środa, 17 września 2014

Opluwam i donoszę – praca, jak każda inna



Jest dziennikarzem znanym ze swych wyrazistych opozycyjnych poglądów i soczystych, ostrych wypowiedzi. Arkadij Babczenko pozostaje autorem niezależnym, od lat niezwiązanym z żadną redakcją, wspierają go czytelnicy, przekazując honoraria na numery kont zamieszczone na stronach Babczenki w Facebooku i platformie blogowej „Livejournal”.



Nieoczekiwanie, do Babczenki zgłosili się starzy koledzy, poprosili o wywiad i komentarz. W latach dziewięćdziesiątych pracowali wspólnie w prawdziwie wówczas niezależnej telewizji NTV. Dziś stacja jest tubą propagandową Kremla, a starzy koledzy znów znaleźli w niej zatrudnienie. Zaufał im. 
Oszukali go. Wywiad wykorzystali w propagandowym filmie dyskredytującym rosyjskich przeciwników wojny z Ukrainą. Nawet nie umiecie porządnie rozprawić się z przeciwnikami, chałturzycie, wstyd wam pracować pod własnym nazwiskiem – Babczenko grzmi i wyśmiewa metody kremlowskiej propagandy.

 





Arkadij Babczenko pracował w przeszłości w telewizji "NTV" i w opozycyjnej
"Nowej Gazietie". Dziś jest dziennikarzem całkowicie niezależnym.
Finansowo wspierają go czytelnicy opłacając jego honoraria i podróże. 




Arkadij Babczenko zadaje kilka niemiłych pytań swoim dawnym znajomym



Jakieś dziesięć lat temu pracowaliśmy razem ze Swietłaną w telewizji NTV. Wtedy był to zupełnie inny program. A potem zaczęły się rządy Putina i nas zwolniono. Zostałem prywatnym, nigdzie niezarejestrowanym taksiarzem i w taki półlegalny sposób przez trzy lata zarabiałem na życie. A Swieta przeszła do RTVI - ostatniej stacji telewizyjnej, której jeszcze nie odebrano Gusinskiemu. Wprost mówili o wolności słowa, prawach człowieka, rotacji na szczytach władzy, protestowali przeciw wojnie w Czeczenii. Mimo, że RTVI był dostępny jedynie w sieciach kablowych, cieszył się w Rosji sporą popularnością i wypełniał niszę, dziś zajętą przez telewizję „DOŻD’’’. W tamtych czasach RTVI był w zasadzie ostatnim niezależnym i opozycyjnym programem telewizyjnym.

Andriej i Swieta


Potem nasze drogi się rozeszły. Swieta odeszła z RTVI i doszły mnie słuchy, że pracuje, zdaje się, w REN TV. Wydało mi się to prawdopodobne, bo gdzie jeszcze niby w naszych czasach mógłby pracować niezależny dziennikarz? Tylko u Maksimowskiej (rosyjska dziennikarka telewizyjna ceniona za niezależność poglądów, do niedawna szefowa programów informacyjnych stacji TV „REN TV”- „mediawRosji”), innej możliwości nie ma.

Pewnego razu dzwoni telefon.

- Cześć, Arkasza. Słuchaj, w wiadomościach powiedzieli, że wezwałeś wszystkich dziennikarzy, żeby padli przed Ukraińcami na kolana…

Eeeeee… że jak? Mam zwyczaj wypowiadać się wyłącznie we własnym imieniu. I od dawna już nikogo do niczego wzywam.

– Nie, - odpowiadam. – To jakaś pomyłka.

– Dobra, nieważne. Słuchaj, może udzielisz nam wywiadu, powiesz coś o Ukrainie, o wojnie i przedstawisz swoją ocenę sytuacji?

Nie ma sprawy. Przyjeżdżajcie.

Następnego dnia przyjeżdża ekipa zdjęciowa i jeszcze jeden nasz wspólny znajomy, Andriucha. Kiedyś pracowaliśmy we trójkę.

I w tym momencie przetarłem oczy ze zdumienia. Albo mi słuch szwankuje, albo zbyt wiele czasu upłynęło od naszej ostatniej rozmowy, ale… Okazuje się, że Swieta i Andriej pracują nie w REN TV, a w telewizji NTV.

Nazwy nawet trochę podobne, ale różnica ogromna.

Cóż… Kamera zamówiona, ekipa zdjęciowa opłacona, do tego samochód, kierowca – to wszystko kosztuje. Nie mogę im teraz wyciąć numeru i odmówić wywiadu. Sam się zgodziłem, a do tego to przecież starzy znajomi…

Bierzemy się do roboty


Bierzemy się do roboty. Sadzają mnie na podwórkowej drabince, w malowniczej scenerii, przypinają mikrofon, ustawiają oświetlenie i ruszamy. I w tym momencie dowiaduję się, że tematem rozmowy wcale nie będą moje poglądy na temat wydarzeń na Ukrainie.

Andriej pokazuje mi zdjęcie jakiegoś człowieka, podobno politologa, który w jakiejś swojej wypowiedzi nazwał korespondentów wojennych draniami za to, że wypaczają relacje z Ukrainy. Mój kolega zaproponował, żebym zmieszał pana politologa z błotem i w ogóle zrównał go z ziemią.

