzone przez Czubajsa. Funkcjonariusze organów śledczych, którzy początkowo planowali zatrzymać Miełamieda w areszcie, niespodziewanie zwrócili się do sądu z wnioskiem o zastosowanie jedynie aresztu domowego.
Sprawa Miełamieda ciągnie się już od dwóch lat. W 2013 r. biegli rewidenci Izby Obrachunkowej [odpowiednik polskiej Najwyższej Izby Kontroli -"mediawRosji] w raporcie z kontroli przeprowadzonej w „Rosnano” zwrócili uwagę na kontrakty zawarte w 2008 r. ze spółką „Alemar” i podważyli ich zasadność. Ich ustaleniami zainteresował się Komitet Śledczy, a jego funkcjonariusze zajęli się poszukiwaniem defraudantów.

- O tej sprawie zarówno sam Miełamied, jak i zarząd „Rosnano” wiedzieli od dawna, ale nikt się tym specjalnie nie przejmował – twierdzą osoby z otoczenia Czubajsa i Miełamieda.

Również i ich partnerzy biznesowi niezbyt zaniepokoili się tą historią. Rzecznik prasowy Miełamieda, Elina Bilewska, w rozmowie z „The New Times” wymieniła projekty, które spółce „Kompozit” miałyby przynieść w przyszłości wymierne korzyści: budowa fabryki przy wsparciu potężnego rosyjskiego banku, kilka przedsięwzięć realizowanych we współpracy z władzami Moskwy, plany współpracy z właścicielem „AFK Sistema” Władimirem Jewtuszenkowem.





Jednak w maju tego roku pojawiły się pierwsze niepokojące sygnały. Oprócz organów ścigania, sprawą „Rosnano” zainteresował się opozycjonista Aleksiej Nawalny. Poddał on działania spółki miażdżącej krytyce. Zdaniem jednego z rozmówców „The New Times” prezes „Rosnano” Czubajs uznał, że ataki ze strony Nawalnego mają bezpośredni związek z aktywizacją działań organów śledczych. Uznał więc, że najlepszą obroną jest atak i po uzyskaniu akceptacji Kremla zaprosił Nawalnego do wspólnej debaty publicznej. Przeprowadzono ją 24 czerwca w studiu Telewizji „Dożd’”. Czubajs uznał, że to najlepszy sposób, by odpowiedzieć na zarzuty Aleksieja Nawalnego, założyciela Fundacji do Walki z Korupcją. Nasz informator uważa, że Czubajs zamierzał także związać w ten sposób ręce organom śledczym i postawić je w niejednoznacznej sytuacji. W oczach opinii publicznej atak śledczy wymierzony w "Rosnano" mógłby zostać obrany jako wyraz wsparcia z ich strony dla opozycjonisty Nawalnego. Z perspektywy czasu widać, że manewr ten nie przyniósł spodziewanego rezultatu. Tydzień po telewizyjnej debacie Miełamied został aresztowany w swoim biurze, w siedzibie firmy „Kompozit”.

Po kogo przyszli?

Sytuacja wygląda więc następująco: w areszcie domowym przebywa Miełamied, ale wszystkich dookoła interesuje wyłącznie, czy to Czubajs pójdzie siedzieć, czy też może władze pozwolą mu wyemigrować. Niektórzy rozważają też mniej sensacyjny rozwój wydarzeń. Będzie trochę zamieszania i grania na nerwach, władze urządzą pokazówkę i publicznie poniżą figurantów afery (tak, jak wcześniej zrobiły z byłym ministrem obrony Serdiukowem). A potem sprawa rozejdzie się po kościach, a jej bohaterowie załapią się na amnestię.

Nasz rozmówca z administracji prezydenta sceptycznie odnosi się do tej wersji i nie wierzy, że Czubajs jest celem ataków ze strony struktur siłowych. Jego zdaniem Czubajs już od dawna nie jest postacią ze świecznika i nikt nie będzie urządzał hałaśliwej kampanii wokół jego osoby. Inny informator „The New Times”, pracujący w organach ścigania i zorientowany w szczegółach śledztwa, twierdzi kategorycznie, że mimo najszczerszych chęci Komitetowi Śledczemu nie uda się połączyć sprawy Miełamieda (stojącego na czele „Rosnanotechu” od 2007 r.) z Czubajsem, który pracę w spółce podjął jesienią 2008 r.

- Udowodnienie zmowy pomiędzy Miełamiedem i pracownikami „Rosnano” będzie niezwykle trudne. W tym okresie Miełamieda nic nie łączyło z "Alemarem".– usłyszeliśmy od naszego rozmówcy. Związek Czubajsa z tą sprawą w ogóle jest nie do udowodnienia.

Zresztą, śledztwo przeciwko Czubajsowi napotyka i na inne przeszkody. Należy wziąć pod uwagę, że w tamtym okresie wśród kontraktów zawartych przez „Rosnanotech” i zakwestionowanych później przez Izbę Obrachunkową, było około 20 niemal identycznych umów dotyczących usług doradczych. Umowy te zawsze zatwierdzał cały zarząd spółki. Działo się tak zarówno za rządów Miełamieda, jak i Czubajsa.

- Jeśli wszystkie one zostały zawarte z naruszeniem prawa, to należałoby przesłuchać połowę ówczesnej administracji Kremla oraz kilku członków rządu ówczesnego premiera Władimira Putina. Ci urzędnicy o wszystkim wiedzieli i osobiście je akceptowali - podsumowuje wspomniany wyżej funkcjonariusz organów ścigania.

Jednak Czubajs nie jest jedynym kandydatem na rolę ofiary postępowania w sprawie o defraudacje. Menadżerowie odpowiedzialni za przelewy na rzecz firmy „Alemar” pracowali nie tylko dla Miełamieda. Tu pojawia się postać Michaiła Abyzowa. Przedsiębiorca ten w 2012 r. został mianowany przez Dmitrija Miedwiediewa na stanowisko ministra w tzw. „Rządzie Otwartym”. Abyzow był także starym członkiem ekipy Czubajsa. W potężnej energetycznej spółce RAO JES Miełamied odpowiadał za przepływ kapitału, zadłużeniami i ściąganiem należności zajmował się właśnie Abyzow. Jeden z byłych pracowników koncernu energetycznego twierdzi, że Abyzow potrafił „ustawić do pionu” nawet największych dłużników z prowincji, a także zwalczał wszelkie przypadki nielegalnych przyłączeń do sieci elektroenergetycznej. Obecnie Abyzow jest jednym z najbliższych współpracowników Miedwiediewa i jego najbardziej zaufanym ministrem.

Najważniejszym zadaniem ministra Abyzowa jest organizowanie prac „Rządu Otwartego”. swego rodzaju platformy dialogu pomiędzy władzą, społeczeństwem i przedstawicielami biznesu. Jej celem jest ułatwianie dyskusji nad wszelkiego rodzaju inicjatywami gospodarczymi i politycznymi.

- Platforma ta nie ma żadnego znaczenia praktycznego, jest jedynie atrapą – mówi funkcjonariusz aparatu rządowego, – ale w żaden sposób nie osłabia to pozycji Abyzowa, ponieważ wspiera go premier.

