piątek, 19 grudnia 2014

Nawalny, ostatnie słowo: „Wzięcie zakładników mnie nie powstrzyma !”



Dobiega końca rozprawa sądowa przeciw Aleksiejowi Nawalnemu jednemu z przywódców rosyjskiej opozycji demokratycznej. Razem z nim postawiono przed sądem jego brata Olega. Obu postawiono sfabrykowany zarzut machinacji finansowych na szkodę francuskiej korporacji kosmetycznej Yves Rocher. Od wielu miesięcy Aleksiej Nawalny znajduje się w areszcie domowym. Władze chcą posadzić go z artykułu „kryminalnego”, nie za politykę. Prokurator zażądał drakońskiego wymiaru kary – 10 lat obozu karnego. Wyrok zostanie ogłoszony w połowie stycznia.
 



Poniżej wygłoszone w moskiewskim sądzie dla Dzielnicy Zamoskworieckiej ostatnie słowo Aleksieja Nawalnego.

 



Bracia Oleg (z lewej) i Aleksiej (z prawej) Nawalni przed sądem 




Ile razy w życiu, człowiek, który nie podejmował żadnych działań sprzecznych z prawem może występować z ostatnim słowem.


Moje szóste ostatnie słowo


W ciągu ostatniego półtora roku to moje szóste, a może już dziesiąte ostatnie słowo. Jak gdyby zbliżały się ostatnie dni. Wy wszyscy  – sędziowie, prokuratorzy, poszkodowani – rozmawiając ze mną patrzycie w stół. Od wszystkich słyszę: Aleksieju Anatoliewiczu, przecież pan to wszystko dobrze rozumie. I ja rozumiem wszystko, rozumiem, iż nie podskoczycie, i że przedstawiciel Yver Rocher nie wstanie by powiedzieć, pan nas przekonał. Nie, ja rozumiem, że ludzie skonstruowani są inaczej. Nikt nie powie rodzinie: „Dzisiaj świadomie wysłałem za kraty niewinnego człowieka? I muszę z tym żyć. Ja rozumiem, że usłyszę, „przecież pan wszystko rozumie”, albo „a z jakiej broszki on zamachnął się na Putina…”.

Moje słowa odnoszą się do tych, którzy dopuszczają się podłości, lub ignorują, to co się dzieje. Moje słowa padają po to, byście przyznali, że nie wolno tolerować kłamstwa na każdy temat. Mówią mi, że interesy Rosjan w Turkmenii są nieważne, ale w obronie interesów Rosjan na Ukrainie, trzeba rozpocząć wojnę. Mówią mi, że w Gazpromie nie kradną. Przynoszę dokumenty, w odpowiedzi słyszę, nic takiego się nie zdarzyło. Mówię, że jesteśmy gotowi wziąć udział w wyborach, i że mamy szanse na zwycięstwo, że zakładamy partię. Ale nas nie dopuszczają do udziału w wyborach i mówią : „zwyciężyliśmy”.

Im więcej obnażamy kłamstw, z tym większą ich ilością się spotykamy. Kłamstwo stało się istotą państwa. Wczoraj wystąpił Putin i powiedział’ „nie mamy żadnych pałaców”. A my co miesiąc fotografujemy ze trzy takie sztuki!

Po co znosić to kłamstwo? Po co spoglądać w stół? Życie jest zbyt krótkie, żeby patrzeć w stół. Nie zdążyłem się obejrzeć i mam już czterdziestkę. Zaraz będą wnuki. Nie zdążymy się obejrzeć, leżymy w łóżku, a tu patrzą na nas i myślą: „może by on jak najszybciej zwolnił powierzchnie mieszkaniową.”

Możemy być dumni tylko z tych momentów, kiedy uczciwie możemy spojrzeć innym w oczy, kiedy dokonujemy czegoś szlachetnego.

Cala sytuacja jest dla mnie wystarczająco bolesna. Kreml wybrał nie tylko chytry, podstępny sposób rozprawy ze mną, nie tylko mnie wysyłają za kratki, ale wciągają w to także innych ludzi, na przykład Oficerowa, ojca pięciorga dzieci. A ja mam jego żonie patrzeć w oczy (Piotr Oficerow był współoskarżonym Aleksieja Nawalnego w poprzednim procesie w sprawie kompanii „Kirowlies” – „mediawRosji”). Potwierdzam, tak, to jest dla mnie cios, kiedy ciągnę za sobą w przepaść innych ludzi. Ale nawet wzięcie zakładników mnie nie powstrzyma. Życie nie ma sensu, gdy człowiek godzi się z kłamstwem. Nigdy nie pogodzę się z systemem, jaki zbudowano w naszym kraju. Ten system jest taki, by pozwalał ograbić każdego. Rządzi nami prawdziwa junta.



Z lewej prokurator Rozowa, z prawej prokurator Ignatowa. Dla braci
Nawalnych zażądały drakońskiego wymiaru kary. 



Ani przez chwilę nie żaluję 

Ani przez chwile nie żałuję, iż podjąłem działania, których celem była walka z korupcją.  Kobziew powiedział mi kiedyś: „Aleksiej, posadzą cię jak nic, dajesz im w kość tak, że się odmachną”. Wykrakał. Ale nie da się żyć i wciąż rozmyślać o tym, „że cię posadzą”. Byłem tego świadomy. Ale nie żałuję i będę dalej wzywał ludzi do tego, by korzystali ze swojego prawa choćby do organizowania zgromadzeń.

Ludzie mają legalne prawo do buntu przeciw juncie, która ograbiła ich ze wszystkiego. Pozwoliliśmy im się okraść i przekształcić w bydło. Jak oni się z nami rozliczyli, jak zapłacili wam – patrzącym w stół. Macie dostęp do oświaty? Nie. Systemu ochrony zdrowia? Nie. Zbudowali drogi? Nie. A ile zarabiają stojący tutaj funkcjonariusze sądowi? I nas i was – okradają każdego dnia. Ja się na to nie mogę zgodzić. Będę się przeciwstawiał, tak długo jak trzeba, stojąc w sądowej klatce, lub na zewnątrz.

Mój brat nie miał zamiaru zajmowania się polityką. Nie ma tu co wdawać się w szczegóły. Ale mnie wzięcie zakładników nie powstrzyma. Po co władze miałyby ich zabijać? Przyzywam wszystkich ze całych sił. Może to brzmi naiwnie, często słysząc to, ludzie się krzywią, żyjmy bez kłamstwa.


