wtorek, 26 sierpnia 2014

Oddajcie mi syna


Pogrzeby w Pskowie żołnierzy wojsk powietrzno-desantowych zaalarmowały niezależną rosyjską opinię publiczną. W jej oczach są najlepszym dowodem na przestępcze zaangażowanie w wojnie na Ukrainie rosyjskich sił zbrojnych. Pskowskie pogrzeby natychmiast skojarzono z traumą wojen w Afganistanie i Czeczenii. Dziennikarze niezależnych mediów nie szczędzą wysiłków, by dotrzeć do krewnych zaginionych, lub poległych żołnierzy. „Znak.com”, niezależny portal z uralskiego Jekaterynburga opublikował krótką rozmowę z mamą zaginionego w podejrzanych okolicznościach żołnierza pskowskiej dywizji powietrzno-desantowej.
 


Rozmawiała: Jekatierina Winokurowa






Ilja Maksimow, 20 lat, żołnierz pskowskiej dywizji powietrzbo-desantowej.
Zaginął, prawdopodobnie, podczas walk na Ukrainie. 



Mama komandosa z Dywizji Pskowskiej – o nieznanym losie syna.


Przez ostatnich kilka dni dziennikarze rosyjscy i obserwatorzy zastanawiają się nad losem komandosów pskowskich, zwłaszcza tych, którzy jak się wydaje, zapadli się pod ziemię na Ukrainie. Niektórzy mówią wprost o śmierci całej grupy komandosów, w sieci pojawiły się fotografie świeżych grobów w Pskowie. Z Ukrainy przychodzą wiadomości o wzięciu do niewoli rosyjskich żołnierzy sił desantowo-powietrznych. Oficjalnie Ministerstwo Obrony nie potwierdza, iż oddziały rosyjskie uczestniczą w operacji na Ukrainie. Nauczycielka z Saratowa Lubow Maksimowa jest matką Ilji MAksimowa, komandosa z dywizji pskowskiej. To jego dokumenty ukraińscy żołnierze znaleźli w przechwyconej rosyjskiej amfibii BMD-2. Lubow Maksimowa opowiedziała portalowi znak.com, w jakich okolicznościach kilka dni temu zniknął jej syn, nie pozostawiając po sobie śladu.

Jekatierina Winokurowa:
Proszę opowiedzieć o swoim synu.

Lubow Maksimowa:
Mój syn ma 20 lat. Jest wysoki, wysportowany, bardzo lubi skoki ze spadochronem. Do wojska poszedł w wieku 18 lat. Kiedy skończyła się jego służba zasadnicza, zrozumiał, że chciałby w przyszłości zostać zawodowym wojskowym, w tym zawodzie będzie miał jak wykorzystać swoją energię. Ilja przyjęto do elitarnego rodzaju wojsk powietrzno-desantowych, dlatego pojechał do Pskowa. Kontrakt podpisał w lutym 2014 roku. 9 maja brał udział w defiladzie na Placu Czerwonym. Był zadowolony ze służby. Telefonował do mnie stale i mówił o niej tylko dobrze. Chwalił dowódców, chwalił się, iż jest ceniony….

Winokurowa:
Kiedy urwała się wasza łączność?

Maksimowa:
Rozmawialiśmy przez telefon 15-go sierpnia, 16-go zadzwonił do siostry, 17-go przysłał esemeskę, że wszystko jest w porządku. I od tamtej chwili cisza… No i potem zobaczyłam fotografie jego dokumentów w Internecie.

Winokurowa:
To na pewno jego dokumenty, żadna fałszywka…?

Maksimowa:
To jego papiery. To było skierowanie do oddziału i prawo jazdy. To nie były fałszywe dokumenty.

Winokurowa:
Próbowała się pani skontaktować z jego kolegami, z dowódcą?

Maksimowa:
Nie znam jego kolegów z oddziału. Dzwoniłam do dowództwa, kilka dni temu rozmawiałam z zastępcą dowódcy do spraw politycznych. Odpowiedział, że chłopcy są na ćwiczeniach i że tam nie ma łączności. Zapytałam, jak długo będą trwać, odpowiedział, że 2-3 tygodnie.

Winokurowa:
Kiedy opublikowano dokumenty, nie próbowała pani skontaktować się ze stroną ukraińską?

Maksimowa:
Nie.

Winokurowa:
Czy w jakikolwiek sposób zareagowało Ministerstwo Obrony, kiedy poinformowała pani o zniknięciu syna?

Maksimowa:
Nie, na razie nie… Mam nadzieję, że się odezwą. Na razie zwróciłam się do Komitetu Matek Żołnierskich i do Wojenkomatu. Co jeszcze mogłabym zrobić?

Winokurowa:
Pani najlepiej zna swego syna. Istnieje prawdopodobieństwo, iż pojechał do Donbasu w charakterze ochotnika?

Maksimowa:
Wykluczone. Mój chłopak był niekonfliktowy, o takich mówi się, że nie skrzywdzą muchy. W szkole odpowiednio traktował rówieśników, młodszych kolegów, nauczycieli. Nie brał udziału w drakach, nie przejawiał agresji. Nie sądzę, że chciałby pojechać do Donbasu, lub jakiejkolwiek innej strefy konfliktu. Chyba, że dostałby rozkaz.

Winokurowa:
Co by chciała pani teraz powiedzieć władzom Rosji i Ukrainy?

Maksimowa:
Rosyjskim władzom powiedziałabym coś następującego: moi mili, dobrzy, dowódcy, pomóżcie znaleźć mojego syna, powiedzcie, co z nim się dzieje. A ukraińskim? Powiem tak: szanowna Ukraino, wybaczcie mojemu synowi, jeśli zrobił coś nie tak. Ale on jest wojskowym, z własnej woli niczego by wam nie zrobił. Wybaczcie mu, wybaczcie i mi, nigdy nie myśleliśmy źle o Ukraińcach. Jestem człowiekiem niezależnym i mogę powiedzieć, że Ukraina nie zrobiła nam niczego złego. Uczyłam syna tylko dobrego.

Oddajcie mi syna !



Tłum.: K.Wr.



Rozmowa ukazała się na portalu znak.com:

http://www.znak.com/moscow/articles/26-08-20-43/102832.html




Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






Legendarny rockman Makarewicz pisze list do Putina



Od kilku dni jeden z najbardziej zasłużonych i lubionych rosyjskich muzyków i piosenkarzy Andriej Makarewicz, lider legendarnej grupy „Maszyna Wriemieni” jest obiektem kampanii nienawiści organizowanej przez pro kremlowskie media.


 W filmie telewizji NTV Makarewicza nazwano „przyjacielem kijowskiej junty”, zarzucono mu także, iż nie interesujący się do tej pory polityką artysta, wystąpił z krytyką Kremla w związku z kryzysem ukraińskim,  gdyż władze odmówiły dalszego subsydiowania jego działalności artystycznej.
 

W parlamencie rozległy się głosy wzywające do pozbawienia Makarewicza nagród państwowych. Kampania przeciwko Makarewiczowi powiela stare radzieckie wzorce, przypominają się kampanie oszczerstw przeciw pisarzom, takim jak Borys Pasternak, czy Aleksander Sołżenicyn.


Zdesperowany Makarewicz napisał list do prezydenta Władimira Putina.
 




                                    Na występ Andrieja Makarewicza w wyzwolonym  przez armię 
                                    ukraińską Swiatogorosku pro kremlowskie media odpowiedziały 
                                    utrzymaną w starym, radzieckim duchu kampanią nienawiści. 




Prezydent Federacji Rosyjskiej
Władimir Władimirowicz Putin


Panie Prezydencie,


Trzeci tydzień z rzędu nie wysycha potok obelg i oszczerstw płynący pod moim adresem z łam gazet i ekranów telewizyjnych. Nazywają mnie „przyjacielem junty”, „sprzymierzeńcem faszystów”, „zdrajcą”, itd.

Przy tym jedynym „przestępstwem”, jakie popełniłem polega na tym, iż w ramach akcji charytatywnej, zaśpiewałem trzy piosenki w mieście Swiatogorsk, w obozie uciekinierów z Doniecka i Ługańska, a słuchaczami były dzieci uciekinierów. W związku z tym nie poczuwam się do żadnej winy. Wszystko to, co opowiadają w mediach na temat mojej podróży jest pozbawionym sumienia kłamstwem.

Grupa „Maszyna Wriemieni” istnieje 45  lat. Przez ten czas zdobyla miliony wielbicieli w Rosji i na świecie. I już na pewno nie  da się oskarżyć o brak miłości do Ojczyzny.