- Abyzow jest w rządzie etatowym lobbystą kół biznesowych – twierdzi inny urzędnik rządowy. - Tu nie ma mowy o walizkach pieniędzy za przepychanie pewnych konkretnych decyzji. Abyzow nieustannie tłumaczy urzędnikom, że ich „błyskotliwe” pomysły mogłyby mieć fatalne skutki dla rzeczywistej działalności przedsiębiorców.  Jest też odpowiedzialny za kontakty premiera Miedwiediewa z oligarchami.


Nasze źródło w organach ścigania zaprzecza, iż istnieje możliwość, by poprzez Miełamieda można była się wziąć się za Abyzowa.

- Funkcjonariusze struktur siłowych całymi latami sprawdzali Michaiła Abyzowa, podsłuchiwali jego rozmowy telefoniczne, kontrolowali korespondencję, ale nie znaleźli tam niczego podejrzanego.

Swoistym potwierdzeniem tezy o braku powiązań między Abyzowem i sprawą Miełamieda są również przecieki z Prokuratury Generalnej. 8 lipca jej przedstawiciel poinformował agencję „Interfax”, że Abyzowa poddano kontroli. Wyjaśniono, że nie złamał ani przepisów ustawy o służbie państwowej, ani ustawodawstwa podatkowego. Poza tym – jak twierdzi źródło „Interfaxu” – Abyzow nie ma już nic wspólnego z firmą „E4”, w której pracowali top menadżerowie „Rosnanotechu”, odpowiedzialni za zawarcie podejrzanych kontraktów z „Alemarem”.

Przygotowania do jesieni

Osoby z otoczenia Miełamieda są przekonane, że on sam nie ma pojęcia, za co został aresztowany. Czubajs, inicjujący działania w jego obronie również nie bardzo rozumie, co się właściwie dzieje. Stąd jego starania w obronie aresztowanego Miełamieda. Czubajs próbuje walczyć, wzywa do zwarcia szeregów. Telefonuje bez przerwy do przedstawicieli najwyższych władz, prosi przyjaciół o podpisywanie listów w jego obronie.





Anatolij Czubajs jest jednym  z najbardziej znaczących rosyjskich polityków i przedsiębiorców  ostatnich 20 lat. 


Jednym z narzędzi w tej walce stała się rada nadzorcza spółki „Rosnano”. W jej składzie znaleźli się niedawno: dobry znajomy Miełamieda, wicepremier Arkadij Dworkowicz oraz jego partner biznesowy, miliarder Wiktor Wekselberg. Jeden z pracowników „Rosnano” wyjaśnia, że zabieg ten ma za zadanie „zabezpieczenie tyłów”, trudno jednak powiedzieć, kiedy konkretnie i w jakich okolicznościach ludzie ci mogliby stać się użyteczni.

Kiedy coś zagraża jednemu ze „swoich”, Czubajs reaguje instynktownie. Miełamieda też będzie bronił aż do końca – podsumowuje nasz rozmówca. Oczywiście, jak i wszyscy pozostali nasi informatorzy, nie zgodził się na upublicznienie nazwiska.

Pytanie, czy wysiłki Czubajsa przyniosą pozytywne efekty nadal pozostaje otwarte. Nasz rozmówca słyszał, że Czubajsowi do tej pory nie udało się dodzwonić do Władimira Putina.

Inny były wysoki urzędnik, pracujący niegdyś w rządzie Putina, zapewnia nas, że na interwencję prezydenta nie ma jednak co liczyć. Nasz rozmówca jest przekonany, że obecny atak struktur siłowych wcale nie ma na celu ani Czubajsa, ani też Abyzowa, a już tym bardziej samego Miełamieda.

- Miełamied pełni jedynie funkcję łącznika z obozem przedsiębiorców i przedsiębiorstw blisko związanych z premierem Miedwiediewem. W polu widzenia znalazły się „Skołkowo”, „Rosatom”, Wekselberg, „Rosnano”, Abyzow – wylicza nasz informator. Miełamieda aresztowano „na wyrost”, w ramach przygotowań do jesiennej kampanii wyborczej. Wtedy atmosfera polityczna nieco się zagęści, a Miełamieda można będzie poświęcić w rozgrywkach jak pionka, lub też wykorzystać jako narzędzie do pokonania o wiele silniejszych figur. W 2016 r. władzom niezbędny będzie nowy wróg – zapewnia były urzędnik – a całe środowisko, Miełamieda i jego przyjaciele, w tym również Czubajs, są dosłownie zagłębiem potencjalnych wrogów i zdrajców.

Tłumaczenie: Katarzyna Kuc


Oryginał tekstu ukazał się na portalu moskiewskiego magazynu "The New Times: http://www.newtimes.ru/authors/detail/85303/







*Konstantin Gaaze (ur.1979), moskiewski dziennikarz, specjalista w dziedzinie reklamy i PR. Publikował w Newsweek Rosja, Forbes, Slon.ru, The New Times















Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com




czwartek, 23 lipca 2015

Zemsta upokorzonej biurokracji



Dla warstwy ludzi wykształconych życie w poradzieckiej Rosji nigdy nie było szczególnie komfortowe. Jednak jajogłowi we własnej niszy mogli poświęcać się ukochanej pasji, pisali książki, prowadzili badania, reżyserowali filmy i spektakle. Te czasy odeszły do przeszłości. Nauka i kultura są celem świadomego ataku ze strony dyszącej żądzą rewanżu biurokracji. Grozi nam coraz większa ucieczka mózgów - alarmuje Dmitrij Trawin, profesor ekonomii na Uniwersytecie Europejskim w St. Petersburgu. Władze nie będą z nią walczyć. W obecnej sytuacji zależy im bardziej na uciszeniu jajogłowych, niż na wspieraniu działalności twórczej.



Autor: Dmitrij Trawin 





Dla rosyjskiej klasy kreatywnej nastały czasy szczególnie trudne. 




"Zewsząd słyszymy jęki. Ze wszystkich końców naszego ogromnego kraju dochodzą wołania o pomoc". Te słowa Ostapa Bendera pokazują dobrze, jak mają się sprawy w dzisiejszej Rosji. Ale to nie wołają dzieci ulicy, a osieroceni intelektualiści reprezentujący różne dyscypliny.

Dawno nie mieliśmy w naszym kraju do czynienia z równie silnym atakiem na naukę, kulturę, system ochrony zdrowia i oświatę.


Nowa polityka kulturalna


W Moskwie słychać jęki lekarzy z reorganizowanych szpitali. W Petersburgu likwidacja grozi najstarszemu czasopismu literackiego, choć potrzeba niewielkiej, groszowej dotacji państwowej, by zapewnić mu byt. W kinematografii swoje porządki zaprowadza minister kultury, obiecując, iż wstrzyma dotacje na filmy  przedstawiające "raszkę-gawniaszkę" (jak sam wyraził się kulturalnie). Nie będzie pieniędzy na "Martwe dusze", "Salę numer sześć", "Historię jednego miasta", "Archipelag Gułag", "Opowiadania kołymskie", itp. W wielu wyższych uczelniach rośnie obciążenie wykładowców. W obecnych warunkach przestają być naukowcami, zamieniają się belfrów, nie mają czasu, by czytać nawet podstawową literaturę naukową. O nauczycielach, o ich przeciążeniu biurokratyczną pisaniną jeszcze jeden raz pisać nie ma sensu. To samo z kwestią finansowania muzeów i bibliotek, wylano już na ten temat morze atramentu. Mamy tu do czynienia nie z oddzielnymi zjawiskami odzwierciedlającymi poglądy naszych ministrów, kultury Władimira Medyńskiego i szkolnictwa Dmitrija Liwanowa, a z określoną prowadzoną świadomie polityką.

