czwartek, 24 lipca 2014

Ze wschodem słońca zaczął się kolejny dzień wojny



Od trzech miesięcy Maria Turczenkowa fotografuje i opisuje dla niezależnych rosyjskich i międzynarodowych mediów wojnę na wschodzie Ukrainy. Już w kilka godzin po zestrzeleniu malezyjskiego Boeinga dotarła na miejsce jego upadku. Rozświetlając nocne ciemności słabym światełkiem telefonu komórkowego, zrozumiała, że stała się straszna tragedia. Płacząc, doczekała do świtu, by zobaczyć jej pełne rozmiary. Wstrząsająca relacja Marii Turczenkowej została opublikowana na portalu snob.ru


Autor: Maria Turczenkowa, snob.ru
 




Tu kończy się ostatni odcinek drogi oświetlonej samochodowymi reflektorami. Po obu jej stronach – czarne pole, przede mną całkowita ciemność. Z niej wynurzają się białe twarze, skulone cienie spieszą się, by z głuchego, gęstego mroku wyskoczyć ku światłu. Tutaj, na wąskiej ścieżce światła panują gwar i chaos, na niej zebrał się niewielki sztab ratowników, koledzy dziennikarze łączą się na żywo ze swoimi redakcjami, kierowcy półgłosem dzielą się ostatnimi plotkami, samochody podjeżdżają i odjeżdżają. Toczy się życie. Do tego miejsca starają się wrócić, ci wszyscy, którzy byli już tam i w ciemności widzieli wszystko.







Tam gdzie kończy się granica światła, zamykam oczy i powoli idę wzdłuż pobocza drogi. W moim kierunku dobiega szelest szybkich kroków. Czyjeś wymawiane trzęsącym się głosem: „Boże, Mój Boże” pozostaje wraz ze mną w mroku. Ktoś jeszcze powrócił z pola ku światłu.

Dzień nie różnił się od innych, był taki jak te ostatnie 3 miesiące spędzone w Donbasie. Co dzień reportaże z pola walk – gdzieś znów zaczynają strzelać. Dzisiaj pracowałam w Ługańsku, tam strzelano w rejonie lotniska. Kiedy strzelanina choć trochę ucichła – od razu pojechałam do szpitala, a tam kłótnia z uzbrojoną ochroną Ługańskiej Republiki Ludowej, po to by się zgodzili na rozmowę z rannymi. Przepuścili.

W ługańskim szpitalu


Pokaleczeni ludzie, wiele przeżyli pod obstrzałem. Delikatnie wydostają spod poduszek kawałki pocisków; lekarze wyciągnęli je z ich rąk i nóg. Fotografuję, oddaję z powrotem. Katia, Ania, Żenia, Igor, jeszcze wczoraj zupełnie się nie znali. Telefonistka, sprzedawca, manager w dziale sprzedaży, górnik, dziś już są jedną zaprzyjaźnioną rodziną. Połączyło ich wspólne doświadczenie. Dodano ich do zaktualizowanej statystyki, teraz określani są jako ranni. Wszyscy pod poduszką trzymają kawałek swojego pocisku. Różnią się pod jednym względem, odłamek trafił Anię w nogę, na ranę nałożono szwy, ona przechowuje go w chusteczce do nosa. Odłamek Igora jest duży jak pół dłoni, trafił go w nogę, konieczna była amputacja. Teraz przechowuje go w plastikowej reklamówce.

W mieście Snieżnoje widziałem podobne odłamki. To było przedwczoraj, 15 lipca. Podczas nalotu bombowego na to niewielkie miasteczko, pocisk spadł na dom mieszkalny. Cała klatka schodowa zamieniła się w ruinę. Zginęło 11 osób. Aż do tego dnia w Snieżnoje panował spokój, tu nie toczyły się walki i ludzie żyli w miarę normalnie. Bombardowanie przeprowadzono znienacka, mieszkańcy poczuli szok. Przez cały dzień, zmieniając jeden drugiego, prowadzili akcję ratunkową. W mniejszym stopniu uczestniczyły w niej kobiety, większość z nich pochowała się w piwnicach. Strona ukraińska nie przyznała się do nalotu, wydano oficjalne oświadczenie, iż tego dnia samoloty nie wykonywały lotów bojowych. Kijów oskarżył o bombardowanie samolot, który nadleciał przez granicę, ze strony Rosji, to odległość zaledwie 35 kilometrów. Następnego dnia separatyści Donieckiej Republiki Ludowej strącili dwa samoloty szturmowe SU-25 należące do sił powietrznych Ukrainy. Była to z ich strony „zemsta za śmierć cywilnych mieszkańców”.

Znów zagrzmiało, w Ługańsku wznowiono wymianę ognia. Zbliżyła się piąta po południu i postanowiłam, że pojadę z powrotem do Doniecka. Ranni pacjenci zaczęli się spierać, o to czy strzelają Grady, czy haubice.

Po drodze do Doniecka trzeba przejechać wiele posterunków kontrolnych, dla zachowania bezpieczeństwa, lepiej wrócić do hotelu przed zapadnięciem ciemności. Rutynowa kontrola dokumentów, na każdym posterunku typowa wymiana zdań: „Piszcie prawdę, nie kręćcie”. „Tak, tak, po to przyjechaliśmy”. Jedziemy po pustej szosie, przywykłam do tego, stacje benzynowe po drodze są pozamykane. I nawet, kiedy zauważyłam na widnokręgu dym, wydał mi się on zwyczajną, niewyróżniającą się  plamą na miejscowym pejzażu. Od czasu, kiedy podjęta została Operacja Antyterrorystyczna strąconych zostało 14 helikopterów i samolotów wojskowych. Dziennikarze regularnie wyruszali na poszukiwanie miejsc, gdzie je zestrzeliwano. Szukaliśmy ich na polach i bagnach, często bez skutku. Aż do momentu, gdy na leżący na ziemi wrak natykali się miejscowi mieszkańcy, wtedy informacje błyskawicznie rozlatywały się po całym rejonie.

Mój kierowca jednak nie ukrywa niechęci, nie pojedziemy w kierunku dymu, pędzimy po trasie, a ja patrzę nań ze smutkiem, wyobrażam sobie, ze piloci zdążyli się katapultować, teraz biegną po polach, by wyrwać się z terytorium kontrolowanego przez separatystów i uniknąć niewoli.