Dziękuje wszystkim za wsparcie. Wzywam do odrzucenia kłamstwa. Odizolują, posadzą – przyjdzie ktoś inny. Bo przecież nie robiłem niczego wyjątkowego.  






Tekst ostatniego słowa Aleksieja Nawalnego opublikowała moskiewska "Nowaja Gazieta": http://www.novayagazeta.ru/news/1690318.html








Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com

środa, 17 grudnia 2014

Za moją głowę dawali 150 tysięcy dolarów



Kto naprawdę uczestniczył w walkach na wschodzie Ukrainy? Miejscowi rebelianci, ochotnicy, Kozacy, Czeczeńcy, rosyjscy żołnierze? Jaka była ich motywacja? Co skłoniło ich do wyjazdu? Media niezależne nie szczędzą wysiłku, by ustalić prawdę. Badają każdy trop, rozmawiają z każdym, kto zechce się wypowiedzieć. Te monologi, wywiady rejestrują w całości, tylko tak można dowiedzieć się, co siedzi w ich głowach. Tylko w ten sposób można odsłonić prawdę o spustoszeniach moralnych i materialnych wywołanych ukraińską awanturą Władimira Putina. 



Rozmowa z Jewgienijem Łaktionowem, uczestnikiem walk w Kotle Izwarińskim, to nie pierwsza tego rodzaju publikacja ukazującego się na Uralu, w Jekaterynburgu, znakomitego portalu „Znak”. Wcześniej na blogu opublikowaliśmy już pochodzące z tego źródła Sceny z życia Donieckiej Republiki”.  



Rozmawiał Igor Puszkariew, znak.com





Jewgienij Łaktionow, 28 lat. Odbył zasadniczą służbę wojskową. Ostatnie miejsce
pracy: serwis samochodowy w Jekaterynburgu. 



Jewgienij Łaktionow pochodzi ze Staroutkinska. Jeszcze wiosną pracował w serwisie samochodowym w Jekaterynburgu, zarabiał 50 tysięcy rubli miesięcznie i był przykładnym mężem. Teraz ma za sobą udział w ługańskiej rebelii. Uczestniczył w niej pod pseudonimem  „Mechanik”, jego głowę, jak sam twierdzi, wyceniono na Ukrainie na 150 tysięcy dolarów. Żona odeszła od niego, gdy walczył na froncie. W połowie grudnia wybiera się jednak z powrotem na południowy wschód Ukrainy.

Na Jewgienija pierwsi natknęli się nasi koledzy z gazety „Szalinskij Wiestnik”, dzięki ich pomocy mogliśmy się z nim skontaktować. Spotkaliśmy się z młodym i chuderlawym mężczyzną,  o ziemistej cerze. Nie ukrywał twarzy. Miejsce spotkania wyznaczył sam – „na kamieniu”. Miał na myśli skałę na brzegu rzeki Czusowa, pośrodku cmentarza. „Mamy bać się martwych? Bać się trzeba żywych, a nie martwych. Ci już leżą sobie spokojnie” – wyjaśnił nasz rozmówca.

Rozmawialiśmy z pewnością około czterdziestu minut. Prawie przez cały czas wiał przenikliwy wiatr, ale można było odnieść wrażenie, iż Jewgienij jakby wcale nie odczuwał chłodu. Ubrany był  jedynie w koszulkę i krótką skórzaną kurtkę. Nie miał nawet czapki. Palił natomiast papierosy, dosłownie jeden za drugim.



Igor Puszkariow:
Ile masz lat?

Jewgienij Łaktionow
Dwadzieścia osiem.

Puszkariow:
Co skłoniło cię do wyjazdu? Pieniądze?

Łaktionow
To w ogóle nie jest kwestia pieniędzy.

Puszkariow:
Czego w takim razie?

Obrzydło mi patrzeć na wszystko

Łaktionow:
Obrzydło mi patrzeć na wszystko. Ktoś poszedł walczyć ze względów rodzinnych, ktoś ze względu na coś jeszcze innego. Można powiedzieć, że ja zgłosiłem się dla idei i żeby się sprawdzić. Pojechałem robić to, czego mnie uczyli. Nie dla pieniędzy. Znalazłem się tam na początku września.

Puszkariow:
Jak dowiedziałeś się o tym dokąd pojechać i jak tam dotrzeć?

Łaktionow:
Przez jakiś tydzień dogadywałem szczegóły na „WKontaktie”. Potem na konto przyszła pensja i postanowiłem pojechać pociągiem, sam. Napisałem do chłopaków, że jeśli ktoś jeszcze się wybiera, to żebyśmy zebrali się któregoś dnia i wyruszyli razem. I to wszystko. Skontaktował się ze mną pewien facet i zaproponował bym pojechał  z nimi samochodem. Zabrałem się z nimi. Tam spisali  nasze dane, kto czym się zajmował…

Puszkariow:
Służyłeś w wojsku?

Łaktionow:
Jako czołgista na Dalekim Wschodzie, przy granicy. Byłem też na misji w Czeczenii.

Puszkariow:
Ilu was się zebrało?

Łaktionow:
Osiem-dziesięć osób. Wszyscy swierdłowscy. Dokładnie nie pamiętam, bo potem zabierali jeszcze kogoś po drodze. Wyjechaliśmy czwartego września.

Puszkariow:
Własnym samochodem?

Łaktionow:
Zabraliśmy się z prywaciarzem. Jeździł za własną kasę, zrobił dwa kursy. Potem żona mu się zbuntowała, że nie zarabia na tym, zabrała klucze od samochodu. Więcej już nie jeździł, ale ogólnie – to porządny facet. Dotarliśmy na miejsce szóstego września. Granicę przechodziliśmy przez „bramkę północną”, w pobliżu Izwarino. Można powiedzieć, że przekroczyliśmy ją nielegalnie. Wtedy nie można się było przez nią przemieszczać. I tyle. Tam po nas wyszli.

Puszkariow:
Podobno przejechaliście razem z konwojem humanitarnym?

Łaktionow:
Tak, z „pomocą”.  Ale zorganizowaliśmy ją sami,  zebraliśmy co się dało, wsparli nas jeszcze inni.

Puszkariow:
Co zabraliście ze sobą?