Nie trudno odgadnąć, iż wynika ona w głównej mierze z katastrofalnej sytuacji finansowej państwa z kurczącą się gospodarką, które bez względu na okoliczności, stara się równocześnie podnosić wydatki na zbrojenia. Ale jeśli kwestię tę przeanalizować, to okaże się, iż mamy do czynienia nie tylko z problemami o charakterze ekonomicznym. Równie ważne jest zjawisko zaostrzenia się wzajemnych stosunków między społeczeństwem, a inteligencją. Spróbujmy wyrazić się precyzyjniej, po jednej stronie barykady widać biurokrację z przemysłem, po drugiej kulturę i naukę.

Istota reform rynkowych postulowanych przez środowiska intelektualne u zmierzchu władzy radzieckiej polegała na tym, by zmusić naszą gospodarkę by zaprzestała nieróbstwa, by zabrała się do roboty w pocie czoła i produkowała potrzebne konsumentowi towary. Nie dałeś rady - bankrutujesz, równocześnie tracisz wynagrodzenie i miejsce pracy. Podobne żądania intelektualiści formułowali pod adresem biurokracji, domagano się redukcji części aparatu, Pozostali winni byli zaprzestać przekładania papierów, zająć się pracą mierzoną wynikami. W swoim czasie podjęto nawet próbę przeprowadzenia reformy administracji, jednak jej rezultaty okazały się praktycznie zerowe.

Ale równocześnie część warstwy wykształconej zapragnęła by jej życie regulowały inne zasady. Nauka akademicka chce zajmować się interesującymi ją problemami i oczekuje, iż państwo będzie ją wspierać. Nauka nie przejmuje się, czy uzyskiwane przez nią wyniki będą opłacalne. Uczonym z uniwersytetu zależy na twórczych kontaktach ze studentami i na jak najmniejszej ilości formalnych obowiązków. Potrzebują masy wolnego czasu, by w spokoju pracować nad programem prowadzonych przez siebie zajęć obejmujących interesujące ich zagadnienia. Inteligencja twórcza pragnie tworzyć filmy, inscenizować spektakle nie dla milionów widzów, tym potrzebna jest strzelanina, pościgi i seks, ale dla przygotowanego, wybranego odbiorcy niezdolnego z kolei do zapewnienia, by twórczość tego rodzaju była opłacalna. Szkoła i medycyna, rzecz jasna, w mniejszym stopniu domagają się swobody twórczej na koszt państwa, jednak nie rezygnują z postulatu bezpłatnej oświaty i bezpłatnego systemu ochrony zdrowia. W istocie i one chcą otrzymywać pieniądze z budżetu i nie widzą potrzeby powiązania wydatków z konkretnymi rezultatami.

Trudno się dziwić, iż w umysłach wielu urzędników zajmujących wysokie stanowiska już dawno pojawiła się myśl, iż jajogłowych także należałoby poddać większej dyscyplinie. Proszę bardzo, popatrzcie, wciąż wywierają na nas presję, choć z ich działalności budżet nie ma żadnego pożytku. Płacone przez nich podatki to zaledwie niewielka część przyznawanych im dotacji. W dodatku ludzie ci nie musza się rozliczać przed społeczeństwem z jakichś precyzyjnie określonych obowiązków.


Rewanż za upokorzenia


Obecny kryzys finansowy stworzył warunki pozwalające na to, by owe skrywane do tej pory myśli lęgnące się w mózgach naszej biurokracji doczekały się realizacji. Z formalnego punktu widzenia, nikt rzecz jasna nie powie, iż oto dokonuje się akt zemsty na intelektualistach wcześniej forsujących reformy i zmiany. I że jest on rewanżem za wszelkie upokorzenia doznawane przez urzędników i doświadczonych działaczy gospodarczych. A jednak surowość rozprawy z nauką i kulturą świadczą o poczuciu prawdziwej satysfakcji odczuwanej przez rządowych "reformatorów". Widzimy także wyraźnie, iż społeczeństwo, choć bywa od czasu do czasu adresatem apeli ze strony lekarzy, profesorów i reżyserów filmowych ma cierpienia jajogłowych w wielkim poważaniu.






Strategia władzy wobec obcej jej duchowo warstwy wykształconych inteligentów jest prosta. Wszystko to, co da się poddać zasadom rynku będzie skomercjalizowane. Tam gdzie osiągnięcie opłacalności będzie niemożliwe wobec inteligencji zostaną sformułowane rygorystyczne oczekiwania. Żadnego chleba z masłem i miodem. Opracowywanie programów i wszelkiego rodzaju sprawozdawczość zajmą teraz wykładowcom więcej czasu, niż same wykłady. Czytanie książek w czasie pracy uznane zostanie za niedopuszczalny kaprys. Czy takie podejście jest sprawiedliwe? Ogólnie rzecz biorąc, zapewne tak. Jak to się mówi, o co walczyliście, to i zdobyliście. Socjalizmu już dawno nie ma. Jak mówi Putin, "jeśli będziemy żuć gile z nosa, to przez lata nie zmienimy niczego."

Mamy tylko jedną biedę. Jak mówią ekonomiści, sprawiedliwość nie zawsze dogaduje się z efektywnością. Często zdarza się, że powstają między nimi sprzeczności.

W Ameryce, choć rynek w niej gra decydującą rolę, od dziesiątków lat państwo i prywatni sponsorzy przeznaczają ogromne sumy na rozwój nauki, także tej nie przynoszącej bezpośredniego zysku. Amerykanie dysponują czasem na badania, wystarcza im pieniędzy na podróże w celach naukowych i na konferencje. W rezultacie, nawet w rosyjskich księgarniach, 70 procent porządnych książek z takich dziedzin, jak historia, ekonomika, historia, to przetłumaczone z angielskiego prace amerykańskich profesorów. Nie znajdziecie na tych półkach produktów rodzimych zastępujących import.


Ucieczka mózgów


Przez ostatnich 15 lat w USA pisze się o rozwoju tak zwanej "klasy kreatywnej". Należy do niej spora liczba intelektualistów. Prowadzą oni niezależny, swobodny obraz życia. Zajmują się tym, co ich interesuje. Nie są skrępowani rygorystycznymi obowiązkami. To właśnie klasa kreatywna tworzy wartości, potem rodzą się z nich miliony. Jednak nie dzieje się tak na skutek urzędniczych rozporządzeń. Nie najważniejsze jest pragnienie rychłego wzbogacenia się. Najważniejsza jest działalność twórcza, wszystko inne jest "produktem ubocznym".

Nasza klasa kreatywna jest niewielka. To właśnie jej przedstawiciele stanowią większość rosnącej z dnia na dzień fali emigracji na Zachód. Zmiany przeprowadzane obecnie w nauce i w kulturze oznaczają, iż strumień emigracji będzie się zwiększał. Choć brakowało jej wolności obywatelskich Inteligencja pozostawała w Rosji, wystarczyło, iż intelektualiści byli odpowiednio wynagradzani i że  nie brakowało im możliwości, by zajmować się pracą twórczą. Dziś powstrzymywać ich przed wyjazdem będzie zaledwie naturalne dla ludzi pragnienie, by żyć we własnej ojczyźnie. Jednak od pewnego momentu i ono przestaje hamować ucieczkę mózgów.