Telefon od kolegi dziennikarza


Zmierzcha, kiedy dojeżdżamy do Doniecka. Odbieram telefon. Dzwoni kolega. Wyrzuca z siebie informację. „Samolot pasażerski, leciał z Amsterdamu do Kuala-Lumpur, zestrzelono go, spadł gdzieś w odległości 25 km od Snieżnego, w pobliżu miasta Torez. Na pokładzie znajdowało się 300 pasażerów. W programach informacyjnych mówią tylko o tym. Wszyscy są wstrząśnięci.” Przed oczami widzę horyzont z jasno-szarym dymem i biegnącymi pilotami…






Stoję w ciemności…  Jest spokojnie i cicho. Wsłuchuję się w szum pszenicy. Ten przytłumiony szelest brzmi, jak szept setek głosów zbłąkanych w niekończącym się czarnym polu. Niczego nie widać. Latarka telefonu komórkowego daje słabiutkie światełko, ono nie wystarczy, by zobaczyć cały obraz, po kolei wyświetlają się tylko jego małe fragmenty, w przerwach można odetchnąć, uspokoić się, odreagować, to co dało się zobaczyć.

Od tych pól obsadzonych słonecznikami i pszenicą w dzień aż bije piękno. Teraz są wypalone i wypełnione śmiercią. Wysoka trawa uwięziła wszystkich, którzy spadli z nieba, ukryła ich w sobie, schowała przed ludzkim wzrokiem. Leżeli w niej, choć nie powinni tu być, stali się przypadkowymi ofiarami bezmyślnej wojny palącej życie i losy ludzkie, tak jak płonące paliwo lotnicze wypaliło te pola. Idę ostrożnie i cicho. Wydaje mi się, iż choćby jeden gwałtowny ruch wystarczy, by zburzyć ten spokój i sen. Jeden, dwa, trzy, cztery, dwanaście, dwadzieścia… Jaśniejsze plamy błyskają w czarnej trawie. Ludzkie życia spadły tu z wysokości 10 000 metrów z niewiarygodną szybkością. Nadzieje i plany żywe jeszcze dzisiaj rano, wbiły się w ziemię i rozleciały na kawałki. Teraz leżą wszędzie po obu stronach drogi.

Płacz w ciemności


Wydaje mi się, ze jestem małym punkcikiem na mapie terytorium obserwowanego z satelity. Jestem samotnym punktem przemieszczającym się przez pola zarośnięte przez przerwane ludzkie życia. Opadają mi ręce, nie mogę już więcej robić zdjęć, nie mogę powstrzymać łez. Stoję i łkam w głuchej otaczającej mnie ciszy.

Wracam na drogę. Obok mnie prześlizgują się sylwetki ludzkie. Poznaję kolegów idących w moim kierunku. Milcząc, obejmujemy się w ciemności i rozchodzimy się. Być może dla dziennikarzy to rzadka możliwość zobaczyć miejsce tragedii z tak bliskiej odległości, Wszyscy teraz jesteśmy świadkami. Jesteśmy wstrząśnięci. Ale teraz trzeba ludziom przekazać prawdę bez emocji.

Samolot spadł siedem godzin temu. Tutaj, na miejscu zdarzenia mało kto mówi, iż właśnie wydarzyła się wielka tragedia, mówią o niej wszędzie na świecie. Całe terytorium pozostaje nie ogrodzone. Nie ma chaosu charakterystycznego dla miejsc, gdzie zdarzyły się wielkie katastrofy. Nie ma reflektorów, setek ratowników, helikopterów, tłumu dziennikarzy, kordonu funkcjonariuszy policji. Jesteśmy na terenie toczącej się wojny. Po obu stronach drogi pospiesznie zorganizowano dwa zaimprowizowane posterunki separatystów Donieckiej Republiki Ludowej. Jeszcze kilku uzbrojonych ludzi z czerwono-niebieskimi naszywkami w kolorach flagi nieuznawanej przez nikogo Noworosji dyżuruje  na miejscu, gdzie spadla największa część zniszczonego w powietrzu samolotu. Dziesiątka funkcjonariuszy Służby do Spraw Sytuacji Nadzwyczajnych walczy z pożarem. Światła samochodu straży pożarnej są jedynym źródłem światła na tym pozbawionym kresu polu.

Około pierwszej w nocy zapada spokój. Pożar został ugaszony. Powstańcy-separatyści ułożyli się do snu na poboczu drogi, w trawie. Ja i trzech kolegów dziennikarzy podejmujemy decyzję, zostajemy na miejscu do rana, poczekamy aż wstanie dzień, by można było zobaczyć pełen obraz miejsca tragedii.

Zaczyna wiać wiatr. Przynosi ze sobą słodkawy, drażniący zapach. Czuję go w gardle, przenika ubranie. Tu w Donbasie ten zapach spotykałam często, nie budzi już we mnie wstrętu. Staram się nie oddychać, w myślach pospieszam wskazówki zegarka. Jestem punkcikiem, utkwiłam pośrodku pozbawionych życia czarnych pól. Pospieszam czas, pragnę by Ziemia kręciła się szybciej.

Do świtu – cala wieczność.

Wreszcie słońce oświetliło prawdę, choć wciąż jeszcze nie mogliśmy w nią uwierzyć.

Boeing Malezyjskich Linii Lotniczych lecący z Amsterdamu do Kuala Lumpur zabrał na pokład 298 osób. Ich życie skończyło się tu, na wschodzie Ukrainy. Samolot zestrzelono i rozpadł się w powietrzu.

Na tym terenie wojna trwa już od trzech miesięcy. Całe niebo skąpane jest w nienawiści. Media podgrzewają emocje i strach w interesach politycznej linii tej i tamtej strony. Wszystko tu utraciło sens, nie da się w niczym odnaleźć logiki.






Nocą, tam w ciemności, kiedy przechodziłam od jednej ofiary do drugiej, tak ostrożnie, jakbym chodziła po polu minowym, wydawało mi się, iż ta tragedia wraz ze wschodem słońca zmieni wszystko. I że już rankiem, obie strony wstrzymają ogień. I że śmierć trzystu niewinnych ludzi wstrząśnie ludźmi tak bardzo, by można było natychmiast skończyć tę bezmyślną wojnę. I wreszcie skończą się kłamstwa i podgrzewanie nienawiści.