Łaktionow:
Artykuły spożywcze, środki medyczne, pieniądze, rzeczy, zabawki. Zawaliliśmy tym całą „Gazelę”, coś tam jeszcze wrzuciliśmy do busika. Przekroczyliśmy punkt graniczny „Siewiernyj”, potem przesiedliśmy się do innych samochodów. Przewieźli nas przez kilka wsi, pokazali co się tam wyprawia. Po drodze trafiliśmy do wioski w ogóle zmiecionej z powierzchni ziemi.

Puszkariow:
Pamiętasz jej nazwę?

Łaktionow:
Nie przypomnę sobie, jak się nazywała. Potem trafiliśmy do innej wsi, tam domy już były całe. Ale i tak bez okien, bez drzwi, bez wszystkiego. W końcu ruszyliśmy do bazy. Położona była w obwodzie ługańskim, nie chcę podawać dokładnego miejsca. Sam rozumiesz. W bazie dostaliśmy dobę, żeby się przebrać, wyposażyć.

Puszkariow:
Dali wam ekwipunek, broń?

Łaktionow:
Wszystkie rzeczy były zdobyczne. Co komu wpadło do rąk, zatrzymywał dla siebie. Komuś udało się na przykład złapać ładownicę, komu innemu kamizelkę.

Puszkariow:
A tobie co udało się złapać?

Łaktionow:
W Jekaterynburgu dali mi mundur letni. Pomógł mi też swój, ziomal, tak się składa, że właśnie zginął piętnastego. Przy jego pomocy znalazłem kamizelkę, bandaże, apteczki, nożyki, całą drobnicę. Potem poszliśmy załatwić broń. I to tyle, ogólnie od tego zaczęliśmy przygotowania.

Puszkariow:
Jak nazywał się wasz pododdział?

Łaktionow:
Batalion „Chuligani”. Byliśmy grupą wywiadowczo-dywersyjną (pokazuje naszywkę z napisem „Uralski Korpus Ochotniczy”).

Puszkariow:
A skąd konkretnie byli swierdłowscy ludzie?

Łaktionow:
Z różnych miast: Polewskoj, Aramil, Artiomowsk, kilku chłopaków z Jekaterynburga.

Puszkariow:
Wszyscy służyli w wojsku?

Łaktionow:
Z wyjątkiem jednego. Poręczyli za niego osobiście deputowani.

Puszkariow:
Kto?

Łaktionow:
Nie znam nazwisk, ze Swierdłowska.

Puszkariow:
Kto w ogóle jedzie tam z naszych stron?



Podczas rozmowy nad brzegiem rzeki Czusowa Jewgienij odpala jednego papierosa
za drugim. 


Łaktionow:
Niektórzy przeszli wojnę czeczeńską, inni Afganistan, wielu takich, którzy rozwiedli się z żoną – około 70%. Niektórym z powodu kredytów odebrano dom, inni stracili nadzieję na lepsze życie. Różni tam byli.

Puszkariow:
Ciekawi mnie, czy walczą tam też Czeczeni i jak odnoszą się do nich ci, którzy przeszli wojnę czeczeńską, dogadują się jakoś?

Łaktionow:
U nas Czeczenów nie było. Może gdzieś walczą, ja ich nie widziałem. Mogę mówić tylko o chłopakach walczących razem ze mną.

Puszkariow:
Wyekwipowano was i co dalej?

Strzelaliśmy z moździerzy

Łaktionow:
Kilka razy ćwiczyliśmy strzelanie, potem pojechaliśmy do stanicy. Otoczyły ją ukropy, dostali się do środka. A my strzelaliśmy do nich z moździerzy spod świętego Igora, tam stoi jego pomnik. Jeździliśmy tam na KrAZie, postrzelaliśmy, pojeździliśmy, potem przerwa na papierosa – i ruszyliśmy przejmować punkt kontrolny numer 32 (w pobliżu wsi Smiełyj, 50 kilometrów od Ługańska – przyp. redakcji).

Puszkariow:
To tam, gdzie był kocioł?

Łaktionow:
No tak, kocioł izwariński.

Puszkariow:
Działała tam tylko wasza grupa?

Łaktionow:
Dorzucili jeszcze miejscowych. Byli też kozacy, ale oni prawie nie uczestniczyli w walkach. Działali również miejscowi bojownicy, nie więcej niż dziesięciu,  stali przed punktem kontrolnym „32”. Wszystko co mieli do dyspozycji, to jeden, dwa magazynki. Broni ciężkiej nie mieli w ogóle. Nie mam pojęcia, jak zamierzali walczyć. Dzieliliśmy się z nimi, kto czym mógł - magazynkami, granatami, „muchami” (granatnikami – przyp. redakcji). Trochę poczekaliśmy, aż przyjechał dowódca. Zebrało się nas 11 osób, rzucili nas na transportery i pojechaliśmy okrążać ten punkt kontrolny. O tutaj, trzydziesty drugi (rysuje butem na śniegu), tutaj trzydziesty pierwszy, tu wieś, tu rzeczka. Tamci stąd strzelali w nas z moździerzy, z „Gradów” (szturcha nogą gdzieś koło naszkicowanej rzeki). W tym miejscu zajechaliśmy im drogę i zatrzymaliśmy się z tyłu, odcięliśmy trzydziesty drugi tak, żeby nie wozili im ani picia, ani żarcia, żadnej pomocy humanitarnej. O 6ej rano zajęliśmy pozycję, a już o 9ej ruszyliśmy do boju. Bitwa trwała mniej więcej dziesięć dni, z krótkimi przerwami. Przez te 10 dni szły kolumny, czołgi, wozy bojowe, transportery. Przebił się tylko jeden czołg z najbardziej doświadczoną załogą. Właśnie on położył naszych.

Puszkariow:
Jak to się stało?

Łaktionow:
No jak… Podpaliliśmy go, już płonął, ale przedostał się do swoich na 32, stamtąd od razu ruszył w kierunku naszych pozycji. Szedł do przodu, jego działo stało o tak (pokazuje ręką w dół), tutaj nasze okopy. Wystrzelił z czterech metrów. Od razu zginęło dwóch ludzi.

Puszkariow:
Naszych? Ze Swierdłowska?

Łaktionow:
Jeden z Azbestu, drugi z Nowoutki. Właśnie ten „ziomal” z Nowoutki, który pomagał mi w przygotowaniach. Presli był snajperem, zabiło go. Tak samo Batię z Azbestu, rozwaliło mu pół czaszki. Walczył razem z synem Miszą, pseudonim „Kozak”. Nie wiem, gdzie teraz jest syn, może też wyjechał. Dzwoniłem do niego, ale jest nieosiągalny. Ale te wszystkie ukropskie czołgi już tam zostały.