Pani Prezydencie, stanowczo proszę Pana o powstrzymanie tego zgiełku naruszającego moje dobre imię.


Na razie jeszcze Ludowy Artysta Rosji


Andriej Makarewicz




                                     
                                     "Poworot" to jeden z najbardziej popularnych utworów
                                     Makarewicza i Maszyny Wriemieni. 









Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com









sobota, 23 sierpnia 2014

Bombardują, to znaczy, że jest dziesiąta




W położonym po rosyjskiej stronie granicy miasteczku Donieck zorganizowano obóz dla uciekinierów z Ukrainy. Dziennikarze opozycyjnej „Nowej Gaziety” Nikita Girin i Anna Artemiewa spędzili w nim dwa dni, notując rozmowy ze spotkanymi tam ludźmi. Pozbawieni dachu nad głową mieszkańcy Donbasu opisują przebieg wydarzeń swoim językiem, żołnierze oddziałów separatystycznych to dla nich „powstańcy”, ukraińscy gwardziści to „naziołki”. A jednak z tych relacji bije rozpaczliwa prawda o ludzkim losie zniszczonym przez bomby i wojnę. Jak zawsze na wojnie najbardziej cierpią zwykli, prości, bezbronni ludzie.





Doniecki Punkt Tymczasowego Rozlokowania Uciekinierów z Ukrainy (PTR) funkcjonuje od maja. Po 13.05, gdy zginął jeden z miejscowych mieszkańców trafiony pociskiem wystrzelonym z terytorium Ukrainy, przeniesiono go dalej w głąb rosyjskiego terytorium. Ale wystrzały Gradów i haubic słychać tu dobrze, zwłaszcza każdego ranka. Synowie starają się wspierać przestraszone kobiety: ”Mamo nie denerwuj się, przecież tydzień przemieszkaliśmy w piwnicy.”






W obozie rozstawiono ponad 70 namiotów, to największy punkt tymczasowego rozlokowania na terytorium obwodu. Przewidziano, iż przyjmie ok. 1000 osób. Na początku sierpnia było ich ok. 3000, mężczyźni spali na dworze (w polu). Od maja przez ten punkt przewinęło się ponad 50 tys. osób. „nikt z nas nie spodziewał się takiej ilości ludzi” – mówią w administracji obozu. Jak mówi jego naczelnik Anatolij Stadnikow, podstawowym problemem jest organizacja zaopatrzenia. Zajmują się nią ludzie pracujący społecznie. Cały ciężar prac organizacyjnych spoczywa na miejscowej administracji, jednak ona nie daje sobie rady.

Uciekinierzy mają do dyspozycji 3 dni, by załatwić dokumenty, a także wybrać orientacyjne miejsce stałego zamieszkania. Obecnie wysyłani są na Ural i Daleki Wschód. Osiedlenie nieco bliżej proponuje się inwalidom. Autobusy do stacji „Lichaja” wyjeżdżają każdego dnia. Kto zapisał się i nie przyszedł zostaje wydalony z obozu. Tego rodzaju informacja podawana jest przez megafony na stacji, gdy ludzie wsiadają do pociągu.

Wyżywienie realizowane jest przy pomocy talonów. W szczególnych wypadkach talony mogą zostać przedłużone. Kasza z mięsem, ciasto z powidłami, maleńkie pudełko soku. Słodka herbata wydawana jest tylko dzieciom i ludziom w podeszłym wieku. Praca kucharzy jest bardzo ciężka, w ciągu roku pracują w miejscowych szkołach. „Wstajemy o czwartej, w pół do piątej jesteśmy na przystanku, do obozu docieramy o piątej”. – opowiada Olga. Ona sama przyjechała do Doniecka z Uralu 16 czerwca. Strzelanie zaczęło się 20go. „Wczoraj wyjechaliśmy stąd prawie o jedenastej wieczorem. Wydawaliśmy jedzenie do w pół do dziesiątej, stale przyjeżdżali nowi ludzie. A potem trzeba było pozmywać naczynia, do domu wróciłam po dwunastej w nocy. Pobudka znów o czwartej.”

Kabiny prysznicowe, umywalki, trzydzieści toalet, plastikowych i skleconych z desek, rozstawiono wzdłuż obozu. Woda do butelek nalewana jest z kranu. : ”Nigdy nie piliśmy takiej dobrej wody” – można usłyszeć od niektórych uciekinierów. „Mój pies takiej kaszy nie wziąłby do pyska” – skarżą się inni. Niektórzy są otwarci i chętnie opowiadają o tym, co ich spotkało. Inni są rozdrażnieni, zwłaszcza gdy stoją w kolejkach, do kuchni, do autobusu (do namiotów Komitetu Śledczego i Tymczasowej Cerkwi kolejek nie widzieliśmy. Jakiś ruch interesantów można było zaobserwować tylko w pobliżu namiotu Federalnej Służby Migracyjnej).

Zapisaliśmy te historie opowiedziane przez ludzi zmuszonych do porzucenia swoich domów z powodu wojny. Być może na zawsze.


Niech Putin nogi myje i siwuchę pije




Tamara i Lida ze wsi Nowoannowka są siostrami, obie już na emeryturze. Obie założyły na siebie pstrokate fartuchy. Widać, że lubią żartować, ale teraz do oczu napływają im łzy. Śpią obok siebie na rozkładanych łóżkach. Mówią miejscowym dialektem.



- Wsiadłyśmy do samochodu, a kierowca mówi: „Dziewczyny, do Samosonowki nie trajkoczcie”. Do naszego „blokpostu”. Potem w porządku, uf, można już trajkotać. Pędził tak, strasznie pędził… Droga była całkowicie pusta, żadnego ruchu… Wszystkie korytarze transportowe są zamknięte, ale powstańcy wiedzą, że wywożą uciekinierów, przepuszczają, wielkie im za to dzięki. Co zdążyłam wrzuciłam do torby. Na „blok poście” chłopaki dali nam 6 puszek z tuszonką i dwie ananasów, wszystkie zamknięte. Dostają swoje racje, podzielili się z nami.

W końcu dojechałyśmy, przeszłyśmy przez kontrolę celną. Powiedzieli nam, stańcie tam pod drzewem, na przystanku, tam chodzi autobus do obozu dla uchodźców. Podchodzimy, torby ciężkie, upał straszny, Tamara źle się czuje, coraz gorzej… Więc wsiadła do czyjegoś samochodu, stał na poboczu. A ja do niej mówię, Tamara, co się tak przysiadasz? Kto ci pozwolił leźć do cudzego auta? A ona tam siedzi, cała blada, wygląda jak trup… I zemdlała. Zdążyłyśmy ją podnieść, tam jakaś rodzina czekała na matkę z Suchodolska. Wielkie im dzięki, szybko wepchnęli jej do ust tabletkę, dali do popicia wody. I potem pomogli nam załadować torby, wsiąść do samochodu, przywieźli nas tutaj i nie wzięli nawet kopiejki. Potem kobieta z tej rodziny pobiegła do obozu, przyprowadziła pielęgniarkę, formalności załatwiłyśmy bez kolejki. Ludzie potrafią współczuć. Wszystkim im wielkie dzięki, nawet nie wiem, jak ta rodzina miała na nazwisko, samochód mieli czerwony….

- Wczoraj przyjechały dwie kobiety, jak się to nazywa? Z Ministerstwa Pracy. One powiadają, że na razie będą kierować tylko do Tuwy. A my jesteśmy na emeryturze, ja jestem młodsza, ale ona ma 65 lat. I miesiąc temu miała wylew. Dzięki Bogu, jakoś doszła do siebie, ale nie wolno jej przegrzewać się, ruszać gwałtownie, niczego jej nie wolno. Nie dojedziemy do Tuwy. Co mamy robić? Jesteśmy tu ostatnią dobę, już jutro przestaną nas karmić. Talon mamy do dziś, już na jutro nie. Nic strasznego, schudniemy troszkę… Nie mamy sił, żeby tam jechać, tutaj nie możemy zostać. Nie wiemy teraz co robić. Jesteśmy stare, nikt nas nie potrzebuje. Jesteśmy tylko ciężarem. Nasi bliscy też są emerytami, może gdybyśmy przyjechały do nich z pieniędzmi, ale tak, po co? Przyjedziemy, a tu nas trzeba karmić. A do ciężkiej pracy już się nie nadajemy.

Od 16 lipca mieszkałyśmy w piwnicy, a do tego nie było w niej światła. Linię przerwało, nasi chłopcy pojechali, poreperowali, i do wczoraj światło było. A potem znów bombardowanie, rano chłopcy tam jadą, znów naprawiają.