W piątek, kiedy górnicy i ratownicy zajęci byli poszukiwaniem ciał poległych, rozrzuconych na polach w promieniu 15 kilometrów, za horyzontem słychać było strzelaninę, wybuchały pociski i granaty. Nic się nie zmieniło.

Wraz ze wschodem słońca zaczął się kolejny dzień wojny.



Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciolowski



Oryginał ukazał się na portalu snob.ru





*Maria Turczenkowa, fotoreporterka, dziennikarka. Wspólpracuje z prasą rosyjską i międzynarodową. 










Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






poniedziałek, 21 lipca 2014

Do Słowiańska w geście odkupienia za rosyjskie winy



Po raz pierwszy Wiktora Iwlewa, moskiewska fotoreporterka i dziennikarka  pojechała do zajętego przez separatystów Słowiańska, by dopomóc w ewakuacji mieszkańców. Jej misję sfinansowali przyjaciele z Facebooka. Jej kolejna wyprawa do tego miasta, po odbiciu go przez armię ukraińską także nosiła humanitarny charakter. Wiktora i jej przyjaciele, chcą pomóc, by do Słowiańska wróciło normalne życie. To ich gest pokajania za rosyjskie grzechy i winy wobec ukraińskich braci.
 



Z Wiktorią Iwlewą na antenie Radia „Swoboda” rozmawiał Dmitrij Wolczek





Wyjazdy Wiktorii Iwlewej do Słowiańska wspierają jej przyjaciele z Facebooka. 






Dmitrij Wołczek:
Jak się udał Pani wyjazd z misją humanitarną do Słowiańska?

Wiktoria Iwlewa:
Mam powody do zadowolenia, przynajmniej z osobistego punktu widzenia. Słowiańsk już wcześniej stal się częścią mojego życia, pozostanie w mej pamięci na zawsze. Wspólnie z mieszkańcami miasta przeżyłam bardzo dużo, to zostawiło ślady w mojej psychice. Ale równocześnie znalazłam tam potwierdzenie jakichś swoich wyobrażeń o życiu, była to dla mnie wielka szkoła. Chcę też powiedzieć, że mój wyjazd nie byłby możliwy, bez nie znanych mi osobiście przyjaciół z Facebooka, uwierzyli mi, zareagowali na moje wezwanie, informacje o tym, że wybieram się do Słowiańska, po to, by uroczyście to formułując,  wykonać gest odkupienia za nasze rosyjskie winy. Pojechałam tam z wielkim uczuciem wstydu  i winy za swój własny kraj. Ludzie uwierzyli we mnie, do tej pory przekazują pieniądze. Wszystkim chcę gorąco podziękować.

Wołczek:
Ludzie czerpiący informacje z rosyjskich programów telewizyjnych są przekonani, iż Słowiańsk został całkowicie zniszczony. Za zniszczenia odpowiedzialna jest armia ukraińska. Czy tak jest w rzeczywistości?


Na pomoc ludziom w Slowiańsku



Iwlewa:
Nie. Z formalnego punktu widzenia, można powiedzieć, iż operacja wojskowa zakończyła się powodzeniem, także dlatego, że zniszczenia oraz ilość ofiar były minimalne. Jeśli popatrzymy na to, co się zdarzyło z perspektywy jednej rodziny, która straciła kogoś z bliskich, wtedy odczujemy przerażenie. W ostatnich dniach prowadzony był ostrzał dzielnicy Artiom, mieszkałam właśnie tam. W jednym z długich pięciopiętrowych domów ładunek artyleryjski zniszczył jedną klatkę schodową, zburzono wszystkie piętra, od góry do parteru. Przed wejściem, na ławce siedziały trzy staruszki, nie zdążyły się schować.

Jednak w ślad za pomyślnie przeprowadzonymi działaniami wojskowymi, nie uruchomiono w odpowiedniej skali, działań o charakterze humanitarnym. Dlaczego tak się stało, nie wiem. Ukraina jest ciepłym, delikatnym krajem, odczuwam to jeszcze wyraźniej po każdej podróży. Wszystko, co się tam działo, było straszne. W Czeczenii (z Donbasu jest tam bardzo daleko) nikt nikomu nie współczuł, wszyscy ratowali się na własną rękę, w najlepszym wypadku można było liczyć na pomoc jakichś niewielkich organizacji i misji humanitarnych. Czemu to się powtórzyło w Słowiańsku, w stosunku do jego mieszkańców, nie rozumiem. Ci z pieniędzmi, silniejsi, z większą wyobraźnią zdążyli wyjechać, uciec z miasta. Pozostali na miejscu najbardziej potrzebujący pomocy, ludzie w starszym wieku, rodziny wielodzietne, ich pozostawiono własnemu losowi, nie wypłacano im żadnych zapomóg, nie dostarczano jedzenia, nikogo z miasta nie ewakuowano. Muszę wspomnieć o jednym wyjątku, grupie mieszkańców skupionej wokół protestanckiego pastora Piotra Anatoliewicza Dudnika. Udało im się wywieźć z miasta ponad 3,5 tys. mieszkańców, przewożono ich do Swiatłogorska, tam już nie strzelano. 

Ja wywiozłam ze Słowiańska 45 osób. To niewielka liczba, nie mam się czym chwalić. Zastanawiam się jednak nad czymś innym, jeśli nam, zwykłym ludziom udało się wywieźć aż tylu, to z pewnością struktury państwowe dysponowały większymi możliwościami udzielenia pomocy. To jasne, że do miasta nie mogły wejść jednostki Służby ds. Sytuacji Nadzwyczajnych. Ludzie Donieckiej Republiki Ludowej, by ich nie wpuścili. Ale można było organizować wolontariuszy, oni mieliby większe możliwości, to trzeba było zrobić, takiej inicjatywy jednak nie podjęto. To bardzo przykre.

Wołczek:
Mer Słowiańska, Nelli Sztepa została zatrzymana przez separatystów, podczas okupacji miasta była ich „uprzywilejowanym” jeńcem, teraz aresztowano ją pod zarzutem współpracy z nimi. Kto teraz zarządza miastem?