Puszkariow:
Ile ich spaliliście?

Łaktionow:
22.

Puszkariow:
Wasza grupa dziesięciu ludzi zniszczyła 22 czołgi?


Nasz mały oddzial zniszczył 22 ukraińskie czołgi - przechwala sie Jewgienij. Można mu wierzyć? 


Łaktionow:
W pododdziale było mniej więcej 30 ludzi, ale bojowników praktycznie 20. Pozostali nas wspomagali, nawet kobiety. Z żołnierzy połowa to byli artylerzyści, strzelali z dystansu. Na pierwszej linii walczyło 8-10 ludzi.

Puszkariow:
I to wszystko?

Łaktionow:
No, mieliśmy jeszcze wsparcie. Ale oni zazwyczaj uciekali. Przyjeżdżali wszyscy – i specnazowcy, i kozacy, ale jak tylko zaczynała się walka, to jakoś wszyscy… Uciekali tak, że aż spadały z nich hełmy. Prosiliśmy ich: zostawcie nam chociaż BK (komplety bojowe). Wtedy zdejmowali kamizelki, rzucali w naszym kierunku: „Łapcie chłopaki, walczcie”.  A sami wiali jak najdalej. 

Puszkariow:
Kto udzielał wam wsparcia?

Deputowani nie przyjeżdżają walczyć

Łaktionow:
Byli Osetyjczycy, naprawdę zawzięci. Drugiego dnia przyjechało do nas osiemnastu ludzi. Posiłki. Tego samego dnia wyjechało 17 rannych. Stawali po prostu na baczność i tak rzucali się do szturmu. Tak w ogóle, przyjeżdżał tam do nas z Moskwy nawet przedstawiciel Putina.

Puszkariow:
Do was?

Łaktionow:
Tak, do Ługańska, do bazy.

Puszkariow:
Po co?

Łaktionow:
Nie wiem. Nie było z niego żadnego pożytku. Postrzelał na strzelnicy – i tyle. Krótko mówiąc, chyba chciał się rozerwać. Różni tam byli ludzie. Przyjeżdżali deputowani – z Jekaterynburga, z Moskwy. Przyjadą, posiedzą za stołem, pojadą sobie na strzelnicę, postrzelają dla przyjemności i z powrotem, zabierają się do domu. Tacy przecież nie pójdą na front.

Puszkariow:
Powiedziałeś, że Ukraińcom wysyłano pomoc humanitarną na punkt kontrolny. Skąd nadchodziła ta pomoc?

Łaktionow:
Z naszej strony.

Puszkariow:
Jak to możliwe?

Łaktionow:
Widzisz, zdarza się (uśmiecha się). Taka polityka, wszystko opiera się na pieniądzach. Wiesz ile pieniędzy trzeba zapłacić,  żeby przepuścić jeden samochód z Rosji?

Puszkariow:
Nie mam pojęcia. Trudno mi sobie wyobrazić. Płacą za to?

Łaktionow:
Pewnie. A teraz pomyśl sobie: walczysz przeciwko komuś, a nosisz mu żarcie, wodę. Może jeszcze dołożyć mu BK (komplet bojowy – „mediawRosji”) i gołą babę? Nie ma się z czego śmiać! Dlatego nikogo nie przepuszczaliśmy. Przyjeżdżał sam szef rządu Ługańskiej Republiki Ludowej, domagał się, żeby przepuszczać. Daliśmy mu kopa w dupę i pociągnęliśmy z granatnika, żeby dalej nie jechał. I nie pojechał. A całą tę „humanitarkę”… Sam rozumiesz, wystarczy że przyjedziesz do Ługańska, pójdziesz na rynek i wszystko tam jest. Można wszystko znaleźć.

Puszkariow:
Pomoc nie dociera do mieszkańców?

Łaktionow:
Część idzie dla mieszkańców, część tam. A jeśli chodzi konkretnie o nasz pododdział… Chciałbym chociaż raz popalić rosyjskie papierosy.

Puszkariow:
A jakie paliliście?

Łaktionow:
Zdobyczne.

Puszkariow:
A jak dociera zaopatrzenie?

Puszkariow:
O to starali się dowódcy, załatwiali coś po cichu. Może ktoś ich jakoś sponsorował, nie wiem… My byliśmy prostymi żołnierzami, z nami rozmowa była krótka: umiecie walczyć, to idźcie i walczcie. A w całej tej polityce ja się nie orientuję…

Puszkariow:
No dobrze. Walczyliście tam 10 dni, a potem co?

Łaktionow:
Umówiliśmy się z tymi 150 ludźmi (po stronie ukraińskiej – „mediawRosji”), którzy tam zostali, żeby poddali się.

Puszkariow:
W dziesiątkę okrążyliście 150 Ukraińców?!

Łaktionow:
Nie 150, na początku było ich tam 350. Według ich danych. Plus wszystkie czołgi, wozy bojowe, BTR-y.

Puszkariow:
Wy też mieliście jakąś technikę?

Łaktionow:
Jeden jedyny BTR-80 z lat osiemdziesiątych. Przegrzewał się, kierownica złamana, prawie nie jeździł. Dostałem go ja – w końcu jestem czołgistą. Wyprowadziliśmy go jakoś na pozycję i strzelaliśmy, dopóki nie zacięły się oba karabiny.

Zaproponowaliśmy, żeby się poddali

Puszkariow:
Jak w ogóle byliście w stanie zmusić Ukraińców do poddania się?

Łaktionow:
Nie mieli już czym walczyć, zabrakło wody, żarcia, nie mieli niczego. Zaproponowaliśmy im, żeby się poddali i wyszli. Trzy doby trwały pertraktacje, potem pozwoliliśmy im wyjść. Ale ich ukropskie dowództwo wyjść im nie pozwalało. Jak przymierzali się do tego pierwszy raz, to swoi bili po nich gradami i artylerią. Mówili im: „Bijcie się do końca albo sami was wykończymy”. I tak potem ich wypuściliśmy. Postawiliśmy warunek, żeby pozostawili całą technikę, która nie działała. Właśnie tam trafiliśmy po raz pierwszy w „Bucefała”, BTR-4, wspólny wariant polsko-ukropski. Wzięliśmy dwa „trofea”, właśnie te „Bucefały”. Od razu wysłaliśmy je do Moskwy. Dwie jednostki zabrałem do remontu. Swojego BTRa-80, przegrzewał się i nie mógł już jeździć. I jeszcze zdobyczny wóz bojowy, przeprowadziłem go na remont do Ługańska. Potem pojechałem do domu, tym bardziej że spaliły mi się wszystkie dokumenty.