Do naszej wioski przychodzili powstańcy, także Czeczeńcy. Oni nie opowiadają, że są Czeczeńcami, ale to widać od razu. Porządne chłopaki, nie przeklinali, nie chamili. „Matko, trzeba wytrzymać, wytrzymać.”

Jeszcze tam u nas jest taki jeden, co opowiada się za Gwardią Narodową. Kiedy zaczęli ostrzeliwać Nowosietłowku, z odległości siedmiu kilometrów, wyszedł na dach szopy i zaczął krzyczeć: „nasi przyszli, nasi przyszli”. Z jaką radością. A tu z góry idzie ich czołg, czołg Gwardii Narodowej. I on krzyczy: „Czołgi idą. A wy –pokazuje na nas – szykujcie mydło i sznury”. U nas za Gwardię byli pojedynczy ludzie, przede wszystkim popierano powstańców. Na żadne wybory tak nie chodziliśmy, jak na referendum. Tyle wtedy było nadziei.

Zabiło u nas dwóch facetów. Wyszli z piwnicy na papierosa, kobieta zdążyła uciec do piwnicy, a oni dopalali niedopałki, papierosów brakuje, deficyt. I tam ich walnęło. Jeden nowoannowskij, drugi przyjechał z Ługańska do krewnych. Jednego rozerwało na miejscu, ten drugi jeszcze żył z pół godziny. To się stało na drugim końcu wsi, ale my ich znaliśmy, wieś, to wieś. Jeden, ten z Ługańska, kiedy był młody chodził za Lidą (wtedy właśnie Lida wykrzyknęła: „O tym trzeba opowiadać”). Jak miał 45 lat, poszedł na emeryturę, wyglądał jak staruszek, po piwnicy chodził w tę i we w tę. Nie był całkiem sprawny, miał po wylewie sparaliżowaną rękę. Jakie to straszne, straszne….

Mam córkę pod Charkowem, tam jest dwoje dzieci, od miesiąca nie mamy kontaktu, wszystko wyłączyli.

Tutaj wszystko zrobili w porządku. Trzy razy mięso, jest gdzie się umyć, wszędzie jest oświetlenie. Można zatelefonować. Na każdym słupie można naładować komórkę. Za to wszystko waszemu Putinowi należą się podziękowania. Powinniśmy mu nogi myć i siwuchę i pić.


Porwany paszport




Żenia przyjechał z Gorłowki. Ma 35 lat. Dotarł do obozu w poniedziałek 18 sierpnia. Ogłoszono już porę nocną, Żenia pali w ciszy, siedząc na pieńku drzewa przed namiotem. W środku śpią żona i troje dzieci. Najmłodsze ma 6 miesięcy. Rano pojadą do Władywostoku, siedem dni i nocy w pociągu. Tam Żenia chce „rozpocząć nowe życie, nie ma przecież nic do stracenia”.


- Dziś wywoziłem rodzinę. Raz naziołki nas zatrzymały, raz powstańcy. Rozdziela ich nie więcej niż tysiąc metrów, tak wojują. Rozmawiają ze sobą, proszą się nawzajem o papierosy. Naziołki porwały mój paszport. „Dokąd jedziesz? Chodźmy porozmawiamy.” Zgniótł, rzucił, 20 letni debil. Poczekałem, kiedy odejdzie, zebrałem te śmiecie do kupy, zakleiłem skoczem. Z takim poszarpanym paszportem przekroczyłem granicę.

W przejściu podziemnym cała rodzina przesiedziała 11 dni. Teściowa, pielęgniarka, pracuje w szpitalu nr 2, siedzi tam do tej pory.

Mieliśmy w Gorłowce wszystko. Miałem psa, ważył 100 kilo, proszę sobie wyobrazić ile kosztowało jego utrzymanie.

Najbardziej żal mi psa, śni mi się co dzień. Julia zwróciła mi uwagę, lepiej byś się przejął moją mamą.

Wyłączyłem światło na dworze, z lodówki wyjąłem wszystko, postawiłem w kuchni wiadro z wodą. Nikt nic nie zabierze. Jeśli tylko naziołki kogoś nie zastrzelą.

Bardzo współczuję powstańcom. Sam się chciałem do nich przyłączyć, dużo o tym myślałem. Spotkałem naszego dzielnicowego. On także uciekł, biedny. Pytam go, o to co się dzieje z naszym komisariatem rejonowym. A on mówi, nikogo nie ma, sami najemnicy, wszystkich ściągnięto z Rosji. Jeśli zobaczyłbym wśród nich swojego sąsiada, chociażby kogoś znajomego. A tam nikogo nie ma. Tam są tylko obcy ludzie.

Trudno mówić o sukcesie. Mamy tylko nogi i ręce. Moja mama ma 60 lat. Jeśli utkniemy tam, dokąd nas wysyłają, już nigdy jej nie zobaczę.


Gorłowka w sierpniu. Zdjęcie: Odnokłasniki.ru



Idzie wojna, po co rodzić?




Anna z Mołogwardiejska ma 23 lata (na zdjęciu z lewej, z siostrą). Jest w szóstym miesiącu ciąży. Ostatniego dnia w Krasnodonie zrobiła USG: chłopiec.


- Pierwszy raz wzięliśmy torby, zebraliśmy rzeczy, zeszliśmy do piwnicy, żeby poczekać, wróciliśmy do domu, powyciągaliśmy rzeczy z toreb, siedzimy. Po raz drugi pozbieraliśmy rzeczy, do piwnicy, potem znów wydawało się, że się uspokoiło, znów je powyciągaliśmy. A po raz trzeci, już walnęli naprawdę, bomba zniosła dach szpitala, w sklepie z okien powypadały szyby, poprzewracało drzewa…. Na około leżały odłamki, wielkie, po trzysta gram, sam jeden sfotografowałem trzymając go na dłoni. Jedna z naszych dziewczyn biegła z roboty do domu, tam szedł ogień z moździerzy. Po drodze upadła, głowę przykryła rękami, na szczęście cudem została żywa. Wszyscy opowiadali, jak należy padać. Odłamki latały powyżej 50 centymetrów. W szpitalu, kiedy zniosło dach, zginął mężczyzna, zabił go odłamek, uderzył go w brzuch. Pytają go, dlaczego siedzi i uśmiecha się, podchodzą, a on już nie żyje. Pracował jako kierowca pogotowia ratunkowego.

Nasz supermarket nazywa się „Na zdrowie”. Tam też spadł pocisk, zabił kobietę, gdy wysiadała z autobusu. A nasi bombardowali miasteczko, dlatego, iż u nas znajdował się sztab powstańców, rozłożyli się u mnie na podwórku. Ich komendanci chodzą na około, pilnują porządku. Nie ma z nich żadnego pożytku… Rozdali im automaty, machają nimi przed nosem, dlaczego machają? Szłam po lekarstwa dla córeczki, a on wrzeszczy, dokąd leziesz? I jeszcze szturcha mnie automatem. A córeczka płacze. Wcześniej wleciał do domu nietoperz. Wujek poszedł go przepędzić, a jego nie przepuszczają powstańcy. Zapomniał paszportu. Krzyczę do nich że poszedł po nietoperza, sufit wysoki, sami nie damy rady.

Wielki kurnik w Wierchniej Gierasimowce zniszczyli całkowicie. 120 tys. kurczaków rozbiegło się naokoło. Wszystkie teraz zdechły, walają się wszędzie.

Mówili mi, zrób aborcję. „Jest wojna. Po co będziesz rodzić?” Wciąż do nas nie dochodziło, nie wiedzieliśmy, że i tutaj przyjdzie. Kiedy zaczęło się w Ługańsku, w centrum stali powstańcy, a ja leżałam z Maszą w szpitalu. Zaczęli wtedy rozpalać ogniska, po to by dym zasłaniał ich przed samolotami. A w szpitalu dzieci chorują, nie mają czym oddychać. Koło izby porodowej latały kule. Opowiadali w Izwarino, dziewczyna w ciąży skakała do piwnicy z wysokości trzech metrów, tam nie było schodów. Urodziła o trzy tygodnie wcześniej. Jak tylko czuła, że zaczyna się znowu, znów skakała te trzy metry. A schodów nie ma. Potem ją wyciągali, za ręce, jak, nie mam pojęcia.

Na początku myślałam, dokąd ja z Maszą pojadę, przecież jest chora, nie ma jednego płuca. I w dodatku będę za trzy miesiące rodzić. Mąż wciąż pracuje, kto chce stracić 15 lat stażu. Nie będzie stażu, nie będzie emerytury. I komu tam jestem potrzebna? Nie chcieliśmy, rzecz jasna, jechać.

Tam jest kobieta, ani jej mąż, ani starszy syn nie mogli wyjechać.