Ta sytuacja w zasadzie powinna niepokoić władze. Emigracja klasy kreatywnej komplikuje rozwój gospodarki. W XXI wieku jeden intelekt twórczy zapewnić może więcej podatków niż tysiąc spracowanych rąk. Ale władze rosyjskie nie widzą tu problemu. Nasz system finansowy opiera się, nie na szerokim rozwoju przedsiębiorczości, ale na dochodach branży naftowej. Kreml nie potrzebuje intelektualistów. W obecnej sytuacji politycznej i gospodarczej są oni raczej źródłem problemów, niż korzyści. Władzy zależy na ograniczeniu protestów inicjowanych przez jajogłowych bardziej, niż na rozwijaniu działalności twórczej. Nie widzę szans na zmiany, jak długo nasze władze zachowają obecny kształt.



Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski





Oryginał ukazał się na łamach petersburskiego portalu fontanka.ru: 





*Dmitrij Travin, ekonomista, publicysta, profesor Uniwersytetu Europejskiego w St. Petersburgu, dyrektor Ośrodka Studiów nad Procesami Modernizacji. Członek opozycyjnego Komitetu Inicjatyw Obywatelskich powołanego do życia przez bylego ministra finansow Aleksieja Kudrina.









Przebudzenie Rosji: scenariusze


W rosyjskich środowiskach liberalnych panuje przekonanie, iż po piętnastu latach rządów Władimira Putina Rosja pogrąża się w zastoju. Przestała rozwijać się gospodarka, zostały zerwane liczne więzi łączące ją ze światem zewnętrznym.  Nie są wprowadzane żadne nowe, potrzebne reformy. Dmitrij Trawin, ekonomista i publicysta z Uniwersytetu Europejskiego w St. Petersburgu zastanawia się, jak długo jeszcze sytuacja ta będzie trwać. Chłodna analiza prowadzi go do wniosku, iż przebudzenie Rosji związane będzie ze zmianą pokolenia rządzących. Za 15-20 lat.



Projekt „Żyrinowski”: jak długo jeszcze?

 

W wielkiej polityce pojawił się  w czasach radzieckich. Władimir Żyrinowski jest jedynym politykiem z tamtych czasów, który przetrwał do dziś. Niedawne skandale z jego udziałem postawiły jednak pod znakiem zapytania jego dalszą karierę. Tym bardziej, iż nacjonalistyczny elektorat Żyrinowskiego przechodzi stopniowo na stronę prezydenta Putina. Dymtrij Trawin uważa jednak, iż stary mistrz populistycznego PR nie da się jeszcze wysłać na emeryturę.





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com







wtorek, 21 lipca 2015

Towarzysz Putin popełnił poważne błędy polityczne…



Najczęściej w historii Rosji zmiana władzy dokonywała się po śmierci dożywotniego władcy. Nierzadko władcę pozbawiano tronu, lub urzędu na drodze przewrotu, lub rewolucji. Część radykalnej opozycji uważa, iż obecna polityka Kremla prowadzi kraj w ślepy zaułek. Z tego punktu widzenia zmiana władzy jest konieczna. Aleksander Goldfarb, publicysta, bliski współpracownik nieżyjącego oligarchy i przeciwnika Putina, Borysa Berezowskiego uważa, iż warto zastanowić się, czy sytuacja w Rosji nie jest dziś analogiczna do tej, która w 1964 roku doprowadziła do łagodnego w formie obalenia Nikity Chruszczowa. I pokazuje, w jaki sposób nowa władza, przy pomocy telewizji może zdobyć poparcie społeczne.


 
Autor: Aleksander Goldfarb


 



Rozmyślając w Londynie o bieżącej sytuacji, szczególnie odczuwam brak swojego dawnego rozmówcy, Borysa Abramowicza Berezowskiego. Z całą pewnością miałby on dziś wiele do powiedzenia na wiecznie aktualny, sakramentalny temat "zdobycia władzy". Czasem staram się wyobrazić sobie, co usłyszałbym od niego, gdyby Borys wciąż znajdował się wśród nas.

Oto, co mi przychodzi do głowy.

W całej historii Rosji, tylko jeden raz zmiana władzy dokonała się na podstawie procedur demokratycznych (a i w tym wypadku można mieć wątpliwości) - kiedy Putin zastąpił Jelcyna. W przeważającej ilości wypadków dochodziło do niej w związku ze śmiercią władcy sprawującego władzę dożywotnią. Niekiedy władza zmieniała się na skutek rewolucji, albo przewrotu. Przewrót o wyjątkowo łagodnym przebiegu dokonał się w październiku 1964  r., gdy usunięto Nikitę Chruszczowa. Nikogo nie zabito, jak podczas zamachu wymierzonego w Pawła I, nie wybuchła wojna domowa, jak po rewolucji październikowej 1917 roku.


Błędy towarzysza Chruszczowa



Przewrót na Kremlu. Okladka tygodnika "Time", 1964 r. 



Jak to się wówczas odbyło:

Kilku działaczy ze szczytów władzy radzieckiej (Ignatow, Susłow, Szelepin i inni) spotkało się na polowaniu w Stawropolu i przedyskutowało plan usunięcia Chruszczowa. Po powrocie spiskowcy zapewnili sobie poparcie ministra obrony Malinowskiego i II sekretarza KC Breżniewa. Chruszczow niczego nie podejrzewał, wszyscy spiskowcy zawdzięczali mu swoje stanowiska.

Breżniew zatelefonował do Chruszczowa na daczę w Picundzie i zażądał, by ten przyleciał pilnie na nadzwyczajne posiedzenie Prezydium KC. Zebrała się na nim cała "wierchuszka" - 22 ludzi. Na Chruszczowa posypały się zarzuty. Oskarżono go o błędy polityczne, woluntaryzm i zarozumiałość. Breżniew zaproponował, by samodzielnie podał się do dymisji. Członkowie prezydium jednomyślnie przegłosowali postanowienie, by "zaaprobować prośbę Chruszczowa i umożliwić mu przejście na emeryturę". Władzę przejęło "kolektywne kierownictwo". Chruszczow przeprowadził się na daczę pod Moskwą, tam czytał książki, zajmował się pracą na działce, w stolicy pojawiał się rzadko, przede wszystkim w sprawach prywatnych.

Konfrontując ów dawny scenariusz z sytuacją obecną, można zauważyć, iż i dziś nie wygląda on całkiem nieprawdopodobnie. Z całą pewnością jest on bardziej atrakcyjny od innych, zakładających krwawą rewolucję, użycie przemocy i siły, czy długoletni zastój wpędzający kraj w egzystencjalny ślepy zaułek.





Tu pojawiają się dwa pytania:

1. Jakie warunki musiałyby zostać spełnione, by wydarzenia potoczyły się w taki sposób?
2. Jakich należałoby oczekiwać następstw o charakterze politycznym?

Zastanawiając się nad pierwszym pytaniem, odpowiedź jest oczywista. Na najwyższych piętrach władzy potrzebna jest masa krytyczna po stronie zwolenników zmiany władzy. Idzie o to, by po stronie usuwanego władcy okazała się mniejszość, lub by porzucili go wszyscy. Zwolennikom zmiany potrzebna będzie możliwość porozumienia się za plecami władcy. Po drugie, trzeba będzie dać mu przekonujące gwarancje bezpieczeństwa osobistego. Ważne będzie zapewnienie nietykalności jego rodziny i stosownych warunków materialnych zapewniających odpowiedni poziom życia.