Iwlewa:
Każdego dnia w zarządzie miasta odbywają się zebrania. Niedawno byłam na jednym z nich, prowadził je jeden z wicegubernatorów obwodu Donieckiego. Powstał sztab, teraz tam podejmowane są decyzje. Ja jednak, tego tak bardzo nie śledzę. Kto przetrwał w Słowiańsku najgorsze chwile, nie ma ochoty na bicie piany, dla tych ludzi ważniejsze jest pragnienie życia, jego odbudowy, pragną tego ze wszystkich sił, dla nich nie ma miejsca na pustą gadaninę.

Wołczek:
Jak mieszkańcy wspominają te chwile, gdy miastem rządził Striełkow i jego kompani?


Powrót do wieku kamiennego



Iwlewa:
Starają się o tym nie mówić. Można jednak często usłyszeć od ludzi, iż nie chcieliby nigdy więcej przeżyć czegoś podobnego. W ostatnich dniach ludziom było wszystko jedno, kto będzie rządził, chcieli tylko, by to się skończyło. 1 lipca siedziałam w sklepie, u znajomych, tam działał Internet, kończyłam wpis na Facebook, pozostało mi tylko wcisnać komendę „zapisz” i nagle, rozdał się niewiarygodny huk. 




                      Reportaż filmowy Wiktorii Iwlewej ilustruje dramat mieszkańcow Słowiańska


Zagrzmiał wybuch. Zgasło światło. Tak w Słowiańsku skończyło się światło, miasto pogrążyło się w ciemnoścach, wróciliśmy do wieku kamiennego. Moim ulubionym przedmiotem w życiu codziennym okazała się świeczka, wszystkie inne straciły wartość, komputer, i-pad, aparat fotograficzny, do niczego nie nadawał się telefon komórkowy, bo nie dochodził sygnał. Na szczęście w pobliżu domu znajdowała się pompa, wszyscy chodzili do niej po wodę. Pompę napędzał agregat, potem udało się podłączyć do niego jakieś przewody, staliśmy potem godzinami w kolejce ładując telefony i komputery. Wielkie dzięki takim ludziom- złotym rączkom przetrwaliśmy.

Wołczek:
A teraz? Czy w mieście jest niebezpiecznie? Wciąż trwa wymiana ognia?

Iwlewa:
Pod pewnym względem różniłam się od mieszkańców Słowiańska, w życiu przeżywałam wiele niebezpiecznych momentów. Ich miasto jest częścią cichej, idyllicznej, odległej ukraińskiej prowincji. Na ulicach posadzono ogromną ilość kwiatów, pod oknami rosną rozłożyste drzewa. Wystarczyło wyciągnąć rękę, by z drzewa zerwać morelę. Zapewne moja odporność na wszelkiego rodzaju horrory była większa, niż mieszkańców. Gdzieś tam jeszcze strzelają. Dziś rozległ się jakiś niewytłumaczalny gruchot. Po mieście krążą dziwne plotki. Ale jest o wiele ciszej. 5 lipca przeżyliśmy interesujące zdarzenie. Była szósta wieczór. Na około cisza, ciepło. Wokół mnie krążyły długie ludzkie cienie. I nagle zza rogu wyskakuje samochód, przybliża się do nas, jego silnik jest jakby niesłyszalny, orientujemy się szybko, to wojskowy łazik. Udekorowany jest flagą Ukrainy. Wszyscy zamarli. Auto podjechało, wysunęła się z niego głowa żołnierza: „Niech Wam Bóg pomoże”. Uśmiechnął się i pojechał dalej. Ludzie obudzili się z letargu, zrozumieliśmy, ze do miasta weszła armia ukraińska. Zaczęliśmy czekać, co będzie dalej. Muszę dodać, że jakaś pomoc humanitarna pojawiła się od razu. Wszystkiego było mało, ilości niewystarczające, ale już tego pierwszego wieczoru, ludzie z protestanckiego kościoła rozdawali świeży, gorący chleb. Do końca życia nie zapomnę, jak ludzie biegli za chlebem, jak go całowali. Co można powiedzieć o ludziach całujących chleb? Że życie im nieźle dało w kość.

Wołczek:
Do rejonów położonych po sąsiedzku też dostarczano pomoc humanitarną?

Iwlewa:
Niewiele mam do powiedzenia na ten temat.  Żyliśmy w próżni informacyjnej, tylko dwa dni temu włączono telewizję. Radio w mieście nie ma, nie działa żaden system rozprzestrzeniania informacji. W ciągu tych dni, nikt niczego nie wiedział. Na świecie mogła zacząć się i skończyć Trzecia Wojna Światowa, w Słowiańsku o tym byśmy i tak się nie dowiedzieli. Teraz można oglądać tylko centralny program telewizji ukraińskiej, nie ma lokalnej stacji, informującej o wydarzeniach mieście, gdzie co zostało otwarte, jaką linię trolejbusową udało się uruchomić, co jeszcze działa. Uruchomione zostały wszystkie linie transportu miejskiego, ale przerwy w ruchu są ogromne. Dowiadujemy się o tym z trudnościami, nikt o niczym nie informuje, to spory problem.

Wołczek:
Co jest najbardziej potrzebne mieszkańcom miasta?



Dzieci w Słowiańsku wiedzą już jak wygląda wojna i bombardowanie. 



Iwlewa:
Wciąż nie ma wody, chodzi się po nią do studni i pomp. Zaczęli wracać ludzie, całkiem sporo, wystarczyło, że ustała strzelanina, na ulicach pojawiły się samochody. Przedtem wszyscy siedzieli w domach, wypełzali na chwilę po wodę, zamienić z kimś dwa słowai z powrotem do ukrycia. Życie się trochę unormowało. Po wodę przychodzi więcej ludzi. Pewna kobieta spytała: „ a czy ta woda nadaje się do picia?” Dla tych, co przeżyli najgorsze, to było dziwne pytanie, wtedy pilibyśmy nawet wodę z brudnej kałuży. Nikt wtedy nie pytał, czy woda nadaje się dopicia. Teraz ci, którzy wrócili przyjeżdżają po wodę samochodami z wielką ilością naczyń, pojemników, tworzą się wielkie kolejki. Z wodą na prawdę są spore problemy, poprzerywało rury, w ziemi wciąż tkwią miny, jest wciąż dużo roboty dla saperów. Wznowiło pracę kilka aptek. Jak tylko włączono światło, otworzyły się sklepy, zaczęto wypłacać emerytury, ale ludzie muszą stać w kolejkach. Ale wszystko ruszyło do przodu, to czuje się od razu.