Puszkariow:
Jak to się stało?

Łaktionow:
Dokumenty zostawiłem w naszej sześćdziesiątce szóstce (samochód GAZ-66 – przyp. redakcji) na punkcie kontrolnym. Po prostu nie wolno było brać ze sobą ani telefonów, ani dokumentów. Nasze telefony śledzili. Celowali tam, gdzie się znajdowały. Ameryka dostarczała im dobre uzbrojenie. Dlatego nie braliśmy ze sobą niczego. Ale tam właśnie przebił się czołg, wystrzelił i wszystko, co było w tej sześćdziesiątce szóstce, spłonęło.

Puszkariow:
Jak szykowałeś się do powrotu?

Powrót

Łaktionow:
Dotarliśmy do Ługańska, tam nam powiedzieli: „Czekajcie na samochód”. Minął tydzień, żaden się nie pojawiał. Wtedy z chłopakiem o pseudonimie „Jożyk”, razem z nim walczyliśmy, zdecydowaliśmy, że zabieramy się stamtąd na własna rękę.  Pożyczyliśmy od znajomego piątkę (pięć tysięcy rubli – przyp. redakcji), dostarcza tam pomoc humanitarną.”. „Jożyk” sprzedał swój automat, ja swój karabin Dragunowa. Oddaliśmy ludziom z oddziału. W końcu o uzbrojenie u nich nie jest łatwo…

Puszkariow:
Ile coś takiego kosztuje?

Łaktionow:
Zapłaciliśmy po 5 kafli (tysięcy rubli – przyp. redakcji). Znowu przekroczyliśmy granicę nielegalnie,  przez „bramkę północną”. Stamtąd wzięliśmy taryfę, kosztowała 8,5 tys. rubli, dojechaliśmy do Saratowa. Tam mieszka siostra mojego kolegi. Wsadzili mnie do pociągu, bez dokumentów, to nie jest takie proste. Tutaj w Jekaterynburgu wyszli po mnie na dworzec.

Puszkariow:
Jak zareagowała twoja rodzina? Na twój wyjazd na Ukrainę?

Łaktionow:
Mama nie wie nic. Myśli, że jeździłem do roboty na Północ. Z żoną rozstałem się. Spędziłem tam ledwie miesiąc, zadzwoniłem do niej, a ona mówi, że jest już z innym. Powiedziałem jej spadaj. Wystarczy.

Puszkariow:
Podobno znowu się tam wybierasz?

Łaktionow:
Oczywiście.

Puszkariow:
Dlaczego?

Łaktionow:
Zostało tam sporo moich chłopaków, wielu poległo, trzeba ich pomścić. Po trzecie – ginie wielu cywilów. W telewizji mówią teraz, że codziennie ginie ich tam dwóch albo trzech. Tak naprawdę od 50 do 200. I tak codziennie.

Puszkariow:
A zawieszenie broni?

Łaktionow:
Kiedy zdobywaliśmy trzydziesty drugi, właśnie obowiązywało zawieszenie broni.

Puszkariow:
Kiedy pojedziesz?

Łaktionow:
15 grudnia. Albo od razu po Nowym Roku. Trzeba załatwić dokumenty.

Puszkariow:
Od nas ludzie wciąż tam jadą?

Łaktionow:
Ostatnia zmiana pojechała 29 listopada. Wyjeżdżają co dwa tygodnie.

Puszkariow:
Byłeś tam, widziałeś wszystko na własne oczy. Jak myślisz, po co to wszystko – tam krew i śmierć, tutaj sankcje i powrót „zimnej wojny”? Jest w tym jakikolwiek sens?

Kijów to wielki sklep

Łaktionow:
A co ja mogę myśleć? Wszystko to polityka. Jaki w ogóle sens może mieć wojna? Tylko taki, żeby ktoś mógł zarobić więcej pieniędzy.

Puszkariow:
Ale ty poszedłeś tam dla idei?

Łaktionow:
Poszedłem ze względu na ludność  cywilną. Miałem patrzeć, jak zarabiają pieniądze kosztem ludzi, brutalnie ich zabijają, gwałcą dzieci? Nie rozumiem takiej wojny.

Puszkariow:
Z takiego punktu widzenia, jak powinien był zachować się Putin? Wprowadzić tam rosyjskie wojsko i zapobiec rzezi?

Łaktionow:
Nie ma do tego prawa.

Puszkariow:
Zajęcie Krymu też było bezprawne, ale weszli i obyło się bez wojny.



W końcu grudnia, albo zaraz po Nowym Roku Jewgienij wybiera się na wschód Ukrainy ponownie.
Chce pomściźć poległych kolegów. 


Łaktionow:
Trzeba odciąć Kijów od wszystkich surowców, gazociągów, całkowicie go zdławić. Już teraz zamarzłby i się poddał. A my zapominamy o jego długach za gaz i dajemy im wszystko.

Puszkariow:
Przecież Ukraińcy to bratni naród.

Łaktionow:
Jacy to niby bracia? Nie rozśmieszaj mnie.

Puszkariow:
Dlaczego tak mówisz?

Łaktionow:
Może ci w wieku 60-70 lat rzeczywiście chcą pokoju. Ale młodzi od 15 do 40 lat nie bardzo…

Puszkariow:
Wiesz o co im chodzi?

Łaktionow:
Dla nich Ukraina jest ich własnym państwem. Ale oni sami są bandytami, w ich oczach Rosjanie są nikim. A Kijów to niby co? Nie ma żadnych surowców, niczego, bez Donbasu od razu zdechnie. Wszystkie surowce i węgiel są z Donbasu. Kijów to tylko wielki sklep. A sklep bez towaru to po prostu budynek. Tylko Ameryka z tego korzysta.

Puszkariow:
Mówisz, że ukraińska młodzież ma inne zasady. Trafiali oni do was jako jeńcy?

Łaktionow:
Tak.

Puszkariow:
Jak się z nimi komunikowaliście, o czym rozmawialiście?