Powstańcy nie wypuszczają. Mój mąż wydostał się inną drogą, nielegalnie. Mamy w wiosce faceta, wywozi nocami ludzi kutrem. Za dwadzieścia griwien, dla was to 50 rubli.

Mąż mówi, że kiedy wyjeżdżał nocą, od strony Rosji szły czołgi, Grady, masa techniki. Samochody z amunicją, było ich ze dwadzieścia, potem jeszcze dwadzieścia. Jeśli będzie trwała wojna, walki będą bardzo ciężkie.

Żal mi mężczyzn. W jakiej sprawie wojują? Jaki mają cel? Wyszliby na boisko, zagrali, a potem się rozjechali. A tak ludzie cierpią.

Wyjeżdżamy jutro do Irkucka. Wszyscy razem, sześć osób. Tutaj panuje upał nie do wytrzymania. Może więc lepiej tam, choćby na razie. Tam jest tylko plus 11. Na razie jedziemy na rok, ale planujemy, że zostaniemy na zawsze. Powiedziano nam, byśmy zbytnio nie zastanawiali się nad wyborem, bo za chwilę będą kierować wszystkich do Magadanu. Nie mam w ogóle obuwia na zimę, wzięłam tylko adidasy, przecież nie zamierzaliśmy tam jechać. Szukałam dla dzieciaka wiatrówki, ale w tym co przychodzi w ramach pomocy humanitarnej, trudno znaleźć coś odpowiedniego. Mówią, że wczoraj była nowa dostawa, ale nie niczego takiego nie dostarczono. Gdzie to wszystko się podziało? Tam są wyłącznie pantofle na obcasach. Niektórzy ludzie wyszarpują po 10 kurtek, po co im tyle?

Mąż dziewczyny powstańca




Dzieci w obozie czują się wrescie bezpiecznie. Zabawki mogą zrobić ze wszystkiego, patyka, pustej puszki, odłamka bomby. 



Sania przyjechał ze Stachanowa, na oko ma 30 lat. Stoi w kolejce, by wybrać sobie jeden z dostępnych kierunków. Zmierzcha, nie zdejmuje ciemnych okularów. Jeszcze o nic nie zapytałem, kiedy zaczął opowiadać.

- Moja żona wstąpiła do powstańczych szeregów. Jest w drugim miesiącu ciąży. Został mały synek, 3 i pół roku. Pierwszego dnia rozładowywała transport broni. Synek wracał z nią do domu. Słyszysz? mówię do niej, co ty wyprawiasz? Popracuję, odpowiada, potem bezpłatnie odwiozą mnie do Charkowa. Ja jej mówię, w Charkowie stacjonuje Gwardia Narodowa, jacy powstańcy tam się przedostaną, wetkali ci kit, pomyśl tylko. A teraz jest na pierwszej linii frontu. Jej mama płacze. Przyjaciółka opowiadała, razem tam polazły, iż postawiono je przed wyborem, spadajcie, albo idziecie na pierwszą linię. Przyjaciółka odmówiła, wypędzili ją, żona tam została. Dajcie, mówi, automat. Ma 25 lat, pomyśl tylko.

Więc poszedłem do ich komendanta. Wypuść, mówię, moją żonę, popatrz tu mały, w dodatku ona jest w ciąży. Na to on, że to był jej wybór. Wróci? Pytam. Jeśli nie zginie, wróci. Teraz ty dla małego jesteś mamusią.

Więc tak, mówię, sam go zabierz, wychowaj, jeśli nie chcesz jej wypuścić. W żaden sposób nie mogę ci pomóc, odpowiedział. I zamknął drzwi do swojego pokoju.

Przyjechałem z małym i teściową. Tam gdzie mieszkamy, w Stachanowie, gdzie jest wydział szósty, w hotelu robotniczym jednego z techników rozmieszczono uciekinierów. Dzieci, rodziny, ok. 400 osób. Karmili bezpłatnie. Wlazłem do autobusu. Dzieciaka wziąłem na ręce. Przychodzi powstaniec. Wyłaź. A dzieciaka, gdzie mam zostawić. Dalej, wyłaź, powtarza. Doszedłem do środka autobusu, odwróciłem się, nie będę nigdzie wyłazić. Wróciłem na swoje miejsce i usiadłem. I pojechaliśmy, nie wiemy, przejdziemy, czy nie. Wielu zostało. Kobiety siedzą, płaczą. Jedna z nich chce wrócić z powrotem. Dokąd pojedziesz? pytam. Oni zajęli miasto, wrócisz do siebie, a nie wiadomo ile to jeszcze będzie trwać.

Powstańcy pomagają, wywożą ludzi. Rozmawiałem z jednym z nich. Mówił, że nie mają dość uzbrojenia. Dają im po trzy magazynki. Walczymy, mówi, przede wszystkim, z tymi w czarnych mundurach, im płacą. Oni nie idą na walkę wręcz. Walą z Gradów, w walce wręcz my ich bijemy. Ściągamy ich trupy, mówi, zabieramy broń i dalej walczymy.

Ze Stachanowa wyjechała kupa ludzi. Chodzą tam jakieś podejrzane typy. Włamują się do mieszkań. Do teściowej ktoś przyszedł w nocy, o w pół do trzeciej, szarpnął za klamkę. Teściowa leży w łóżku, nie ma pojęcia kto to. Podeszła do drzwi, otwiera. Tam stoi facet, straszna morda, cały ubrany na czarno. Pyta go, co ty tu tak stoisz. Odwrócił się i cicho odszedł. Tam łażą maruderzy.

Ojciec został. Dzwoniłem do niego wczoraj. Zrobił zapasy jedzenia. Mają maszynkę do pieczenia chleba, zrobili zapas mąki, kupili sporo kaszy. Ale teraz wyłączyli światło. W tej maszynce chleba piec się nie da. Na szczęście jeszcze działa telefon.

Powstańcy wyłapali wszystkich: nie ma teraz ani narkomanów, ani pijaków. Chodzą po nocy, mamy godzinę policyjną od dziesiątej wieczór. Pewnego razu szedłem po wodę, nocą, z kanistrami. Dwóch wybiegło sprzed domu, jeszcze dwóch z tyłu. Stój, krzyczą, rzuć je. Chłopaki, tu nie ma żadnych materiałów wybuchowych. Stawiaj, powtarzają. Pokazałem im wszystko. W porzo, mówią, przepraszamy. Obok szedł żebrak z workiem, zbierał butelki. Dokąd cię niesie, krzyczą, wal do domu. Nie pójdę, odpowiada, zbieram butelki. Powaliło cię, co za butelki, wal do domu. A jak nie pójdziesz, to zabierzemy cię od razu do piwnicy, do oddziału szóstego,  tam siedzą wszyscy plotkarze, narkomani, alkoholicy. Mamy dla nich terapię przez pracę. Kopanie okopów, pomagają powstańcom rozciągać zasieki.

Dajcie im kielnie i cegiełki


Górnik Witalik z osady Krasnodon gotuje wodę w elektrycznym samowarze, ustawił go w pobliżu słupa z wielką Ilością elektrycznych gniazdek. Jak się okazuje Witalik jest pacyfistą.

- Przejechaliśmy przez Gukowo. Nigdzie nie przepuszczają. Mobilizacja. Dokąd jedziesz, pytają, kto będzie się bić? A ja na to, kto chciał już dołączył do powstania. Ja mam dzieci, mam dla kogo żyć.

Co to za wojna: walimy do siebie nawzajem z armat. Ani razu nie słyszałem serii z automatu. „Grady” srady. Mam dwoje dzieci. Na ch…. nam ta wojna. Nie ja ją zaczynałem.

Uciekamy, bo… Mieszkaliśmy na terenie fabryki agregatów samochodowych, tam powstańcy mieli bazę. Już dwa razy przeprowadzono w tym miejscu ataki bombowe. Do naszego domu – 150 metrów. Więc to jest tak, gdyby powstańcy myśleli o cywilnych mieszkańcach, nie lokowaliby się w ich pobliżu. Armia też wie bardzo dobrze, że tam mieszkają zwykli ludzi i mimo to wali bombami. Prosty wniosek, i ci i tamci mają prostych mieszkańców w nosie.

Tutaj nie mamy rodziny, cała została na Ukrainie. Ale tam nie chcę, wracać, na Ukrainie czeka nas mobilizacja.  Po co mam iść, w powstaniu uczestniczą moi przyjaciele. Droga na Ukrainę jest dla mnie zamknięta. Ale myślę, że to się musi kiedyś skończyć. W Czeczenii też była wojna. Popatrz tylko Grozny odbudowano, jaki jest teraz piękny. Więc może i tutaj zaczną coś robić dla ludzi? Lepiej tym co się biją dajcie kielnie, łopaty, cegły, niech zrobią coś dla ludzi. A oni tylko niszczą. Jeśli każdy wmuruje cegłę, to tak można wybudować całą fabrykę.