A teraz próba odpowiedzi na drugie pytanie. Każda władza zamieniająca poprzednią, bez względu na jej barwy ideologiczne, musi pójść drogą odpowiadająca jej celom politycznym. W obecnej sytuacji istnieje potrzeba podjęcia pilnych decyzji mających na celu przezwyciężenie kryzysu, a także usunięcia jego trzech podstawowych przyczyn: sankcji ze strony Zachodu, uciążliwej wojny i konieczności udzielania materialnego wsparcia przejętym terytoriom. By to osiągnąć wystarczy opuścić Donbas, zwrócić Krym Ukrainie i porozumieć się z Zachodem.



Magazyn "Time" wybrał Władimira Putina "Człowiekiem Roku 2007". 




Błędy towarzysza Putina


Dziś wygląda to wszystko na utopię. Dla Putina taki scenariusz jest nie do zaakceptowania, dla jego otoczenia też - Krym jest nasz. Gdy tylko jednak zmieni się władza, wszystko to stanie się równie łatwe, co usmażenie jajka. Wystarczy by w telewizji ogłoszono, iż towarzysz Putin popełnił poważne błędy polityczne i obiecać, że nowe kierownictwo je naprawi. Hasło "KrymNasz" zniknie bez śladu, gdy tylko w Programie  Pierwszym telewizji przy pomocy odpowiedniej statystyki wytłumaczą, jak bardzo po kieszeni każdej rosyjskiej rodziny uderzył woluntaryzm poprzedniej władzy. Dziś okrzyk "KrymNasz"  to znak poparcia, w nowej sytuacji stanie się znakiem "potępienia'".

Stabilizacja i konsolidacja nowej władzy będzie wymagała także kilku wyrazistych i przekonujących kroków w kierunku walki z korupcją. W tym celu potrzebna będzie rozprawa z kilkoma (2-3) oligarchami z putinowskiego nadania. Jej ofiarami winni stać się ci z najgorszą reputacją, Timczenko, bracia Rottenbergowie, Kowalczuk, swego czasu Putin postąpił podobnie z Berezowskim, Gusinskim, Chodorkowskim. O likwidacji korupcji nie ma mowy, ale społeczeństwo będzie zadowolone i pokocha nową władzę, tak jak kochało poprzednią.

Wszystko wróci na swoje miejsce, a o Putinie będzie się mówić: "No proszę, okazało się że jest niegodziwcem. Więc go zdjęli". Problem władzy zostanie rozwiązany.

Na pewno takie byłyby rady Borysa Berezowskiego pod adresem tych, których to dotyczy.


Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski





Tekst Aleksandra Goldfarba ukazał się na jego blogu publikowanym regularnie na łamach moskiewskiego portalu snob.ru:






*Aleksander Goldfarb (ur. 1947), naukowiec biolog, działacz społeczny i polityczny, publicysta. W latach siedemdziesiątych był antykomunistycznym dysydentem. W 1975 r. wyjechał do Izraela. Po wyjeździe pracował w Instytucie Maxa Plancka i Uniwersytecie Columbia. Bliski współpracownik i przyjaciel Borysa Berezowskiego. Przy jego pomocy uciekł z Rosji Aleksander Litwinienko. Obecnie mieszka w Nowym Jorku. Aktywnie uczestniczy w debacie na temat sytuacji w Rosji. 








Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com











piątek, 17 lipca 2015

Czeczenia: coraz dalej od Moskwy



Na pierwszy rzut oka, po latach tragicznej wojny Kremlowi udało się w Czeczenii zaprowadzić porządek. Władzę w Groznym sprawuje niepodzielnie miejscowy satrapa  Ramzan Kadyrow, cieszący się od lat osobistym poparciem prezydenta Putina. Innych szefów rosyjskich regionów za wypowiedzi i gesty w stylu Kadyrowa już dawno spotkałaby surowa kara. Jednak czeczeńskiemu padyszachowi wolno więcej. Jekatierina Sokirianska, współautorka obszernego raportu na temat Czeczenii opublikowanego przez szanowaną międzynarodową organizację "International Crisis Group", w rozmowie z moskiewską "Nową Gazietą" tłumaczy, czy grozi nam nowa wojna czeczeńska i czy Moskwa ma możliwość zaprowadzenia w republice wyłącznie swoich porządków.
 


Z Jekatieriną Sokirianską rozmawiała Jelena Milaszyna.



  

Prezydenta Rosji Władimira z szefem Czeczenii Ramzanem Kadyrowem łączą więzy szczere i osobiste. 




Raport ekspertów o rzeczywistej sytuacji w rzekomo „spokojnym, bezpiecznym i stabilnym” regionie Północnego Kaukazu.


30 czerwca międzynarodowa organizacja pozarządowa „International Crisis Group" (z siedzibą w Brukseli) opublikowała raport „Czeczenia: wewnętrzna zagranica”. Raport analizuje wszechstronnie model funkcjonowania Republiki Czeczenii na przestrzeni ostatnich 10 lat. Na podstawie drobiazgowo zebranego materiału źródłowego jego autorki, znane rosyjskie ekspertki Jekatierina Sokirianska i Warwara Pachomienko, omówiły szczegółowo panującą w republice sytuację polityczną, ideologiczną, religijną, siłową oraz gospodarczą. Ich końcowe wnioski są pesymistyczne: „Czeczenia coraz bardziej oddziela się od Rosji. W obecnej sytuacji największej dyskryminacji poddawani są mieszkańcy Czeczenii opowiadający się za rzeczywistą integracją z państwem rosyjskim".

Raport jest skierowany do masowego odbiorcy. Autorki starały się zachować obiektywność. Jednocześnie zależało im na złożeniu relacji o tym szczególnie mitologizowanym regionie Rosji. Starały się także odpowiedzieć na liczne prośby o informację o Czeczenii zgłaszane przez obywateli Rosji.

„Nowaja gazieta” publikuje pełną wersję raportu i wywiad z jedną z autorek Jekatieriną Sokirianską. — analitykiem programu badań n/t Europy i Azji prowadzonego przez International Crisis Gorup ("Międzynarodową Grupę Kryzysową").







Jelena Miłaszyna:
Jedno z ustaleń waszego raportu wydaje się szczególnie niepokojące: „Stabilizacja w Czeczenii jest krucha i szczególnie spersonalizowana. Opiera się na osobistych relacjach między Ramzanem Kadyrowem i Władimirem Putinem. Kreml stworzył ten układ i podtrzymuje go, chociaż nie kontroluje wydarzeń w terenie. Mimo że lider Czeczeni wydaje się być szczerze oddany wobec prezydenta Rosji, to należy wątpić, czy do podobnej lojalności będą się czuć zobowiązani jego następcy. Z drugiej strony, gdyby w Moskwie doszło do przetasowania na najwyższych stanowiskach, struktury siłowe Kadyrowa mogą przysporzyć Kremlowi problemów”. Na jakiej podstawie oparte są te wnioski?