Łaktionow:
Nie rozmawialiśmy z nimi. Pytaliśmy tylko kto kim jest i skąd. Chłopakom odbywającym akurat służbę wojskową współczuliśmy. Trafił do nas dowódca „Ajdaru” (ochotniczy pododdział stworzony w maju 2014 z inicjatywy byłego komendanta „Samoobrony Majdanu” Serhija Melnyczuka przy wsparciu Igora Kołomojskiego – biznesmena i gubernatora obwodu dniepropietrowskiego; bojownicy batalionu oskarżani są przez stronę rosyjską o masowe przestępstwa przeciwko ludności cywilnej – przyp. red.), tego zarżnęliśmy od razu. Trafiali do nas i Murzyni, i Litwini. Jest tam masa najemników, żołnierzy zasadniczej służby jest zapewne jakieś 20%.

Puszkariow:
Ile płacą najemnikom?

Łaktionow:
Nie wiem. Według naszych danych za głowę bojownika z naszego pododdziału płacili po 150 tysięcy dolarów. Mieliśmy także miejscowego, używał pseudonimu „Małysz”, za niego dawali 500 tysięcy. Chociaż z tamtej strony byli też i Rosjanie.

Puszkariow:
Po tamtej stronie?

Łaktionow:
To jest właśnie najlepsze.

Puszkariow:
Natykaliście się na nich?

Łaktiomow:
Tak.

Puszkariow:
I co?

Łaktionow:
Od razu pod ścianę.

Puszkariow:
Może oni też walczyli dla idei?

Łaktionow:
Po tamtej stronie? Tylko dla pieniędzy.

Puszkariow:
A jak odnosiła się do was miejscowa ludność?

Łaktionow:
A jak miałaby się odnosić, jeśli bombardują ją „Gradami”, artylerią? Mówili nam: „Kiedy ich wreszcie pozabijacie?”.

Puszkariow:
Czyli popierają ochotników-separatystów?

Łaktiomow:
Jasne, że popierają. Po zajęciu wsi ukropy sprawdzały każdy dom. Brali, co chcieli. Telewizor, zobaczą konserwy – to zabierają konserwy, widzą młodą dziewczynę – to biorą dziewczynę.

Puszkariow:
Bojownicy-separatyści tak nie robią?

Łaktionow:
Nie. Widziałem, jak szabrownika komendant postawił pod ścianę.

Puszkariow:
Moi koledzy z portalu E1.ru kilka dni temu napisali o 36-letnim Michaile Łaptiewie, fotografie i programiście z Kamyszłowa. Walczyliście ramię w ramię, teraz jest ciężko ranny.

Łaktionow:
Siedział w okopie razem z poległymi „Preslim” i „Batią”. Tyle że na samym dnie. „Bucefał” wystrzelił, przebił betonową płytę i pocisk oderwał mu nogę. Chłopak teraz siedzi i po prostu się rozpił. Był normalnym facetem, 70 kilogramów wagi. A teraz, kiedy go odwiedziłem, podniosłem go jedną ręką, waży ze 30 kilo. Teraz wszystko zależy od jego silnej woli.

Chcę zobaczyć, jaki będzie odzew...

Puszkariow:
A jak zorganizowana jest pomoc medyczna w Ługańsku?

Łaktionow:
Na razie to tylko obiecanki.

Puszkariow:
Łaptiewa przecież uratowali.

Łaktionow:
Uratowali… Jednego chłopaka z Jekaterynburga też… w głowie zostały mu odłamki. Potrzebna jest operacja, nie ma na to pieniędzy. Kto ma to sfinansować, nie wiadomo. Ja też miałem ranę.

Puszkariow:
Jak do tego doszło?

Łaktionow:
Trwała bitwa, strzelali z „Gradów”. KPRF (Partia Komunistyczna – „mediawRosji”) obiecała odszkodowanie za rany. Nieważne. Kilku naszych chłopaków zginęło, nawet na pogrzeb nie dali pieniędzy.

Puszkariow:
Finansowanie powinno iść przez KPRF?

Łaktiomow:
Chzba tak…  KPRF przecież w tym uczestniczy, obiecali…. W Ługańsku mówili, że będzie po 2500 dolarów miesięcznie. I nic.

Puszkariow:
Ale ty przecież nie jechałeś dla pieniędzy.

Łaktionow:
Nie, ja dla idei.

Puszkariow:
Może pomoże jeszcze ktoś inny?

Łaktiomow:
Niby kto? Przecież byliśmy tam nielegalnie, nazywali nas terrorystami.

Puszkariow:
Tutaj was tak nie nazywają.

Łaktionow:
Dlatego udzielam tego wywiadu, chcę zobaczyć, jaki będzie odzew, jaka reakcja.  Może ktoś powie, że nie mam racji i zapyta, co ja tam w ogóle robiłem. Chociaż ogólnie, opinie tego rodzaju są mi obojętne. Chcę wszystko nagłośnić, żeby naród dowiedział się , co się tam naprawdę wyprawia. Na razie mówimy nie więcej, niż 20% prawdy. Dlaczego Putin sprzedaje im teraz i gaz, i towary, po co to wszystko daje ukropom? Byłoby lepiej, gdyby zamarzli i się poddali. Wtedy już dawno zwycięstwo byłoby nasze. Teraz w Donbasie nie ma ani światła, ani gazu, ani ogrzewania. Ludzie siedzą w okrążeniu, marzną, pozbawili ich nawet „pomocy humanitarnej”.  Do Doniecka nie da się już przedrzeć, nawet konwój humanitarny wpadł w okrążenie.


Tłum.: T.Cz.




Oryginał ukazał się na publikowanym w Jekaterynburgu portalu znak.com:



Inne artykuły na naszym blogu o ochotnikach z Rosji walczących 

na wschodzie Ukrainy:




O bojownikach walczących w oddziałach separatystycznych na wschodzie Ukrainy wiadomo niewiele, zwłaszcza o tych pochodzących z Rosji. Niezależne rosyjskie media podejmują spore wysiłki, by dotrzeć do ludzi gotowych do walki za Donbas i poznać ich motywację. Petersburski dziennikarz Anton Szyrokich zapisał monolog Siergieja, petersburskiego biznesmena wybierającego się na front. Materiał opublikował magazyn internetowy colta.ru


Z położonej po sąsiedzku z Alaską dalekowschodniej Czukotki do Donbasu jest blisko 10 tys. kilometrów. Denis Kłoss, chirurg z Anadyru, uznał jednak, iż może się donbaskim separatystom przydać, jako lekarz. Był uczestnikiem krwawych wydarzeń na lotnisku w Doniecku. Obserwował bierność miejscowej ludności. Był świadkiem chaosu organizacyjnego w szeregach separatystów. O swoich przeżyciach w Donbasie opowiedział dziennikarce Annie Bykowej.