Oczywiście utrzymuję kontakty z przyjaciółmi powstańcami. Ich nastrój nie jest najlepszy. Po cichu ich duszą.



Witalik gotuje wodę, Andriej ze Stachanowa ładuje akumulator w elektrycznym wózku inwalidzkim.


Ojciec powstańca


- Przyszła od niego wiadomość: „Jesteśmy w kontakcie. Znajdę was”. Więc, jak możemy stąd wyjechać. Są tam prawie od samego początku. Jest taki batalion „Zarja”. Wcześniej istniał zespół piłkarski „Ługańsk”, a teraz zrobili z niego batalion. Nie da się patrzeć na to wszystko, nie da się rozmawiać. Nie widzieliśmy się już dwa miesiące. Czasem dzwoni. Teściowa też tam została, w ogóle nie wychodzi na dwór. Nie ma dokąd wyjechać, dziadek leży sparaliżowany od siedmiu lat, przecież nie może go rzucić.

Wierzę w to, że Rosji uda się jakoś z tego wykręcić. Ale Putin popełnił wielki błąd, jeden raz ustąpił, od razu wsiedli mu na głowę. Kiedy znajdowały się tu wojska rosyjskie naziołki się bały. Ale kiedy Ameryka szczeknęła, Putin wyprowadził wojska, a ci zwariowali. To był jego mały błąd. Moje państwo, gdzie chcę, tam wprowadzam wojska. W swoim pokoju idziesz dokąd chcesz, stawiasz krzesło, prawda? Nie trzeba było ich słuchać. Ale może nie mam racji, czort jeden wie.

Człowiek z karabinem przynosi ból.


Witalik ma 65 lat. Sąsiadom w namiocie pokazuje odłamki, zebrał je u siebie na podwórku. Do obozu dotarł razem z mamą, ona liczy sobie 88 lat.

Nie chciała jechać. „Zabiją nas, to zabiją”. Syn na siłę wepchnął ja do samochodu. Na rękach przyniósł. „Ja pójdę się bić”. Młodszy też tam. Powiedziałem im. „Tyle goryczy. Albo dla nas, albo dla naszych przeciwników. Zanim podejmiecie decyzję, o tym czy idziecie, czy nie, rodzice powinni wyrazić zgodę. Człowiek z karabinem to ból dla matki. I dla żon i dla sióstr.” Pomyśleli i powiedzieli: „Masz rację.” I ja być może, też bym dołączył do ich szeregów, ale coś mnie powstrzymuje.

Niedoszły powstaniec


Nawet jeśli brakuje wam spostrzegawczości, w obozie i w jego okolicach nie da się nie zauważyć powstańców. Jedni towarzyszą autobusom z uciekinierami. Inni w pobliżu obozu (poza jego terytorium) spędzają po kilka dni, śpią w zaparkowanych samochodach, Abo namiotach turystycznych. Pracownicy obozu, ci co pracują na stałe, wspierają powstańców. Ale z formalnego punktu widzenia ich pobyt jest nielegalny. Im nie wolno mieszkać w obozowych namiotach, nie dostają też na talonów na wyżywienie. Spotkaliśmy tylko jednego powstańca oficjalnie zamieszkałego w obozie. Już następnego dnia po rozmowie z nami wyprawiono go razem z innymi za Ural. Przypadkowo spotkał tu swoją rodzinę. Właściwie, to już ich prawie pochował, kiedy dowiedział się, że bliscy znaleźli się w okrążeniu pod Ługańskiem.

- Pożegnałem się z żoną, żeby dołączyć do powstania. Piłem przez trzy dni. Na trzeci dzień zadzwoniłem i powiedziałem, że jednak tam pójdę. Żona mnie odprowadziła.

U nas tak nie ma, żeby kogoś przymuszali. Wszyscy idą z dobrej woli. Nie jechałem się bić. Co ze mnie za żołnierz? Jechałem po prostu, by się bronić. Wyszło tak, że szybko zostałem ranny, dostałem pociskiem wystrzelonym przez wyrzutnię min. Znajdowałem się wtedy w komendzie uzupełnień w Ługańsku. Kolo nas spadły dwa pociski. Jednego z chłopaków z komendanckiej roty zabiło na śmierć. Mnie wyciągnięto odłamek z płuca. Zebrali do kupy potrzaskaną nogę. Przez półtora miesiąca jeździłem po szpitalach. Potem uciekłem tutaj.

Kim jest człowiek z  komendantury? To żandarm, policjant w mundurze na czas wojny. Odprowadzałem podejrzanych do komendantury, by wyjaśniono co z nimi i jak. Cywilni mieszkańcy przynosili nam papierosy, herbatę, kawę, jedzenie. Ludzie rozumieli, że ich bronimy. Że nie będziemy niczego robić przeciwko nim. Ale w końcu niektórzy zaczęli myśleć, że ta cala wojna toczy się przez nas. Ale przecież my nigdzie nie jeździliśmy, nie chcieliśmy nikogo podbijać.

Nie mieliśmy jakiegoś konkretnego regulaminu. Sami ustalaliśmy zasady i ich przestrzegaliśmy. Dyscyplina była niezbędna.

Jeśli ludzie dostają do ręki broń i nie przestrzegają żadnej dyscypliny, zamieniają się w barbarzyńców.

Trochę się podłamałem, kiedy Striełkow powiedział, iż do służby zgłosiło się 160 dziewczyny, a gdzie mężczyźni. Kiedy on powiedział: „Siedzicie przed komputerem i pijecie piwo, a my walczymy” to poczułem, ze dotknęło mnie to osobiście.

Namiot



W niektórych namiotach ludzie bez zahamowania dzielą się swoimi przeżyciami, płaczą, a potem dziękują, za to, że ktoś ich wysłuchał,  pomógł uspokoić duszę. Ze wszystkich stron słychać rozmowy, udawało się zapisywać tylko ich urywki. W jednym z namiotów panowała prawie domowa atmosfera, to dzięki kotu Kuzi i psu Skifowi.


W niektórych namiotach ludzie bez zahamowania dzielą się swoimi przeżyciami, płaczą, a potem dziękują, za to, że ktoś ich wysłuchał,  pomógł uspokoić duszę. Ze wszystkich stron słychać rozmowy, udawało się zapisywać tylko ich urywki. W jednym z namiotów panowała prawie domowa atmosfera, to dzięki kotu Kuzi i psu Skifowi.

- U nas w Dewalcewo wszystko było jak w zegarku. Bombardują, to znaczy że jest już dziesiąta. To na dobranoc. O w pół do szóstej rano, to na dzień dobry.

- Kobiety, kiedy słyszą jak huczy nocą, mówią: „O to haubice, wybuch będzie za 24 sekundy.”

- Moja przyjaciółka pojechała do Dniepropietrowska, tam mieszka jej ciocia. Nie może znaleźć pracy. Nie ma napisane na twarzy, że jest z Ługańska. Mówią, „tak,  mamy wolne miejsca pracy”. Wtedy zaczyna wypełniać ankietę, trzeba podać miejsce zameldowania. Odpowiadają jej: „starczy, wszystko, nie mamy żadnych wolnych miejsc”.

- W sąsiedniej klatce schodowej mieszka kobieta, dzieci przyjechały do niej z zachodniej Ukrainy: „Przyjechaliśmy ci na ratunek”. A od kogo? – pyta. No od Rosjan, przecież oni tu was… Co wy, dzieci, wszystko na odwrót, oni tu nas bronią! Krótko mówiąc pokłócili się na śmierć. Dzieci wyjechały, a ona została tu, w Krasnodonie.

- Jechałem do kopalni na rowerze. Po drodze stoją młodziaki z Gwardii Narodowej. Pacany, mówię, dajcie popić wody. „Masz, trzymaj” – odzywają się po swojemu, po ukraińsku. „Może ci dać mleka skondensowanego?” Dawaj, mówię. „Może ci dać makaronu?” . Jutro też, mówię będę tędy przejeżdżać.

Jadę następnego dnia, nieco wcześniej zaatakowali powstańcy, tam już stoją inni, starsi, po 45 lat. „Stój Moskaliku!” – mówią. Biorą ode mnie paszport, kiedyś miałem meldunek w Noworosyjsku. „A to ty jesteś prawdziwym Moskalem” – i wycelowali we mnie automat. Chłopaki, dajcie spokój mówię, każdego dnia tędy jadę do roboty na kopalnię. A oni mają spis, kto służył w powstaniu, kto pomagał. Wpadają na podwórko, wywożą, każą paść na kolana, rozstrzeliwują. Znałem dwóch.