Wołczek:
Mówiła Pani, że ludzie nie chcą wracać do czasów Striełkowa. Po czyjej jednak opowiadają się stronie? Dalej tak wielką popularnością cieszy się Putin?


Putin w oczach mieszkańców Słowiańska



Iwlewa:
 Mam wrażenie, że wielką rolę odegrała relacjonowana w Rosji historia rzekomo ukrzyżowanego dziecka. Ludziom odpadły szczęki ze zdumienia. Ta brednia otrzeźwiła wielu. Ale oczywiście wciąż wielu ludzi wychwala Putina i traktuje go z podziwem. Nie brakuje zwolenników idei Donieckiej Republiki Ludowej, ich zdaniem to jest sposób na zbudowanie demokratycznego państwa. Odwiedzałam w domu starszych ludzi, przekazywałam im pomoc humanitarną, opowiadali, że dostają paczki od DRL, są za nie wdzięczni, tylko DRL jest w zdanie zbudować nowe, szczęśliwe życie. Mamy tu wiele różnych poglądów i opinii. Niektórzy zachowują się jak kameleon, rozumieją, że wróciła ukraińska armia. Więc będą deklarować poparcie dla Ukrainy, ale tak dla pozoru. Jednak przede wszystkim ludzie są wyczerpani, poharatani przez strach, przez niekończące chowanie się w piwnicach. Wyciągałam ludzi z piwnic. Jeden z nich, sparaliżowany chłopak, kilka dni przemieszkał z ojcem w piwnicy, wywiozłam ich. Więc to zrozumiałe, że wielu jest tam wszystko jedno, poprą kogokolwiek, byle tylko nie wracać do piwnic. Całe miasto to jedna wielka rana psychiczna. Najbardziej potrzeba chyba psychologów i clownów, trefnisiów, zdolnych rozśmieszyć małe dzieci.


Doktor, po prostu jest zmęczony



Wołczek:
Zdarzało się, że nie dowierzano Pani? Była Pani ofiarą sytuacji konfliktowych?

Iwlewa:
Gdy wywoziłam ludzi, przejeżdżałam posterunki i blokady armii ukraińskiej oraz separatystów, na tych ostatnich często dyżurowali moi rodacy (spotkałam 3 mieszkańców Moskwy na blokadach ochranianych przez DRL). Może to dziwne, ale nigdzie nie potkały mnie nieprzyjemności. Traktowano mnie odpowiednio. Ludzie na blokadach DRL zmieniali się, na ukraińskich dyżurowali ci sami żołnierze, po kilku dniach zaczynali mnie poznawać, tak czy inaczej, zawsze dokładnie sprawdzali dokumenty. Rozmawialiśmy na różne tematy.

Raz zdarzyła mi się sytuacja konfliktowa z człowiekiem, który rozwoził chleb, jego zdaniem ja także ponosiłam odpowiedzialność za politykę Putina i zaczął mnie krytykować. Nieźle się wściekłam. Najbardziej zdumiewająca historia przydarzyła mi się na Izbie Porodowej. Tam nie tylko wypadły szyby z okien, co uniemożliwiło jej funkcjonowanie, tam ukradziono także aparaturę wartości kilkuset tysięcy griwien. Komu była potrzebna ta aparatura, nieważne, to już inne pytanie. Poszłam do nich, przedstawiam się, ja z fundacji, moglibyśmy wam pomóc z wyposażeniem. Powiedzcie, co wam jest potrzebne? Ale jeden z lekarzy, składał przecież kiedyś przysięgę Hipokratesa, warknął, niech pani stąd odjedzie, już nam pomogliście, więcej nam od was niczego nie trzeba! Próbowałam zatrzymać go na podwórku, ale o mało nie przejechał mnie swoim samochodem. Potem wyszedł z auta i polecił ochroniarzowi, by mnie aresztowano. Ochroniarz otworzył ze zdziwienia oczy, nie rozumiał niczego. Odezwałam się wtedy, proszę się nie denerwować, „doktór po prostu jest zmęczony”. On też stał się ofiarą syndromu post traumatycznego. Bardzo się tym przejęłam, to oczywiście nie w porządku, kiedy w sercu lekarza górę bierze złość nad klątwą Hipokratesa. 



W pozbawionym elektryczności i wody bieżącej Słowiańsku chleb oznaczał życie. 


A ze strony zwykłych ludzi, woziłam im chleb, ewakuowałam ich z miasta, nigdy nie spotkało mnie nic nieprzyjemnego, wszyscy chcieliśmy przeżyć, to było o wiele ważniejsze. Przyszłam do nich z wyciągniętą ręką, by im pomóc w trudnej chwili, oni reagowali z wdzięcznością i ja im za nią też jestem wdzięczna. Obawiałam się, że w jakiś sposób naciskam na ludzi, zbierajcie się, wyjeżdżajcie, tu jest strasznie, niebezpiecznie. Ale już spotkałam dwie rodziny, które wróciły, bardzo mi dziękowali, że ich wywiozłam.  Cieszę się, że ich zobaczyłam, dzięki nim mam potwierdzenie, ze postępowałam prawidłowo. Dobrze, że uwolnili się na jakiś czas od słowiańskiego koszmaru.

Wołczek:
Dopiero co była pani w Charkowie. Tam dowiedziała się pani, że został zestrzelony malezyjski Boeing. Z jaką reakcją się Pani zetknęła na wschodzie Ukrainy.

Iwlewa:
Była tam z przyjaciółmi, na otwarciu wystawy „UPA: Hände hoch”. To zabawna ekspozycja artystów z grupy SZIPO – Włada Krasnoszczioka, Siergieja Lebiedinskiego, Wadima Trikoza. Wystawa skłania do refleksji, iż odpowiednia propaganda może sprowokować społeczeństwo do wojny kończącej się śmiercią. Wszyscy obecni opowiadali się za zjednoczoną Ukrainy, więc nie trudno sobie wyobrazić jak zareagowano na zestrzelenie samolotu. Rosja budzi tylko gniew. Rosnący gniew. Wciąż mówiono o rosyjskim okrucieństwie. Z drugiej strony, w tamtej chwili, nie wiadomo było kto jest odpowiedzialny, winny. Wydawało mi się, że wpadamy do czarnej dziury, ze jesteśmy ofiarami czarnego nieszczęścia.




Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciolowski



Oryginał opublikowany na stronie internetowej Radio Swoboda:





*Wiktoria Iwlewa (ur.1956), moskiewska fotoreporterka i dziennikarka. Jej fotografie ukazywały się na łamach prasy rosyjskiej i światowej. W latach 90tych fotografowała wszystkie konflikty zbrojne na terenie byłego ZSRR. Jest laureatką wielu znaczących nagród rosyjskich i międzynarodowych. 








Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com











Putin: nigdy nie zachowywał się inaczej


Warto zaglądać na blog niezależnego dziennikarza Arkadija Babczenko. Pisze wprost, prawdę, nawet gdy bywa szczególnie bolesna. Po katastrofie malezyjskiego Boeinga, Babczenko przestrzega przed iluzjami i nadmiernym optymizmem. By przewidywać co zrobi Putin, trzeba znać jego polityczną biografię. Zawsze zachowywał się tak samo: nie ustępował i potrafił wyczekiwać.



Autor: Arkadij Babczenko



W Doniecku toczą sie dziś intensywne walki. Mieszkańcy miasta w obawie przed kulami chronią się w piwnicach i schronach. 











Chciałbym oczywiście się mylić i także nabrać przekonania, iż ofiara pasażerów Boeinga da impuls do zakończenia tej wojny, że już niebawem wszystko się skończy.

Ale przez piętnaście lat u władzy Putin ani razu nie przyznał się do popełnienia błędu. Nawet, wówczas, gdy było to oczywiste.

Przez cały czas, przez 15 lat Putin nie zrobił ani jednego kroku wstecz. Nawet wówczas, gdy ze strategicznego punktu widzenia – a nawet – taktycznego cofnięcie się mogłoby przynieść więcej korzyści, niż ostateczna przegrana.

Przez piętnaście lat, mając do wyboru różne warianty, zawsze wybierał  najgłupszy.

No i jeszcze – a) ten człowiek potrafi przeciwników wziąć na przeczekanie, b)ilość trupów i ofiar nie ma dla niego znaczenia. Tych już poniesionych, jak i tych w czasie przyszłym.

Dochodzą do mnie opinie, iż po katastrofie Boeinga, Rosja nie ma wyboru, będzie musiała się cofnąć i poddać się. Moim są one wyrazem nieuzasadnionego optymizmu.


Nie kijem, go to pałką



Logika rozwoju wydarzeń, tych których byliśmy świadkami, na przestrzeni ostatnich 15 lat, podpowiada, iż Putin tylko zwiększy nacisk. Nie kijem go, to palką. Nie tutaj, to w innym miejscu. Jeśli nie teraz, to trochę później. Inaczej on nie potrafi. I tak nawiasem mówiąc, dostawy uzbrojenia, oraz uzupełnienia w ludziach dla oddziałów separatystów nie ustaną.


W każdym razie, do tej pory, Putin nigdy inaczej nie zachowywał się i nie postępował



Tekst jest kolejnym wpisem na blogu Arkadija Babczenko. 
Oryginał można znaleźć pod adresem: http://www.echomsk.spb.ru/blogs/babchenko/22360.php



* Arkadij Babczenko (ur.1977), rosyjski dziennikarz i prozaik. Autor tłumaczonej na wiele języków, wydanej także w Polsce książki „Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii”. Laureat licznych nagród rosyjskich i międzynarodowych.








Arkadij Babczenko na blogu „media-w-Rosji”:


Wydaliście wojnę Ukraińcom, nie dziwcie się, że was zabijają – pisze na swoim blogu znany autor antywojennych publikacji w rosyjskiej prasie, Arkadij Babczenko.



Jego ojciec budował rakiety kosmiczne. Cioteczny brat zginął w Afganistanie. Dziadek był czołgistą, mama pracowała w wytwórni jodoformu. Sam Arkadij Babczenko, nim został dziennikarzem, wstąpił na ochotnika do wojska, brał udział w kampanii czeczeńskiej. Jego rodzina i on sam służyli Rosji jak mogli najlepiej. Dlatego trudno mu się pogodzić z tym, iż w odwet za jego obecność na Majdanie, w Rosji nazywa się go teraz banderowcem, piątą kolumną i zdrajcą narodu.






Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






piątek, 18 lipca 2014

Rosja przestaje być częścią cywilizowanego świata



Oficjalna rosyjska propaganda na zestrzelenie malezyjskiego samolotu zareagowała jak pies Pawłowa. Winą obarcza Ukrainę. Wymyśla nieprawdopodobne scenariusze. Jednak w niepodporządkowanych Kremlowi mediach pojawiło się wiele emocjonalnych głosów wolnych od akcentów propagandowych. Rosja przestaje być częścią cywilizowanego świata – na łamach portalu colta.ru ostrzega socjolog i publicysta Konstantin Siemionow. Za śmierć ludzi na niebie nad Ukrainą winni odpowiedzieć, ci którzy rozpętali wojnę i aktywnie ją wspierają.
 



Autor: Konstantin Kisieliow
 




Nawojowaliśmy się. Zestrzelono cywilny samolot pasażerki. Zginęły setki ludzi. Żadna z ofiar, w żaden sposób nie uczestniczyła w tej wojnie. Nie dotyczyła ona nikogo z pasażerów Boeinga. Być może w ogóle nie wiedzieli, że na Ukrainie toczy się wojna, że na świecie istnieją miasta Donieck i Ługańsk. Z pewnością nikt z nich pojęcia nie miał o istnieniu takich miejscowości jak Thorez, Snieżnoje i Grabowo. Wczoraj o ukraińskiej wojnie dowiedzieli się wszyscy. Wojna przyszła do Australii, Malezji, Holandii.




Fragmenty malezyjskiego samolotu zostały rozrzucone w promieniu 15 kilometrów
w pobliżu miasta Snieżnyj. 





Zginęły dzieci.

Chce się krzyczeć. Powiedzieć coś ostrego, emocjonalnego, zakląć… Budzą się uczucia złości, goryczy. Spróbuję jednak racjonalnie.