Na Ukrainę pojechał z Uralu. Choć początkowo wierzył, iż bojownicy Majdanu walczą w słusznej sprawie, przejął się także losem Donbasu. Nikołaj Mokrousow spędził tam kilka tygodni. Pracował w sztabie Donieckiej Republiki Ludowej, kontaktował się z jej przywódcami. Jednak krytycznie obserwował otaczającą go rzeczywistość. Być może ta właśnie postawa zaprowadziła go do piwnicy w siedzibie donieckiego kontrwywiadu. Udało mu się szybko odzyskać wolność, był jednak świadkiem przerażających tortur, jakim poddano młodych Ukraińcow podejrzanych o związki z Prawym Sektorem.

Sensacyjna relacja Nikołaja Mokrousowa pozwala lepiej zrozumieć rzeczywistość Donieckiej Republiki Ludowej, bezsens i tragedię donbaskiego rozlewu krwi. Artykuł ukazał się na publikowanym w Jekaterynburgu portalu znak.com













Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com
















poniedziałek, 15 grudnia 2014

Telewizja „DOŻD’”: ten deszcz wciąż jeszcze pada.



Kilka lat temu, kiedy zakładała swoją wymarzoną stację telewizyjną Natalii Sindiejewej spodobala się nazwa „DOŻD’”. Po polsku deszcz. Jest w niej coś optymistycznego, woda oznacza życie. Dzięki świetnemu zespołowi dziennikarzy TV DOŻD’ zdobył serca widzów. Jest jedyną w Rosji stacją telewizyjną wolną od cenzury. Na antenie występują przedstawiciele opozycji, nie ma na niej miejsca dla kłamstwa o kryzysie ukraińskim.


 

Od wielu miesięcy stacja jest celem ataku inicjowanego przez władze. Po utracie ostatniego studia przeniosła się do prywatnego mieszkania w centrum Moskwy. Reporterka opozycyjnej „Nowej Gaziety” opowiada jak wygląda realizacja programu telewizyjnego z zaimprowizowanego studia i jakich cudów dokonywać muszą pracownicy, by nie przerwać nadawania.
 


Autor: Natalia Zotowa




 

Reżyserkę oddzielają od studia cienka ściana i szklane drzwi. 




Zapuszczona klatka schodowa, winda ze starych czasów radzieckich z wciśniętymi na zawsze przyciskami, na piętrze dziecięce wózki i rower. Sąsiedzi na razie nie orientują się, że do ich klatki schodowej wprowadziła się prawdziwa stacja telewizyjna. W korytarzu wszystkim odwiedzającym wydawane są ochraniacze na buty. Szeptem proszeni są, by przestawili telefony komórkowe na tryb bez sygnału. Przechodząc dokądkolwiek, należy zachować ciszę i spokój, z salonu prowadzona jest transmisja na żywo. Od czasu do czasu jednak, w korytarzu coś spada na podłogę, technicy wybiegając wtedy z reżyserki demonstrują pełen irytacji wyraz twarzy.

Podłogi do wymiany

- „Tutaj albo trzeba wymienić podłogi, albo w studiu założyć izolację” – mówi Iwan, operator dźwięku. Już wkrótce przywiozą ekrany akustyczne, to pozwoli nam wyeliminować efekt echa słyszalny przez widzów. Na razie, nasze zadanie polega na tym, by widzowie bez zakłóceń słyszeli choćby słowa prowadzących. Z dźwiękami dochodzącymi z zewnątrz niczego zrobić się nie da. Jakaś przebudowa w mieszkaniu nie jest możliwa, to nasza tymczasowa przystań, trzeba je będzie zwrócić właścicielowi w idealnym stanie.

„DOŻD’” nadaje z mieszkania już kolejny dzień. Trzeba było się tu wprowadzić w okolicznościach nadzwyczajnych, gdy stację zmuszono do wyprowadzenia się z redakcji magazynu „SNOB”. Innego miejsca w Moskwie, nękanej przez władze stacji telewizyjnej, znaleźć się nie udało. „Największy wyczyn – mówią pracownicy – mają na koncie nasi inżynierowie. Przez całą dobę nie wychodzili z mieszkania, montowali sprzęt konieczny do prowadzenia programów na żywo” Pracowali z niewiarygodną szybkością (ilość sprzętu trzeba było zmniejszyć o jedną trzecią, w mieszkaniu nie mieści się pełen komplet). A tak w ogóle mieszkanie wymagało sporej adaptacji. W przestronnej łazience urządzono pomieszczenie do makijażu, w kącie reżyserki stoi pianino, nadaje się jako podstawka dla drobnej aparatury.

- „Wszystko tu jest improwizacją. Tak się tego nie robi. Gdy się pojawia jakiś problem, rozwiązanie wymyślamy natychmiast sami.” – opowiada Iwan.


Na antenie Michail Kozyriew (z lewej): "Zaczynamy nasz   Telemieszkalnik". 




Nie wszyscy mieszkancy orientują się, że ich sąsiadem zostala prawdziwa stacja telewizyjna. 





Haczyki do bielizny

- Ściany w mieszkaniu były pomalowane na beżowo, taki kolor nie nadaje się do telewizji, zlewa się z kolorem twarzy.” – tłumaczy operator Wolodia. „Korzystamy z odpowiednich lamp, zamieniamy go w biały. Jasne światła na dzień przyklejamy do ściany taśmą klejącą. Po zakończeniu programu odklejamy je. Na ich miejsce instalujemy reflektory, niebieskie przesłony mocujemy na nich przy pomocy haczyków do bielizny. Taki niebieski odcień na ścianie jest nam potrzebny, daje w kadrze inna atmosferę, dzięki niej różne programy nie wyglądają tak samo. Rzecz jasna formaty poszczególnych programów uległy zmianom. W starym studio, w ogromnej hali na terenie dawnej fabryki „Krasnyj Oktiabr” wszystko można było przestawiać, przebudowywać, wystarczało na to dziesięć minut, ale z nim pożegnaliśmy się jeszcze jesienią. Teraz trudno nawet marzyć, byśmy mogli zbudować starą kuchnię jako dekorację dla programu „Dziadko X 3. Duże programy, projekty specjalne, na nie brak teraz możliwości.