- Tyle czasu tam spędziliśmy. Tak dużo płakałam, płakałam. Czy coś takiego można było pokazywać choćby w telewizji?

- Trzeba. Żeby znali prawdę. U nas w Suchodolsku było wesele. Celowniczy, najwyraźniej poinformował, gdzie widać zagęszczenie ludzi. Więc oni tu bach. Zabili 20 ludzi. Ponad 60 rannych. Wszędzie pełno krwi.

- Zbieraliśmy się w pośpiechu, nawet nie zdążyłam zabrać fotografii wnuków. Kotka wsadziłam do pudełka. Jechał cały zgięty. Potem wszyscy go tu namawiali. Kuzieńka, wyjdź z pudełka. Kot był w szoku, nie mógł wyjść. Najważniejsze, żeby na świecie był pokój. Wszyscy chcą pokoju.

- Nie, większość chce wypędzić tych z zachodu. Trzeba ich pędzić żelazną miotła aż do zwycięstwa. Tak uważam.

- A ja nie wiem, jakie będzie teraz to zwycięstwo. Ludzie chcą tylko pokoju, niczego więcej.

- A pokój jaki? Milcz i będziesz im czyścić buty. Nocą przez rzeczkę przeprawiają Grady. Postrzelali i z powrotem na drugą stronę. Sensu żadnego. Wczoraj chłopak czytał w Internecie, że 19 Putin ma ogłosić przyłączenie Noworosji, kaczka, może nie, nie mamy teraz telewizora, nie da się obejrzeć normalnego programu informacyjnego.


Sześć sekund




Kola ma 35 lat, przyjechał z Perwomajska, jest kontuzjowany. Pocisk spadł na szkołę, w niej jego rodzina chowała się piwnicy. Zginęła jego żona Karina. Kostia został z Maszą (7 lat) i Daszą (4 lata).

- Wszystko się zaczęło 22 czerwca. Najpierw strzelali na peryferiach, zaczęło znikać światło, potem gaz. Po dwudniowym obstrzale przenieśliśmy się do schronu na terenie szkoły nr 6. Spędziliśmy tam 18 dni. Zebrało się razem 120-140 ludzi. Żona biegała, nosiła lekarstwa, a ja z dziećmi, organizowałem wodę, jedzenie.

Po osiemnastu dniach zabili mi żonę. Pocisk trafił w szkołę wieczorem. Chowaliśmy się w schronie w szóstkę: Karina, dwie małe ze mną, ciocia Ola Maksimowa, jeden powstaniec. Ciotce rozbili głowę, moją na śmierć. Nie rozumiem, w jaki sposób. Przebiło dach. Zostaliśmy cali, pięć osób, zabiło ją jedną. Potem wyciągali ze mnie małe odłamki, także z Maszki, kontuzjowało mnie, wciąż nie słyszę na jedno ucho. Z powstańca też powyciągali małe odłamki. Nie zdążyliśmy na dół, zawalił się cały dach. Gdybyśmy mieli choć 6 sekund, wszyscy zdążylibyśmy się schować.

Wołam dzieci, nikt nie idzie. Potem słyszę, mała płacze, starsza płacze. Żona we krwi. One na nią patrzą. 7 sierpnia Karina miała urodziny, 26 lat. Młoda.

Usiadłem, zapaliłem w piwnicy. Zacząłem myśleć, co robić. Przynieśli Karinę, okryli pledem. Dotknąłem pulsu, martwy. Zamknąłem jej oczy, przykryłem. Poszliśmy do powstańców, oni ją pochowali.

Pamiętam na jakim cmentarzu, ale miejsca już nie. Grób może był wspólny, może zrobili oddzielny. Niestety, tego już nie wiem.

Potem wzięli się za mnie, naleli wódki. Odwieźli do Stachanowa. Nakarmili, wyprali rzeczy. Trzeciego dnia, 14 sierpnia, wyjechaliśmy. 16go dotarliśmy do Rosji.



Szkoła  numer 6 w Pierwomajsku, tu zginęła żona Koli, Karina. 


Udało nam się skontaktować z siostrą Koli w Sankt-Petersburgu, opowiedzieliśmy jej o tym, co się stało.  Weźmie Kolę z dziewczynkami do siebie. Kola będzie szukał pracy.




Autorzy: Nikita Girin, Anna Artemiewa.


Tłum.: Zygmunt Dzięciołowski



Artykuł ukazał się na łamach „Nowej Gaziety”:







Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com







piątek, 22 sierpnia 2014

Kiedy umarł Dubin…



Kilka dni temu zmarł  w Moskwie Borys Dubin, jeden z najwybitniejszych współczesnych intelektualistów rosyjskich. Jako socjolog był przez wiele lat związany z Centrum Lewady. Jak nikt rozumiał rosyjskie społeczeństwo i zachodzące w nim procesy. Był także znakomitym tłumaczem poezji. Najwięcej przełożył z hiszpańskiego, jednak w jego dorobku są także przekłady wierszy poetów polskich, Baczyńskiego, Lieberta, Miłosza.




Swego przyjaciela Borysa Dubina żegna na łamach portalu „Jeżedniewnyj Żurnał” socjolog z Centrum Lewady Aleksiej Lewinson.
 





Borys Dubin był jednym z najwybitniejszych socjologów rosyjskich. Jego prawdziwą
niesocjologiczną pasją było tłumaczenie obcojęzycznej literatury na rosyjski. 





Serce i rozum Dubina odmówiły współistnienia z nami, kiedy zaczęto przeklinać i potępiać wszystko to, w imię czego żył i pracował. Dubin i ludzie rozdzielający jego przekonania tworzyli przez całe życie naszą współczesną kulturę, teraz ogłoszono, że jest niepotrzebna. Do tej pracy był przygotowany o wiele lepiej, niż inni. Był wielkim znawcą światowej literatury i uczestnikiem naszego życia literackiego. Był ekspertem w dziedzinie socjologii światowej i jednym z twórców socjologii ojczystej. Radzieckie i rosyjskie życie pojmował i jak zaangażowany obywatel i jako spostrzegawczy socjolog.

Dubin przekładał z francuskiego i angielskiego. Głównych przekładów dokonał z hiszpańskiego. To są  języki tych narodów, których los podobny jest do naszego. Wszystkie doświadczały sławy i nędzy, wojny domowej i dyktatury. Zwłaszcza ta ostatnia bywała tak długa, iż społeczeństwo dążyło się do niej przyzwyczajać. Dubin przekładał dla nas książki, które objaśniały, jak żyć w takich warunkach ludziom z poczuciem godności, jak funkcjonować w kraju przekształconym przez swoje własne władze w głuchą prowincję.

W tamtych czasach Rosja wciąż jeszcze starała się uniknąć pułapki prowincjonalizmu. Pomagały nam w tym czytanie i pisanie. Dubin był tego świadomy jak wykładowca uniwersytecki, jako autor licznych badań socjologicznych. Jako socjolog był nie tylko inicjatorem wielu poważnych badań ankietowych, wniósł także istotny wkład w rozwój socjologicznej teorii. W swoich artykułach i wystąpieniach demonstrował błyskotliwe umiejętności analityczne w obu tych dziedzinach. Potrafił także zaprezentować rezultaty badań tak by zainteresowały one tak szeroką publiczność jak i grono specjalistów. Szeroka publiczność czytała go chętnie i z wdzięcznością. Niestety oddźwięk w środowisku profesjonalistów był mniejszy.

Dubin z jeszcze jednego źródła czerpał wiedzę jak o tym, jak przebiega proces rozwoju kultury ojczystej. Bardzo uważnie obserwował to wszystko, co piszą współcześni pisarze. Często zapraszano go do składu jury rozstrzygającego najważniejsze konkursy literackie, świetnie znał najlepsze dzieła. Czytał wszystko. Wspólnie z Lwem Gudkowem sformułowali zasady socjologii literatury, dla niej materiałem do badań winno być wszystko, co jest pisane i czytane.

 Ostrzegał nas jakie tendencje zaczynają dochodzić do głosu w pisanej dziś nienajlepszej literaturze, z trwogą opisywał siły dochodzące w niej do głosu.

Nie słuchaliśmy go.

Teraz siły te są obecne, a jego już nie ma.





Oryginał ukazał się na portalu „Jeżedniwnyj Żurnał”:

http://www.ej.ru/?a=note&id=25863



Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com





czwartek, 21 sierpnia 2014

Drakońskie wyroki za zamieszki, których nie było.