Jekatierina Sokirianska:
Rzecz w tym, że wieloletni konflikt rosyjsko-czeczeński nie został rozstrzygnięty, lecz zepchnięto go na dalszy plan. Opisując obecną sytuację w Czeczenii trudno mówić o pokoju, to tylko zaprzestanie wojny. Nie udało się rozstrzygnąć w pełni kwestii politycznych. Nie zapewniono integracji regionu z ogólno-rosyjskim otoczeniem. Na przestrzeni ostatnich lat obserwujemy jedynie zabiegi symulujące tego rodzaju działania. W Czeczenii sytuację uregulowano w taki sposób, iż nie ma na razie możliwości doprowadzenia do trwałego pokoju. Ten układ można poddawać transformacji bez rozlewu krwi, a raczej można tego dokonywać nie narażając na większy szwank istniejącej równowagi.

Chcąc dokonać zmian, należałoby przede wszystkim precyzyjnie opisać sytuację, postawić odpowiednią diagnozę.  Następnie trzeba wyjaśnić dlaczego w długoterminowej perspektywie obecny system się nie sprawdzi. Jeżeli nie zabierzemy się do rozwiązywania problemów opisanych i przeanalizowanych przez nas  w poszczególnych rozdziałach, to dojdzie do eksplozji. Może stanąć w obliczu nowej odsłony konfrontacji między Rosją a Czeczenią. Dla społeczeństwa czeczeńskiego jej rezultatem będzie niechybnie wezbrana fala przemocy. Zawsze powtarzam z naciskiem, że nieodzowne jest pojednanie, tak w łonie społeczności czeczeńskiej, jak i między Rosjanami i Czeczeńcami. Poruszanie tego tematu obecnie nie jest mile widziane. Niestety, taka jest prawda. Mieliśmy wojnę, po obu stronach polegli ludzie, ale nie podjęto kroków ku pojednaniu.

Milaszyna:
Jaka jest ta diagnoza?

Sokirianska:
Na terytorium Rosji istnieje region, który będąc z mocy prawa częścią Rosji w rzeczywistości stanowi niezależny podmiot polityczny.



Czeczenia żyje według własnych reguł, wewnątrz własnego obszaru prawnego, przy czym odnosi się to nie tylko do operacji anty-terrorystycznych, ale również we wszystkich innych dziedzinach życia. Czeczenia posiada własny ustrój polityczny, po części odwzorowujący ogólno-rosyjskie  rozwiązania. Jednak w rzeczywistości istnieje w niej unikalny w skali Rosji reżim oparty na brutalnej, jednoosobowej władzy. Reżim opiera się na kulcie jednostki republikańskiego wodza, posiada własne struktury siłowe, swoją ideologię, swoją politykę wyznaniową, własne stosunki międzynarodowe i indywidualną, równoległą gospodarkę.


To państwo w państwie, gdzie przedstawicielstwami rosyjskich władz federalnych rządzą miejscowe osiłki, lojalne w pierwszym rzędzie wobec lokalnych struktur i w niepomiernie mniejszym stopniu wobec instytucji federalnych, choć tam jakoby są zatrudnieni. Istniejące Czeczenii agendy federalne nie są w stanie przedsięwziąć jakichkolwiek działań nie po myśli władz republikańskich. To jedna strona medalu. A druga to ta, że taki ustrój polityczny stworzony został przez Moskwę, przez nią jest też podtrzymywany, ona udziela mu mu gwarancji poprzez swoje resorty siłowe. Reżim ten niemal w całości finansowany jest przez Moskwę, którą on jednocześnie wykorzystuje, aby się nią osłaniać.

Miłaszyna:
Wydarzenia ostatnich miesięcy dowiodły, że we władzach Rosji nie brakuje osób świadomych niebezpieczeństw dla integralności kraju jakie niesie ze sobą „model czeczeński”. Zaliczają się do nich funkcjonariusze resortów siłowych oraz współpracownicy Administracji Prezydenta.  Czy są oni w stanie wywrzeć wpływ na politykę Moskwy w odniesieniu do Czeczenii?

Sokirianska:
Kadyrow to kreatura prezydenta Federacji Rosyjskiej. Prezydent osobiście i jego administracja sformułowali ideologię wykorzystaną dla rozwiązania konfliktu czeczeńskiego.



Prezydent oficjalnie zgadza się na to, co dzieje się w Czeczenii. W odróżnieniu od społeczeństwa doskonale rozumie zachodzące w niej zjawiska. Zobaczyliśmy to wyraźnie, gdy zaproponował Ukrainie, by skorzystała z podobnego modelu dla rozwiązania kryzysu w Donieckiej i Ługańskiej Republice Ludowej.  


Putin wprost i bez ogródek przedstawił strategię postępowania: regiony o ambicjach separatystycznych należy kupować, obiecując im niezależność i pieniądze. Ta właśnie polityka jest realizowana w Czeczenii już ponad 10 lat.Stąd też bierze się niedostateczne zrozumienie tych  problemów w federalnych agendach siłowych. Bez woli politycznej Kremla nic nie da się zrobić.


Miłaszyna:
pani zdaniem Władimir Putin doskonale rozumie jakie ryzyko niesie ze sobą ten model pacyfikacji Czeczenii. Co więcej, sam proponuje Ukrainie wzorzec zagrażający integralności terytorialnej państwa.

Sokirianska:
Putin już długo sprawuje władzę, zamierza też dalej rządzić. Zapewne spodziewa się, że z upływem czasu konflikt znajdzie się w impasie, a ewentualne nowe spory nie będą miały takiego znaczenia. Dopóki tak on, jak i Kadyrow sprawują władzę istniejący model będzie się sprawdzać, nie będzie rodził dla Rosji żadnych zagrożeń terytorialnych. Pamiętajmy jednak, że władza Czeczenii jest przesadnie skupiona w jednym ręku i przez to nietrwała. Dlatego musimy mieć świadomość,że każda zmiana status-quo, czy to w Groznym czy w Moskwie, która doprowadziłaby do nieoczekiwanego załamania obecnego modelu, wywołać może nowy konflikt i przelew krwi.

Milaszyna:
Jakie więc będą konsekwencje, jeśli już jutro na przykład wydarzy się coś istotnego?





Sokirianska:
Po pierwsze,  Kadyrow będzie musiał znaleźć wspólny język z przyszłym następcą Putina. Nawet wtedy, gdy krajem rządził jego bliski współpracownik Dimitrij Medwiediew, Kadyrow demonstrował lojalność tylko wobec Putina. Jeśli przydarzy się większe przetasowanie we władzach Rosji, to reżim czeczeński może postawić na konfrontację z Moskwą. Poza wszystkim pozycja Kadyrowa jest nadzwyczaj niepewna. Załóżmy, że zabraknie mu wsparcia Kremla, przede wszystkim w sensie wojskowym i gospodarczym. Jak długo utrzyma się wówczas status-quo w Groznym? Na to pytanie nie mamy całkiem jednoznacznej odpowiedzi.

Milaszyna:
 A co pani rozumie, kiedy wspomina  o wojskowym wsparciu dla reżimu czeczeńskiego? Czy chodzi o tak zwaną armię Kadyrowa, czy też o armię rosyjską?

Sokirianska:
 Po wstrzymaniu działań antyterrorystycznych w 2009 roku z terenu Czeczenii wycofano około 20 000 rosyjskich żołnierzy. Tym niemniej siły rosyjskie i inne struktury siłowe są tam nadal obecne. Rozmieszczono je  na całym Północnym Kaukazie. Rozumiemy też doskonale, czym jest wsparcie federalne ze strony armii i MSW, one same nie podejmują aktywnych działań, lecz są tylko obecne na miejscu i stanowią gwarancję bezpieczeństwa dla Kadyrowa.  