- W czwartek chciałam zrobić „okrągły stół”. Ale tu nie ma nie tylko okrągłego stołu, przede wszystkim brakuje możliwości, by w kadrze zmieścić więcej, niż jednego człowieka.” – mówi prowadząca i zastępca redaktora naczelnego TV DOŻD’, Maria Makiejewa.

- „Okrągły stół. Cha, cha. Teraz zmieścimy tylko kwadratowe stoliki”. – żartują koledzy.

W starych warunkach stacja produkowała programy w sześciu formatach, teraz musi ograniczać się do dwóch. Ale Makiejewa nie płacze, oba wykorzystywane są na maksa.



W reżyserce do porozumiewania się często wystarczyć muszą gesty. Slowa mogłyby
być slyszalne na antenie. 




Korespondenci potrafią wszystko

- „W naszej stacji wszystkich korespondentów zatrudniamy jako producentów. Potrafią wyprodukować temat od początku do końca. Potrafią wszystko, opanowali całe instrumentarium, robią zdjęcia, montują. Tak było u nas od początku, a dziś to rozwiązanie okazało się szczególnie korzystne.”

Przydało się także doświadczenie nadawania programu poza siedzibą stacji. „DOŻD’” swego czasu skompletował studio wyjazdowe dysponujące niezbędna aparaturą. Potrzebne było na przykład podczas wielkich moskiewskich demonstracji, lub innych wydarzeń. Pracownicy „DOŻDia” maja więc doświadczenie pracy warunkach polowych. Teraz często nie kryją irytacji, jednak dają sobie radę. Reżyserkę oddzielają od studia cienka ściana i szklane drzwi, w niej nie da się mówić pełnym głosem, więc obecni w niej ludzie, by się porozumieć często machają rękami, starając zwrócić na coś uwagę.

Prowadzący swój program autorski, profesor Wyższej Szkoły Ekonomiki Siergiej Miedwiediew trafił do mieszkania-studia po raz pierwszy. „Mam wrażenie, jakbym dołączył do konspiracji, czuję się tu prawie jak w redakcji gazety „Iskra”  (gazeta partii bolszewickiej wydawana w podziemiu – „mediawRosji) – ironizuje. Brama wejściowa, kod, przed nią brakuje tylko agentów, miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie…”

-„ DOŻD’” to telewizja szczególnie efektywna. Jej baza jest maleńka, a oni wciąż nadają.” – ciągnie Miedwiediew. „Oni chcą pracować, produkują dobre programy, mają widza, pozostaje kwestia bazy technicznej. Mam nadzieję, że uda się ją rozwiązać.”



Kolejne wydanie programu informacyjnego prowadzi gwiazda stacji Timur Olewski,
znany przede wszystkim ze swych reportaży z Ukrainy. 




Pomieszczenie dla makijażu wygospodarowano w obszernej łazience. 



Przeprowadzka do nowego studia

Przeprowadzka do nowego, bardziej odpowiedniego, pomieszczenia może się odbyć w nieodległej przyszłości. Natalia Sindiejewa poinformowała o rozmowach prowadzonych z jego właścicielem. Rozpatrywane wcześniej warianty okazały się zbyt drogie. Obecnie głównym źródłem finansowania stacji jest reklama i opłaty abonamentowe wnoszone przez widzów. W ten sposób wykupują oni dostęp do programu. Ale już 1 stycznia zacznie obowiązywać ustawa zakazująca rozmieszczania opłaconej reklamy w programie płatnych stacji telewizyjnych. W chwili obecnej „DOŻD’” znajduje się w ofercie 300 operatorów kablowych, przede wszystkim mniejszych. Największe rosyjskie sieci kablowe wyłączyły sygnał „DOŻDia” podczas poprzedniej zimy, wtedy, gdy zaczął się atak wymierzony w niepokorna stację. Do dziś nie podłączyły go ponownie.

- „Ludzie, następnym razem, jak przyjdziecie bez kapci, będziecie chodzić na bosaka”. – z mieszkania po zakończeniu pracy wychodzi część pracowników, koledzy śmieją się z nich.

- Witajcie ! zaczynamy nasz program „Telemieszkalnik” –  na antenie startuje właśnie program Michaiła Kozyriewa.

W telewizji „DOŻD’” deszcz wciąż jeszcze nie przestał padać.



Tłum.: ZDZ




Artykuł ukazał się na portalu „Nowej Gaziety”: http://www.novayagazeta.ru/politics/66489.html





TV „DOŻD”’ na blogu „Media-wRosji”:


Jedyny w polskich mediach ekskluzywny wywiad udzielony redakcji bloga „Media-w-Rosji” przez Natalię Sindiejewą, założycielkę i dyrektor naczelną niezależnej stacji telewizyjnej „Dożd”.

Jeszcze w czwartek ostatnie przemówienie Władimira Putina na antenie telewizji „DOŻD’” komentowali najważniejsi rosyjscy dygnitarze, wicepremier Rogozin, szef wywiadu Fradkow, prokurator generalny Czajka. Ale już następnego dnia, jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość o tym, że jedyna w Rosji wolna od cenzury stacja telewizyjna została wyrzucona ze swego tymczasowego studia i że wyprowadzić się musi natychmiast. 

Natalia Sindiejewa, założycielka i dyrektor generalny telewizji „DOŻD’” na antenie radia „Echo Moskwy” opowiedziała w jaki sposób bezdomna stacja zamierza stawić czoła nowemu kryzysowi. Czy Kreml przystąpił do ostatecznej rozprawy z niepokorną telewizją?

Od poniedziałku „TV DOŻD’” będzie nadawać z mieszkania Natalii Sindiejewej. Z Natalią Sindiejewą rozmawia Ksenia Łarina.

Jedyna w Rosji niezależna stacja telewizyjna „TV Dożd’” nie poddaje się. Pozbawiona na polecenie Kremla dostępu do sieci kablowych i dochodów z reklamy zwróciła się do swoich widzów i przyjaciół z apelem o wsparcie. Aleksander Winokurow, współwłaściciel stacji, podaje na swym blogu interesujące dane na temat jej budżetu. 

Materiał wydawnictwa internetowego www.newsru.com

Materiał stacji telewizyjnej „Dożd’” (www.tvrain.ru)








Telewizję "Dożd'" ("Deszcz") można oglądać na stronie internetowej www.tvrain.ru






Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com