W cieniu wydarzeń na Ukrainie, dobiegł końca w Moskwie kolejny pokazowy proces polityczny w sprawie tak zwanych zamieszek na Placu Błotnym, w maju 2012 roku. Po raz kolejny rosyjski wymiar sprawiedliwości okazał się swoją własną karykaturą. Dowody zgłoszone przez adwokatów, zeznania świadków obrony zostały zignorowane, w uzasadnieniu wyroku powtórzono dosłownie większość sformułowań z aktu oskarżenia. Na Kremlu zdecydowano, iż opozycji należy udzielić lekcji i demonstranci z 2012 roku dostają drakońskie wyroki.
 



Na ogłoszeniu wyroku dla kolejnej czwórki z Placu Błotnego obecna była dziennikarka magazynu "The New Times", Zoja Swietowa.

 




Sąd dla dzielnicy Zamoskworieczje w Moskwie ogłosił wyroki w sprawie 4 aktywistów, uczestników kolejnej odsłony procesów w sprawie demonstracji na Placu Błotnym.

Aleksiej Gaskarow i Aleksander Margolin zostali skazani na 3,5 roku obozu o regulaminie zwykłym. Ilja Guszczin, częściowo przyznał się do winy, dostał 2,5 roku obozu. Jelena Kochtariewa przyznała się i okazała skruchę, sąd skazał ją na 3 lata i 3 miesiące warunkowo.

Kolejny wyrok w serii procesów związanych z najważniejszą rozpatrywaną obecnie przez sądy sprawą polityczną został wydany. Jednak śledztwo w sprawie „masowych zamieszek 6 maja 2012 roku” zostało przedłużone do listopada.

Zgodnie z informacjami jakimi dysponuje redakcja „The New Times” wezwania na przesłuchanie w Komitecie Śledczym Federacji Rosyjskiej otrzymało ok. 10 osób. Są wśród nich przywódcy protestu,  ci których do tej pory nie posadzono na ławie oskarżonych.

****




"Rosja to nie więzienie" głosi transparent przyniesiony do sądu przez
przyjaciół więźniów Placu Blotnego. 
W maju 2012 roku w ramach tak zwanego „Marszu Miliona” na ulice Moskwy wyległy tysiące demonstrantów, by zaprotestować przeciwko powrotowi do władzy Władimira Putina i inauguracji jego nowej kadencji prezydenckiej. W czasie demonstracji, jak twierdzą władze doszło do zamieszek na masową skale, w ich wyniku ofiarami stały się dziesiątki funkcjonariuszy organów porządkowych. Zdaniem opozycji doszło jedynie do serii incydentów sprowokowanych przez władze, by można było oskarżyć przedstawicieli opozycji demokratycznej o stosowanie przemocy.
W rezultacie organa wymiaru sprawiedliwości podjęły represje na wielką skalę, procesy kolejnych uczestników wydarzeń i działania śledcze prowadzone są do dziś. Jak informuje rosyjska Wikipedia, do dnia 21.05 zarzuty o udział w zamieszkach i naniesienie szkód cielesnych funkcjonariuszom państwowym postawiono 28 osobom. W kilku procesach jakie zakończyły się do tej pory zapadły niewspółmierne do zarzutów wyroki. Wśród ofiar represji znajdują się najbardziej znani działacze opozycji Aleksiej Nawalny i Siergiej Udalcow.  




Sądowy obrządek


Choć rankiem 18 sierpnia do sądu dla dzielnicy Zamoskworieczje przyszło niewielu ludzi, trudno im było ukryć rozczarowanie, żadnych policyjnych kordonów, żelaznych barierek, w pobliżu czekały zaparkowane zaledwie 3-4 autobusy z policjantami. Na trzecim piętrze, gdzie sędzina Natalia Susina miała ogłosić wyrok zebrało się najwyżej 50 osób, wśród nich połowę stanowili dziennikarze.

„Szanowni obywatele, proszę odejść od żelaznych drzwi, proszę podejść w kierunku windy, jeśli nie zejdziecie z drogi, ochrona nie przyprowadzi oskarżonych” – upominali publiczność zachowujący niewzruszony spokój funkcjonariusze sądowi.

W końcu publiczność przesunęła się w kierunku windy, stąd było widać jak otworzono żelazną bramę, przez nią wprowadzono wielkiego czarnego owczarka z długim ogonem, a potem już oskarżonych.

„Trzymajcie się” „Jesteście dzielni” – krzyczano na około. Zachowując całkowitą obojętność funkcjonariusze powstrzymywali tłum. Później, po kolei, wpuszczono do sali sądowej operatorów kamer, krewnych, adwokatów. Wszystkim pozostałym zaproponowano, by zeszli na pierwsze piętro, tam w „boksie” dla prasy prowadzona była wideo transmisja.

To, co w takich sytuacjach dzieje się zwykle w Sądzie Zamoskworieckim, stało się już pewnego rodzaju obrządkiem. Za każdym razem czeka nas to samo: oddajesz funkcjonariuszom dowód osobisty, rejestrujesz się, a potem trzeba wejść na czwarte piętro, tam tylko można pozdrowić oskarżonych. Później schodzisz w dół, by wysłuchać kolejnego wyroku odczytywanego przez kolejnego sędzię. Podczas transmisji video jego twarz nie jest pokazywana, słychać tylko zazwyczaj monotonny głos.

Na ekranie widać klatkę z podsądnymi. Aleksander Margolin założył biała koszulę, od czasu do czasu usiłuje podrapać się za uchem, albo poprawić włosy, jednak nie jest mu łatwo,  tak, jak i wszyscy oskarżeni siedzi z rękami zakutymi w kajdanki. Ilja Guszczin jest wysoki, ubrany jest w ciemny T-shirt, broda trochę dodaje mu lat. Aleksiej Gaskarow ma także brodę, ale w odróżnieniu od brody Guszczina jest ona niewielka, widać że golić się przestał niedawno. Klatki z oskarżonymi pilnuje czterech policjantów, dwóch ustawionych jest twarzą do sali sądowej, dwóch plecami. Jesteśmy obserwatorami dziwnego obrządku.


Podczas incydentów na Placu Blotnym i w jego okolicy w maju 2012 rosyjska
\policja zademonstrowała bezwzględną brutalność. 


W pewnym oddaleniu od klatki, obok pulpitu dla świadków, znajduje się wraz ze swym adwokatem Jelena Kochtariewa. Ma około 50 lat, jest ubrana w jaskrawo turkusową bluzkę i białe spodnie. W rękach ściska plecak, do jego rączki przywiązana jest georgijewska wstążka.

Sędzina Natalia Susina czyta wyrok mocnym, lecz monotonnym głosem. Uznaje całą czwórkę za winną uczestnictwa w masowych zamieszkach, stwierdza też, że okazywali sprzeciw funkcjonariuszom policji.

Przez całą godzinę sędzina wymienia nazwiska funkcjonariuszy policji i żołnierzy wojsk wewnętrznych, którzy według oceny sądu stali się ofiarami demonstrantów. Sąd doliczył się ich aż 79.

Aż chce się krzyknąć, na litość boską, przecież oskarżonym postawiono zarzut okazania sprzeciwu wobec zaledwie kilku policjantów. Na przykład Ilja Guszczin oskarżony jest o to, iż funkcjonariusza OMONu pociągnął za rękaw. Według aktu oskarżenia Aleksander Gaskarow „użył przemocy fizycznej, schwycił funkcjonariusza Ibatulina za nogę”. Innego policjanta Gaskarow „złapał obiema rękoma za lewą rękę”. Aleksander Margolin miał zastosować przemoc fizyczną, pochwyciwszy prawą ręką ciało policjanta „Bażanowa”.

Kułakiem po hełmach


Jelena Kochtariewa „zastosowala przemoc wobec Saczienkowa i Tarasowa”, co najmniej trzy razy uderzyła ich w noszone przez nich hełmy. Rachunek jest prosty, w akcie oskarżenia mowa jest najwyżej o 6 policjantach, tylko ich można uznać za ofiary działania oskarżonych. Skąd więc wzięły się nazwiska aż 79 funkcjonariusze OMONu i wojsk wewnętrznych.

Po co więc sędzina wymienia te nazwiska, stopnie wojskowe i stanowiska służbowe.