Wersje


Możliwościami, by zestrzelić samolot malezyjski dysponowali separatyści Girkina-Striełkowa, Rosjanie i Ukraińcy. Wszystkie usprawiedliwienia, w rodzaju „to nie my, nie mamy takiego uzbrojenia” są podważane przez samych usprawiedliwiających się. Wystarczy tylko przypomnieć sobie oświadczenia, jakie składali kilka dni temu. Wtedy okaże się, że separatyści mieli do dyspozycji wyrzutnie zdolne do zestrzelenia celu na wysokości 10 kilometrów. A z resztą i tak dobrze wiadomo, samoloty zestrzeliwali tylko separatyści. Chwalili się sami, opowiadała o tym rosyjska propaganda.

Z punktu widzenia strony ukraińskiej stosowanie Śródków obrony przeciwlotniczej nie miało sensu. Ukraina sama posługiwała się lotnictwem. Tak więc prawdopodobieństwo, iż odpowiedzialność ponosi strona ukraińska jest nikczemnie mała.

O tym, że zrobili to rosyjscy wojskowi, wolę nawet nie myśleć. Tak, czy inaczej fakty zostaną ustalone. Nie uda się ich ukryć. Pozwalają na to możliwości techniczne. Nie dziś, to jutro przeprowadzone zostanie śledztwo. Obiektywne śledztwo. I co więcej, jeśli którakolwiek ze stron zdobędzie dowody potwierdzające, lub kwestionujące winę cudzą, lub swoją, zostaną one ujawnione natychmiast.

Nie ma żadnych dowodów potwierdzających winę Ukrainy. Absolutnie żadnych. Pojawiły się pierwsze oświadczenia. Zebrano pierwsze fakty. Równocześnie mamy do czynienia z plotkami i podejrzeniami. Do pracy ruszyli propagandyści, pojawiły się absurdalne oskarżenia o polowanie na rosyjski samolot prezydencki. Nie trudno było nie zauważyć próby usprawiedliwiania się, przygotowywania odpowiedniego gruntu dla usprawiedliwień. Wszystko to na razie potwierdza tylko prawdopodobieństwo, iż winę za to, co się stało ponoszą separatyści Girkina-Striełkowa, Biesa-Bezlera, lub któregoś jeszcze komendanta polowego. Miejscowi, lub nasłani. Wyszkoleni, lub nie. Ideowcy, lub walczący za pieniądze.

W końcu wina zostanie udowodniona. Prawdopodobieństwo, iż winni są separatyści jest ogromne. W konsekwencji, część odpowiedzialności spadnie na tego, kto ich wspierał. Poparcia udzielały rosyjskie władze, stając się tym samym współodpowiedzialnym za tragedię.

Konsekwencje


Po tej tragedii, w symbolicznym sensie, z punktu widzenia Zachodu Rosja przestaje być częścią cywilizowanego świata. Jest jej coraz bliżej do Kadafiego i al-Megrahi. Nic tu nie da się zrobić. Nawet przy założeniu, iż niczego nie uda się udowodnić i tak winą obarczany będzie Władimir Putin i władze rosyjskie. Niesłusznie? Czy strona rosyjska nie wspierała separatystów i ich formacji zbrojnych ideologicznie i materialnie? Czyż władze rosyjskie nie ponoszą odpowiedzialności, za tych wszystkich którzy zginęli i wczoraj i wcześniej?

W rzeczywistości strącenie samolotu pasażerskiego daje uzasadnione podstawy do wysunięcia oskarżenia o terroryzm. I o wspieranie terroryzmu, co może pociągnąć za sobą wielorakie   konsekwencje.

Po pierwsze, cokolwiek by się nie stało i ktokolwiek nie byłby winny, zmniejsza się  znacznie możliwość bezpośredniej rosyjskiej interwencji. Teraz mamy do czynienia nie tylko z konfliktem lokalnym Rosji i Ukrainy. Teraz w tej historii uczestniczy już cała społeczność międzynarodowa, nie aprobująca działań podejmowanych jednostronnie. Czy ktoś jednak wie, czym kierują się dyktatorzy? Ich decyzje często są spontaniczne, nie dyktuje ich rozum i z pewnością nie poczucie moralności.

Po drugie, rośnie prawdopodobieństwo nałożenia na Rosję sankcji europejskich. Jeśli uda się udowodnić winę separatystów, to Europa będzie musiała podjąć takie działania. Sankcje amerykańskie zostaną wzmocnione. Bardzo prawdopodobne, że odezwą się także inne kraje.

Po trzecie, już dziś z powodu sankcji rosyjska gospodarka boryka się z trudnościami, teraz będzie już po prostu źle.

Po czwarte, a może czeka nas próba narzucenia pokoju przy pomocy ONZ? Lub operacja sił lądowych NATO? Prawdopodobieństwo nie jest duże, ale już dziś straszy się nią obywateli Rosji. Z pewnością jednak zostanie zwiększona pomoc udzielana Ukrainie, w tym także wojskowa.

Po piąte, szanse na to, że władze rosyjskie przyznają swoją wina i poproszą o wybaczenie nie jest wielka. To oznacza kontynuację kursu izolacjonistycznego, obliczonego na konfrontację. Będziemy świadkami jeszcze większych konfliktów wewnątrz elity, coraz trudniej będzie znaleźć kompromis.

Trzeba być gotowym, iż będzie tylko gorzej. W gospodarce, polityce, kulturze i propagandzie.

Kto na tym skorzysta?


Zwolennicy biało-czarnego obrazu rzeczywistości, poszukując usprawiedliwienia dla swych działań, zadają tradycyjne dla konspirologii pytanie, a kto w tym wypadku mógł odnieść korzyści? Ich niekiedy całkowicie nieuzasadnione odpowiedzi również utrzymane są w czarno-białej stylistyce. Spadła na ziemię rakieta wynosząca na orbitę…. Kto na tym skorzystał? Spisek. Spada kurs rubla…. Z korzyścią dla kogo? Spisek. Spadł deszcz… Ktoś musiał na tym skorzystać…. Znowu można mówić o spisku.

Do poszukiwania możliwych beneficjentów przy pomocy mediów zachęcono społeczeństwo. Wcześniej określono kierunek poszukiwań. W rezultacie otrzymaliśmy tradycyjną odpowiedź, dawno już się do niej przyzwyczailiśmy: na świecie dzieje się wiele zła, dla nas to nie jest korzystne. Korzyść odnoszą oni. Lub na odwrót.