Milaszyna:
Jak w tych okolicznościach należy oceniać uporczywe dążenie Kadyrowa do pozbycia się ostatniego przyczółka sił federalnych na terytorium Czeczenii, w Chankale?

Sokirianska:
To jest kwestia złożona. Komplikacja polega na tym, że wśród personelu sił federalnych przywódca czeczeński ma naprawdę licznych przeciwników. Tym niemniej o wszystkim rozstrzyga naczelny dowódca i to on właśnie zapewnia reżimowi Kadyrowa wsparcie. Wygląda na to, że dzieje się tak czasem wbrew ich woli. Sam Kadyrow z pewnością chciałby, aby w regionie rosyjskich wojsk  było mniej. Wtedy jego władza nie podlegałaby żadnym ograniczeniom . W rzeczywistości siły te z jednej strony gwarantują reżimowi bezpieczeństwo, a z drugiej dla samego Kadyrowa stanowią siłę odstraszającą. Jest to do pewnego stopnia elementem kontroli.

Milaszyna:
Żaden przywódca regionu wchodzącego w skład Federacji Rosyjskiej nie ośmieliłby się wydać polecenia by strzelać ostrą amunicją do funkcjonariuszy rosyjskich służb siłowych. Taki rozkaz wydał w pewnym momencie Ramzan Kadyrow. Nie przypadkowo ogłoszone zostało po rosyjsku. Kadyrow występuje w przestrzeni publicznej w 99% w ojczystym języku czeczeńskim. Tym razem wyraźnie chciał, aby usłyszano go poza obszarem Czeczenii. Nie doczekaliśmy się żadnej reakcji na jego polecenie.  Zdecydowano się sprawę zatuszować. Czy nie przypuszcza pani, że nawet przy obecnej równowadze sił, dojść może do konfliktu zbrojnego?

Sokirianska:
Praktycznie rzecz biorąc, wykluczam taką ewentualność, ponieważ w sumie Moskwa i Grozny nawzajem trzymają się w ryzach. Moim zdaniem, Kadyrowa oraz Putina  łączą szczere więzy osobiste. W życiu Kadyrowa ważny jest autorytet starszego mężczyzny, wcześniej był nim ojciec, a obecnie prezydent kraju. Pozostaje jednak pytanie, czy ktoś odważy się zakwestionować jego przywództwo w Czeczenii. Nie wykluczałabym, iż  sam Putin mógłby się zwrócić przeciw swemu faworytowi. Prezydent Rosji jest bardziej pragmatyczny i o wiele mniej sentymentalny.



Zmiana status-quo w Czeczenii może się dokonać tylko jeśli Putin uzna, że rozwój wypadków w Czeczenii szkodzi jego reputacji i psuje jego wizerunek.


Wówczas możemy być świadkami gwałtownych zmian. Możliwe są także próby pełzającego przejmowania sfer wpływu Kadyrowa, rozmywania jego monopolu na władzę w republice. Tak właśnie Kadyrow odebrał akcję zatrzymania Dżambułata Dadajewa w Groznym przez przybyłą ze Stawropola policję. Postronni funkcjonariusze dotarli wówczas z zewnątrz i spróbowali wykonać na terytorium Czeczenii akcję, jakich sam Kadyrow regularnie dopuszcza się w Inguszetii, Dagestanie i na innych terenach Północnego Kaukazu. Jednakże tego rodzaju działania są zabronione w Czeczenii, gdzie wyłącznie on, Ramzan Kadyrow kontroluje funkcjonariuszy resortów siłowych. Tego rodzaju operacje w Czeczenii przeprowadza się własnymi siłami. Dlatego Kadyrowa zaalarmował ów sygnał, oto przybysze z zewnątrz podjęli próbę naruszenia jego monopolu. Nie mógł do tego dopuścić i to wyjaśnia dlaczego jego reakcja była tak gwałtowna. Jednak gdy jego władza w republice nieco osłabnie, dżin będzie mógł wypełznąć z butelki w z inicjatywy samych Czeczenów.

Miłaszyna:
Szef Czeczenii nie jest naiwny. Czy rozważa różne warianty utrzymania się przy władzy? Czy zastanawia się jakie podjąć kroki, jeśli zmieni się istniejąca równowaga sił?

Sokirianska:
Sądzę, że on i jego otoczenie analizuje różne scenariusze. Dlatego tak ważny jest bliskowschodni kierunek polityki Kadyrowa. W tym celu utrzymuje on dobre stosunki z przywódcami szeregu krajów arabskich.



Czeczeńska elita posiada mienie i prowadzi interesy w Turcji, Emiratach Arabskich itd. Rezerwowe lotniska są potrzebne, aby w razie czego móc wyjechać. Wydaje mi się, że ucieczka, zmiana miejsca pobytu jest jednym z głównych scenariuszy, jakie się bierze pod uwagę. Także dlatego, że cała ta elita zasmakowała już życia w spokoju i luksusie. Zależy im, aby tego nie utracić.



Miłaszyna
Czy Czeczeńcy gotowi byliby wystąpić zbrojnie w obronie swojej władzy?

Sokirianska:
Przez setki lat bili się i umierali za ojczyznę. Jednak ich współcześni władcy przyzwyczaili się już do wspaniałego życia i jeśli wypadki rozwiną się dla nich niepomyślnie, porzucą swój kraj. Jeśli, co oczywiste, zdążą. Nie wolno jednak zapominać, że w razie konieczności naród ten posiada wielkie doświadczenie bojowe.

Rzecz też w tym, że Ramzan Kadyrow reprezentuje sobą w Czeczenii pewien nowy typ współczesnego lidera. Jest orientalnym jedynowładcą, stronnicy nazywają go padyszachem. Ale wielu kwestionuje jego nowoczesność. Ich zdaniem jest prostym i niezbyt wykształconym wiejskim chłopem.



Buduje on jednak świetne drogi, drapacze chmur, inteligentne domy, ściąga nowe technologie, posługuje się Internetem i portalami społecznościowymi. Zachowuje się odmiennie niż tradycyjni wodzowie czeczeńscy. Na każdym kroku pokazuje się z rodziną, u Czeczeńców nie jest to przyjęte. Tańczy, spędza czas z młodzieżą i przyjaźni z bankierami. Na dodatek szkoli i wyposaża nowocześnie swoje struktury siłowe.




Wierni Kadyrowowi żołnierze przysięgają na stadionie w Groznym. 




Miłaszyna
Mam inne pytanie jeśli chodzi o armię Kadyrowa. Na ile tych 20 000 uzbrojonych ludzi, Kadyrow okazał nam ich demonstracyjnie, może reprezentuje realne zagrożenie, gdyby zwrócili lufy przeciwko Moskwie?

Sokirianska:
 Taktyka współczesnych walk partyzanckich nie wymaga wielkiej liczby żołnierzy. Dlatego nawet tysiąc dobrze wyszkolonych i uzbrojonych bojowników jest poważną siłą. W pierwszej wojnie czeczeńskiej, przegranej przez armię rosyjską, po stronie czeczeńskiej walczyli w zasadzie niezbyt wyszkoleni ludzie, często brakowało im broni.