Zarzuty stawiane oskarżonym sędzina Susina powtarza dwukrotnie, podkreślając, iż „działali oni celowo, świadomie, zdając sobie sprawę, iż mają do czynienia z przedstawicielami władz, z zamiarem naniesienia im szkód fizycznych”

Niewielki uszczerbek na zdrowiu


Jeśli uważnie przysłuchiwać się wyrokowi, to staje się jasne, iż cała trójka, Ilja Guszczin, Aleksander Margolin i Aleksiej Gaskarow starała się wyrywać z rąk policjantów zatrzymywanych przez nich demonstrantów. Żaden z oskarżonych nie napadał na funkcjonariuszy. Zaś policjanci, rzekomo poszkodowani przez nich, nie szukali później pomocy medycznej.

Gaskarowowi policjanci rozbili brew, według jego krewnych, miał twarz umazaną we krwi. Gaskarow szukał pomocy w pogotowiu ratunkowym, napisał także skargę na adres Komitetu Śledczego. Nikt jednak nie podjął czynności śledczych w związku z pobiciem Gaskarowa. Nikt nie uznał go za pokrzywdzonego.

Precedens


W wyroku ogłoszony przez sędzinę Susiną, tak jak i w poprzednim wyroku wydanym w sprawie „12” zdumiewa to, iż sąd w swojej analizie i wnioskach opiera się wyłącznie na danych uzyskanych jeszcze na etapie wstępnego postępowania śledczego i na zeznaniach złożonych przez świadków oskarżenia. Zeznania świadków obrony, jak i samych oskarżonych zostały ocenione krytycznie, sąd uznał je za nieważne: „oskarżeni starając się uniknąć odpowiedzialności, twierdzą iż masowe zamieszki nie miały miejsca”.

Sąd krytycznie odniósł się także do zeznań świadków obrony charakteryzujących działania funkcjonariuszy milicji jako „nadmierne, przesadne”.

Wielką pomocą dla sędziny Susiny okazały się wydane już wcześniej wyroki. Mam na myśli pierwszy proces oskarżonych w sprawie demonstracji na Placu Blotnym, tak zwaną sprawę 12, a także proces Maksima Łuzjanina (jego sprawę rozpatrywano oddzielnie, oskarżony w pełni przyznał się do winy), wreszcie wyroki w procesie „organizatorów masowych zamieszek” Siergieja Udalcowa, Leonida Razwozżajewa, Konstantina Lebiediewa.

Te wyroki, używając terminologii prawniczej, potraktowano jako precedensowe. Posługiwanie się „precedensami” stało się ostatnio ulubioną zabawką rosyjskiego systemu śledczego i sądowniczego.

Obserwowaliśmy to na przykładzie procesów w sprawie korporacji naftowej „Jukos”. W każdym kolejnym wyroku sąd wspominał poprzedni. To samo widzimy obecnie ze sprawą „Placu Błotnego”. Wszystkie poprzednie wyroki okazały się teraz szczególnie ważne, w nich czarno na białym napisano, iż 6 maja w stolicy Rosji doszło do masowych zamieszek.

Teraz, to co mówią oskarżeni, świadkowie, adwokaci nie ma już najmniejszego znaczenia.

Wszystko jest już „nieważne”


Pytanie o to, po co są nam potrzebne te wielomiesięczne rozprawy sądowe o charakterze politycznym, a wcześniej śledztwo, przesłuchania świadków, debaty sądowe między stronami, ostatnie słowa oskarżonych. Po co to wszystko? W uzasadnieniu wyroku sąd i tak powtarza sformułowania z aktu oskarżenia, niekiedy tylko nieznacznie je modyfikując, zaś zeznania oskarżonych i zgłaszane przez obronę dowody traktowane są jak zbędny balast.

W rezultacie wszyscy czekają na ten moment, kiedy w końcu sędzia zakończy czytanie wyroku i ogłosi rozmiar kary.

Po Krymie


24 lutego, na kilka miesięcy przed datą referendum krymskiego, na wiele tygodni przed rozpoczęciem działań bojowych na południu Ukrainy, do Sądu Zamoskworieckiego, by wesprzeć pierwszą zmianę skazywanych „Błotników” przyszło ponad tysiąc osób (spośród nich policja zatrzymała ponad 300). Wówczas, gdy sędzina Natalia Nikiszyna ogłaszała swą decyzję o rozmiarze kar dla skazanych – od 3,5 do 4 lat pozbawienia wolności – w „boksie dla prasy” rozległ się krzyk oburzenia.

Wyrok wydany 18go sierpnia przyjęto w pełnej ciszy.

U wejścia do sądu dziennikarze czekali na adwokatów i krewnych oskarżonych. Kiedy pojawiła się mama Ilji Guszczina Olga widać było jak promienieje ze szczęścia.

Na pytanie korespondenta „The New Times”, o to jak przyjęła wyrok, Olga odpowiedziała: „Rozprawa była straszna. Bałam się, że Ilja dostanie wielką karę. Dostał dwa i pół roku, na szczęście to niewiele…”

„A za co ta kara? Za udział w demonstracji zorganizowanej za zezwoleniem władz?” – spytał ktoś z tłumu.


Ogłaszając wyrok dla czwórki oskarżonych, sąd zignorował dowody i zeznania
zgłoszone przez obrońców oskarżonych. 



Sporą popularnością mediów cieszy się Jelena Kochtariewa. Chętnie udziela wywiadów, tłumaczy, że przyznała się do winy, dlatego, iż wówczas, „kiedy przyjechali do niej śledczy i wyłożyli karty na stół, była sama, nikt nie udzielał jej pomocy”. Kochtariewa powtarza, iż z „liberałami jest jej nie po drodze, ale że jest kategorycznie przeciw wyrokowi dla chłopców”. „Te wyroki nie są potrzebne naszemu rządowi i naszemu krajowi – Kochtariewa, skazana warunkowo, jest przekonana, iż gdyby ogłoszono amnestię - to chłopcy przestaliby się zajmować polityką.”

Sprawa bez końca


By wesprzeć „błotników” na ogłoszenie wyroku przyszły Nadja Tołokonnikowa i Masza Aliochina. „Z pewnością łatwiej wysłuchać podobnego wyroku, gdy się jest już za kratkami – powiedziała Masza. Tam od człowieka nic nie zależy. Sędzia skończył czytać i przysyłają strażników. Tutaj człowiek wszystko słyszy, wydaje mu się, że jest w stanie coś zrobić, że trzeba coś zmienić, ale i tak niczego zrobić się nie da….”

W pobliżu sądu znajdowało się ok. 50 osób. Czekali, kiedy z jego bramy wyjedzie duży biały samochód – awtozak ze skazanymi. Czekali także funkcjonariusze OMONu. Nie było ich wielu, mniej niż gotowych okazać solidarność z uwięzionymi. Kiedy samochód przywitano oklaskami, zaczęły się zatrzymania. Nikt z nas nie był w stanie powstrzymać policjantów ciągnących po ziemi w kierunku awtozaka niemłodego człowieka w okularach, z brodą, trochę szalonego, wykrzykującego antyputinowskie hasła.

W ten sposób zatrzymano 13 osób. Odwieziono ich do komisariatu, by sporządzić protokoły.

Ci, których nie aresztowano, zaczęli się powoli rozchodzić.

18 sierpnia , wśród stojących przez Sądem dla dzielnicy Zamoskworieckiej, spostrzegłam także kilka osób oczekujących na wezwania z Komitetu Śledczego. Czeka ich składanie zeznań.

Zostaną przesłuchani w tej nie mającej końca sprawie o masowych zamieszkach na Placu Błotnym.


Oryginał ukazał się na stronie magazynu „The New Times”:

http://www.newtimes.ru/articles/detail/86017/



Zoja Swietowa (1959), wybitna publicystka, działaczka ruchu na rzecz praw człowieka. W czasach radzieckich związana ze środowiskiem dysydenckim. Laureatka wielu nagród,  rosyjskich i międzynarodowych.






Inne artykuły Zoi Swietowej na blogu:



Rosyjska dyskusja o emigracji staje się coraz bardziej ożywiona. Wybitna publicystka Zoja Swietowa podkreśla, iż nie jest przeciw prawu każdego do wyboru miejsca zamieszkania. Jednak protestuje przeciw „heroizacji” decyzji o emigracji. A poza tym Rosji, by w końcu stała się Europą, potrzebni są ludzie zdolni i wykształceni. Tu i teraz.

Zoja Swietowa na  łamach magazynu „The New Times” odpowiada na głośny tekst emigrującego z Rosji publicysty Leonida Berszydskiego (tłumaczenie dostępne w „Mediach-w-Rosji”)



Siedziały w obozach w Mordowii, tam gdzie zesłano też solistkę Pussy Riot Nadię Tołokonnikową. Malowany przez nie obraz obozowej egzystencji jest jeszcze czarniejszy od relacji Nadii. Ich relacje spisała publicystka magazyny „The New Times” Zoja Swietowa. 



Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com