Eee… Yyyy… O co biega?

No, przepraszam.

Pierwszy raz widzę człowieka na oczy, pojęcia nie mam, co on za jeden. Jego nazwisko kompletnie nic mi nie mówi. Skąd wyście wytrzasnęli tego nikomu nieznanego gościa i jego wypowiedź? I niby czemu mam teraz stanąć przed kamerą i zacząć go mieszać z błotem?
Kiepsko pracujecie, moi drodzy. Nawet nagonki nie potraficie urządzić jak trzeba.

Nie, nie, słuchajcie, ja się tak nie bawię.

No dobrze. A jaka jest twoja opinia na temat Krymu?

Powiedziałem, co myślę o Krymie. Szczerze, bez owijania w bawełnę. A co wam będę żałować. Jak mnie ktoś pyta, to odpowiadam. Tyle, że wy i tak mojej wypowiedzi nie wyemitujecie.

Tak, masz rację. Nie pokażemy. Sam rozumiesz, stary. Mamy cenzurę.

Rozumiem, wiem, współczuję.

- Dobra, a co sądzisz o Chodorkowskim i zjeździe, który zorganizował w Kijowie?
Tak… W sumie to sam nie wiem. Nie mam zdania, no. W tym czasie to ja byłem w Słowiańsku, pełzałem gdzieś między barykadami. Możliwe, że ktoś sobie wtedy jakiś zjazd zorganizował. A co mi do tego?

Ok., niech ci będzie. A o Makarewiczu co powiesz? I o jego koncertach na Ukrainie?

O raju. Słuchajcie, nic nie myślę. Każdy człowiek może robić i mówić to, co sam uważa za słuszne. Może to robić tam, gdzie chce i kiedy chce. Oczywiście do momentu, gdy jego działania i wypowiedzi nie podpadają pod kodeks karny. Jestem za wolnością słowa, wolnością twórczą, i w ogóle za wolnością, no. Demokrata ze mnie. Ale wy przecież tego nie wyemitujecie.

- A przecież ty sam niedawno nawoływałeś, żebyśmy uklękli…

Kurczę! Skąd żeście to wytrzasnęli? Niczego takiego nie mówiłem! Jak bym powiedział, to bym to teraz potwierdził. Andriucha, no co ty bredzisz?

Krótko mówiąc, zrozumieliśmy, że z wywiadu nici. Postaliśmy jeszcze chwilę, dopaliliśmy papierosy i pożegnaliśmy się.

A potem wyszedł film „13 przyjaciół junty” (obrzydliwy, propagandowy film telewizji NTV usiłujący zdyskredytować rosyjskich przeciwników wojny z Ukrainą – „mediawRosji”). Z tego nieszczęsnego politologa „mokrą plamę” zrobił jakiś inny komentator. A ja zrozumiałem, po co odwiedzili mnie dawni koledzy po fachu. Odetchnąłem z ulgą, że jakoś udało mi się uniknąć udziału w tym filmie. Niesmak pozostał, ale mam nauczkę na przyszłość.

Acha, akurat! Tydzień później wyemitowali drugi odcinek pt. „Kolejnych 17 przyjaciół junty”. I w tym dziele byłem już jednym z głównych bohaterów. Ale ze mnie ważna szyszka! W filmie pokazano też Siergieja Aleksaszenkę (ekonomista, były wiceprezes Banku Centralnego Rosji, krytyk Kremla – „MediawRosji”), Olega Kaszyna (niezależny publicysta – „mediawRosji”), Tamarę Ejdelman (historyk, nauczycielka szkolna – „mediawRosji”) i – nie wiadomo czemu – [modelkę i aktorkę filmów dla dorosłych] Sashę Gray.

Chyba nie ma sensu streszczać tu całego filmu. Typowa propagandowa papka dla mas.  To już nawet nie jest niskobudżetowy chłam. Tu nawet trudno dobrać jakiś epitet.

Nudni do wyrzygania


Kiepska robota, koledzy.

Brakuje wam zaangażowania, wasza machina propagandowa pracuje na pół gwizdka. Macie taki potencjał, taką forsę, jesteście w zadzie monopolistami, konkurencję już dawno wykosiliście, społeczeństwo otępiane od 15 lat jest dziś gotowe do przełknięcia każdej bzdury – a wy nawet porządnej nagonki nie umiecie urządzić? Jakoś nie widzę, żeby pod wpływem waszej propagandy ludzie masowo zaczęli rozprawiać się ze „zdrajcami narodu”. Kiepsko się staracie. Jesteście nudni do wyrzygania. Gdzie wam tam do hiszpańskiej inkwizycji, skorumpowane cieniasy!

Przecież w waszym filmie rzekomy zdrajca narodowy Babczenko wygląda raczej na rosyjskiego patriotę: „Co ciekawe, samego Babczenkę pobili w Kijowie bojówkarze Gwardii Narodowej. Dobrze wiedzieli, że mają do czynienia z rosyjskim reporterem, a potraktowali go tak, jak traktują wszystkich”. No ludzie! Nie tak się kleci donosy! Za taki wyczyn jak mój to w Rosji ordery rozdają. 