Miłaszyna:
Cieszyli się jednak poparciem ludności, motywowała ich idea walki o niepodległość. W tym miejscu zadałabym kolejne pytanie, jak dalece obecne czeczeńskie siły zbrojne zachowają wierność wobec samego Kadyrowa jeśli będzie on musiał bronić swojej władzy?

Sokirianska:
Podkreślam,  że rozważamy hipotetyczny scenariusz nowej fazy konfliktu miedzy Groznym a Moskwą. Musimy pamiętać, że pierwotna przyczyna konfliktu do dziś nie została usunięta.  On cały czas tli się w tle, jest żywy na emigracji i tylko przycichł.

Miłaszyna:
 Jest mało prawdopodobne, aby Ramzan Kadyrow poszedł w ślady Dżochara Dudajewa. Po raz kolejny zmienić stronę raczej mu się nie uda …

Sokirianska:
Zadawałam to pytanie kombatantom czeczeńskim, jawnie zadeklarowanym separatystom, którzy wcześniej walczyli i skorzystali z amnestii: czy byliby gotowi na alians z Kadyrowem?  Odpowiadali, że tak. Ich zdaniem w pewnym momencie możliwy jest z ich udziałem strategiczny alians skierowany przeciw Rosji. Kadyrow dysponuje pieniędzmi, regularnymi siłami zbrojnymi, koniecznymi zasobami. Dla kombatantów celem nadrzędnym jest niezależność Czeczenii i ich zdaniem poparcie Kadyrowa dla sprawy byłoby korzystne. Jednak gdy niepodległość zostanie osiągnięta, trzeba go będzie rozliczyć.

Miłaszyna:
Wygląda na to, że na wypadek zmian Kadyrow ma do wyboru dwa warianty. Pierwszy, to ucieczka z Czeczenii, a drugi to zjednoczenie wszystkich wokół siebie pod sztandarem separatyzmu. Tak to się przedstawia?

Sokirianska:
Wariant pierwszy, to spokojne funkcjonowanie w łonie Rosji, przestrzeganie jej prawa i konstytucji, dialog i podtrzymywanie wspólnego języka z nową rosyjską władzą. Drugi  – w wypadku konfrontacji z Moskwą – wymaga zjednoczenia ludzi wokół idei utworzenia państwa narodowego na obszarze Czeczenii, to droga  do uzyskania legitymacji dla swojej władzy. Nasz raport zawiera analizę ideologii Kadyrowa. W niej najważniejszy jest że nacjonalizm czeczeński, islamski sufizm oraz konserwatyzm. Kadyrow kultywuje tradycyjny czeczeński sufizm, język czeczeński, tradycyjną muzykę, wspiera muzea folklorystyczne i wszelkie symbole „czeczeńskości”.  Powraca do starych zatargów terytorialnych z sąsiadami. Wypowiadając w języku czeczeńskim swoje pretensje obliczone na użytek wewnętrzny, próbuje przekonać Czeczeńców, że zapewnia im szerokie możliwości samostanowienia, że kieruje krajem opierającym się na wiekowej tradycji i religii. Części separatystów czeczeńskich ery Dudajewa-Maschadowa taka retoryka w pełni odpowiada. Duża ich część krytykując władze rosyjskie za te same przewinienia, pozwala sobie na o wiele ostrzejsze sformułowania. Z drugiej strony, lojalność „armii Kadyrowa” bywa przeceniana. Dla wielu służba w strukturach zbrojnych Czeczenii stanowi w pierwszym rzędzie sposobność na zapewnienie rodzinom środków do życia. Za granicami Czeczenii panuje szeroko rozprzestrzeniona opinia, że Kadyrow jest niezastępowalny i on tylko może stać u steru władzy. Tak właśnie chyba jest w rzeczywistości.



80% funkcjonariuszy czeczeńskiego MSW byłoby zadowolonych, gdyby na czele ministerstwa stał ktoś łagodniejszy, mniej lojalny wobec Kadyrowa. Ktoś w rodzaju Jewkurowa, kto nie byłby przy tym podporządkowany ślepo władzy federalnej.


Istnieje wiele metod nacisku na ludzi Kadyrowa. Warto przypomnieć, że ich dziełem jest 10 000 wiernopoddańczych raportów, deklarujących gotowość do wykonania każdego rozkazu. Zapewne ta ich gotowość potrwa do czasu, jak długo funkcjonuje obecny układ sił. Jeśli zostanie on naruszony, dalszy rozwój sytuacji będzie uzależniony od sposobu przezwyciężania kryzysu. Jeśli nie stworzymy planu miękkiej transformacji istniejącego modelu, nie zapewnimy znacznie głębszej integracji czeczeńskiej policji ze strukturami federalnymi, to w warunkach konfliktu część czeczeńskiego MSW poczuje, że nie ma się do kogo zwrócić. Pojawi się lęk przed nowymi wrogami, obawa o środki do życia. Jeśli wówczas Kadyrow zapewni im zatrudnienie i ochronę, to lojalnie podporządkują się jemu.

MIłaszyna:
Mówi pani o ograniczeniu władzy Kadyrowa nad miejscowymi funkcjonariuszami. Czy to możliwe?

Sokirianska:
Takie jest zalecenie naszego raportu. Nasi krytycy oponują, ich zdaniem, duża część naszych rekomendacji jest trudna do wprowadzenia w życie. Tym niemniej, konkretne ograniczenie władzy Kadyrowa, zagwarantowanie, iż jego pełnomocnictwa i praktyki jego funkcjonariuszy pozostają w zgodzie z rosyjską konstytucją jest jednym z najważniejszych kroków na drodze ku pokojowej transformacji istniejącego modelu. Przez kilka ostatnich lat obserwowaliśmy jak wszystkie organa federalne, od Prokuratury Generalnej i Sądu Najwyższego Federacji Rosyjskiej i do MSW i  Komitetu Śledczego gotowe były, by realizować ten scenariusz. Jednakże przez cały czas władze zwierzchnie realizowały własne  miała dążenia polityczne. Kłociły się one z planami zaprowadzenia porządku konstytucyjnego, stały z nim w sprzeczności. W skrajnych wypadkach chodziło p przywrócenie istniejącej równowagi sił i pogodzenie skłóconych stron. Ważne jest, że dotychczas reżim Kadyrowa reagował za każdym razem pozytywnie na takie sygnały. Jest to reżim bardzo elastyczny, wyczulony i posiadający wyostrzony słuch. To stwarza pewne niewielkie szanse, że transformacja jest jednak możliwa. I jakkolwiek by to nie brzmiało dziwnie, powinna być nią zainteresowana obecna władza czeczeńska.

Rozmawiała: Jelena Miłaszyna

Tłumaczenie: Maciej Górki, ZDZ



Oryginał rozmowy został opublikowany na portalu "Nowej Gaziety":



 *Jekatierina Sokirianska, politolog, przez lata zajmowała się problemami Kaukazu pracując Centrum Obrony Praw Człowieka "Memoriał". Od 2011 roku związana z "International Crisis Group". Obecnie piastuje funkcję analityka programu "Europa i Azja".











*Jelena Miłaszyna, rosyjska dziennikarka, publicystka, od lat związana z opozycyjnym moskiewskim wydaniem "Nowaja Gazieta". Jest także działaczką na rzecz praw człowieka. Kilkakrotnie atakowana fizycznie. Jest laureatem prestiżowych nagród dziennikarskich, rosyjskich i międzynarodowych. 












Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com