„Oni” to, jak się okazuje, Amerykanie, banderowcy, faszyści, masoni, geje, piąta kolumna, Morganowie/Rockefellerowie i podobni do nich magnaci-oligarchowie…  Winnych za wszystko beneficjentów można znaleźć i szuka się wszędzie. Można wymyśleć dowolną konstrukcję, co tylko przyjdzie do chorej głowy. Wystarczą chęć i odpowiedni bodziec.

Poszukiwanie korzyści w taki sposób, to droga do nikąd. Ślepy zaułek. Od razu przypomina się brzytwa Hanlona: nie warto tłumaczyć złymi intencjami, lub spiskiem, tego co wynikło z głupoty. Dodajmy, także to, co  zdarzyło się przypadkowo, pod wpływem okoliczności.

Na koniec, pomyślcie tylko o tak sformułowanym pytaniu: kto mógłby skorzystać na strąceniu samolotu pasażerskiego? Robi się mdło, na samą myśl o ciekawskich, nikczemnych konspirologach.

W sytuacji tragicznej, gdy tak wielu ludzi straciło życie, poszukiwanie tych, co mogli na tym skorzystać często wynika z próby usprawiedliwienia się, przerzucenia odpowiedzialności na innych. A jeszcze częściej bywa świadectwem nędzy moralnej.

Eksces wykonawcy


W prawie karnym istnieje pojęcie „ekscesu bezpośredniego wykonawcy”. Wykonawca sam będący współuczestnikiem przestępstwa, może przekroczyć granice zaplanowanych działań, popełniając czyn jeszcze straszniejszy, lub zasadniczo odmienny.

Nie wydaje mi się, by celem tych, którzy wystrzelili rakietę był istotnie samolot pasażerski. Ten nieszczęsny malezyjski Boeing. Mam wrażenie, ze w tym wypadku mamy do czynienia z ekscesem ze strony wykonawcy.

Z punktu widzenia kodeksu karnego wykonawca przekraczający granice pierwotnego planu, ponosi osobistą odpowiedzialność, jego wspólnicy za jego „eksces” nie odpowiadają. Ale w tym wypadku nie chodzi tylko o formalne przestrzeganie prawa, ważniejsza jest kwestia moralności i sprawiedliwości, więc do odpowiedzialności należy pociągnąć wszystkich uczestniczących w przestępstwie. Właśnie dlatego wszyscy wspólnicy, ci którzy rozpętali wojnę i ci, którzy wspierają ją tak energicznie usprawiedliwiają wykonawcę (prędzej, czy później zostanie zidentyfikowany). I dlatego konfabulują, wymyślając swe niewiarygodne wersje oraz niszcząc możliwe poszlaki.

Obserwujcie, kto kłamie, kto się usprawiedliwia, kto ukrywa prawdę, kto fałszuje rzeczywistość przy pomocy propagandy. Wszystkich nas czeka wielkie zdziwienie. Także wykonawców, inspiratorów, organizatorów.

Dewaluacja


Przyzwyczajono nas do śmierci. Przywykliśmy do terroru. Stale towarzyszy nam wojna.  W swoim czasie, rzucenie pod czyimś adresem oskarżenia o faszyzm, zabójstwo, zdradę, torturowanie innych było czymś strasznym. Dzisiaj tego rodzaju zarzuty stały się częścią codzienności. Podobnie jest z ocenami działań w obronie praw człowieka. Trudno zliczyć wszystkich działaczy, bohaterów, „naszych”. To, co dawniej było czymś wielkim i wyjątkowym, bez względu na to, czy dobrym, czy złym, zszarzało, uległo dewaluacji. Dewaluacja dotknęła słów i zachowań.

Nudno ci, możesz poskakać po wraku. Połazić w szortach, między kawałkami rozbitego samolotu. Na pamiątkę sfotografować trupy. Zachwycić się pięknem spadania. Tam na wojnie, wszystko to można znaleźć.

Tutaj jest trochę inaczej. Swoich, lub obcych, jak na wojnie, nikt już nie liczy. Śmierć „obcych” budzi radość. Resztki wątpliwości ogarniają nas być może, gdy nieszczęście spotyka obywateli innych państw. Ale za chwilę znów zjawi się chęć usprawiedliwienia się, zrzucenia winy na innych. Natychmiast wysuwane są oskarżenia o zdradę. Proponujemy, zastrzel się. Bez cienia wątpliwości. Bez refleksji o pokucie.

Ból, wstyd, koszmar.




Artykuł ukazal się na portalu colta.ru:

http://www.colta.ru/articles/society/3947





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com




czwartek, 17 lipca 2014

Malezyjski samolot zestrzelił „Prawy Sektor”


Autorzy pierwszych komentarzy odpowiedzialnością za zestrzelenie malezyjskiego samolotu obarczają oddziały separatystów dowodzone przez Igora Striełkowa. To co się stało w niezależnych mediach odbierane jest jako konsekwencja militarystycznej polityki Kremla. W komentarzu opozycyjnego publicysty Jewgienija Lewkowicza odnaleźć można element „czarnego humoru”.



Autor Jewgienij Lewkowicz. Komentarz opublikowany na stronie w Facebooku.






Pierwsze zdjęcia z miejsca katastrofy ukazały sie ma stronie 

internetowej prokremlowskiej stacji telewizyjnej "Life News". 
Jak się wydaje korespondenta wysłano, by zrelacjnował zestrzelnie ukraińskiego 
samolotu transportowego, on trafił jednak na miejsce zupełnie 
innej tragedii. 







Nie wierzcie. Samolot zestrzelił „Prawy Sektor”. Zasponsorowała rakietę opozycja rosyjska. Samolot, nawiasem mowiąc, spadł na dzielnicę mieszkaniową. Zginęło 800 cywilnych mieszkańców. Wśród nich 600 dzieci. Tych co przeżyli, dobijano. Przekazujcie dalej, jak najszerzej.

PS. Nawiasem mówiąc, jak mi się wydaje, Europa poszumi, pohałasuje, ale potem to przełknie. Przecież w swoim czasie usłyszeli od Putina: „A ogrzewać się czym będziecie? Chrustem? Drewnem? Po chrust i drewno też trzeba pojechać na Syberię. Cała Europa się wtedy śmiała, prezydent Rosji ma takie poczucie humoru. 



PPS. Wyrazy współczucia dla ofiar i ich bliskich. Jakże głęboko oni mają nas …. Robią z nami, co chcą…






*Jewgienij Lewkowicz, młody dziennikarz moskiewski demokratycznej orientacji. 









Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com