Chyba nie chcecie, żeby mnie Kreml udekorował orderem? Przecież cel waszego filmu był inny, nie? Kiepska robota, naprawdę kiepska.

Mało tego, wyście przecież wcześniej nie wiedzieli, że zostałem pobity. W waszej telewizji siedzi sztab ludzi, cała zgraja redaktorów produkuje te wasze filmiki, a okazuje się, że samodzielnie nawet nie umiecie gromadzić informacji o zdrajcach narodowych. Jakbym ci, Andriucha, nie powiedział o tym pobiciu, to w ogóle nie miałbyś co wetknąć do swojego filmu. Przed naszą rozmową nawet nie miałeś pojęcia o tym zdarzeniu.

A przecież stara zasada głosi: do wywiadu z gwiazdą trzeba się wcześniej przygotować.

Nie wiem, kto tu schrzanił sprawę, ale w napisach końcowych nie umieszczono waszych nazwisk.

Pewnie dlatego musieliście wyssać z palca ten komentarz: „to właśnie Babczenko napisał w jednym ze swoich tekstów, że Rosjanie są narodem niepełnowartościowym pod względem genetycznym”. Szef wam kazał? Kto tam dziś u was rządzi – Dobrodiejew (szef państwowej telewizji „Rossija” – „mediawRosji”), czy Kulistikow (szef stacji NTV, w przeszłości dziennikarz Radio Swoboda – „mediawRosji’)?

To zdanie wam się udało. Ale trzeba było jeszcze coś dorzucić o krwi niemowląt.

Nie ma co się rozwodzić nad poziomem waszego dzieła. Jest jednak w filmie jedna sprawa, która mnie szczególnie ciekawi.

Mam do was pytanie


Swieta, Andriucha – mam do was pytanie.

Swieta, kiedy do mnie dzwoniłaś, żartowałaś i odpowiadałaś ze śmiechem – powiedz, już wtedy wiedziałaś, że zbierasz materiały na donos na mnie, prawda? Dobrze wiedziałaś, czemu ma służyć fraza „wezwał do pokajania się”, nie? Wiedziałaś, że produkujesz donosik z podtekstem „bij żydoliberałów, ratuj Rosję od tej zarazy”? Wiedziałaś, nie?

Andriucha, kiedy wyszliśmy na papierosa i proponowałeś wyskoczyć gdzieś na piwo – przecież wiedziałeś, że zaraz potem wrócisz do Ostankino, wejdziesz do budynku ASK-1, wjedziesz na czwarte (czy na którym tam pracujesz) piętro, pójdziesz do montażowni i zaczniesz kleić oszczerstwa pod moim adresem? Zgadza się? Kiedy częstowałeś mnie papierosami, już wtedy wiedziałeś, że wstawisz tam te słowa: „przecież to właśnie Babczenko powiedział, że Rosjanie to naród niepełnowartościowy”? Wiedziałeś?

Już wtedy to wiedzieliście, prawda?

Przecież kiedy dzwoniliście, a potem uśmiechaliście się do mnie – waszego dawnego kolegi po fachu, - mieliście świadomość, że jak tylko odłożycie słuchawkę, wsadzicie donosik do koperty, zakleicie i zaniesiecie do NKWD?

Tak po prostu.

Powiedzcie, o czym myśleliście w tamtej chwili?

Niezbyt mnie ciekawi wasza osobowość i wasze płytkie duszyczki. Życie owadów to nie jest moje hobby. Ale interesujecie mnie jako pewne charakterystyczne typy.

Chciałbym zrozumieć, jak wygląda sam proces?


Starzy znajomi z pracy Arkadija Babczenki, dziś pracownicy kremlowskiej maszyny
propagandowej: Swietłana Gubanowa, producent telewizji NTV (z lewej) i Andriej
Ałfierow, reporter (z prawej). 



Kiedy donosicie na człowieka, to szczerze go nienawidzicie? Uważacie go za wroga? Czy musicie na siłę sobie wmawiać, że donosząc na danego kolegę i nawołując do zlinczowania go, działacie w słusznej sprawie? Przecież jesteście dorosłymi ludźmi, żadni z was imbecyle. Przecież zdajecie sobie sprawę z tego, co robicie? Czy chociaż po cichu, w głębi duszy (bo chyba jakieś poczucie przyzwoitości się jeszcze w was tli) macie poczucie, że zachowujecie się obrzydliwie?

A może jest wam wszystko jedno?

Może działa tu mechanizm: „to nic osobistego, taka praca, jakoś trzeba zarabiać na chleb”?

Andriucha, Swieta – chyba już wspominałem, ktoś tu nachałturzył i film pokazał bez waszych nazwisk.

Domyślam się, że jest wam bardzo przykro. Przecież dla mistrza nie ma niczego ważniejszego, niż jego nazwisko widoczne w spisie autorów arcydzieła.

Sam w takim razie poprawię tę niedoróbkę.

A zatem: film „Kolejnych 17 przyjaciół junty”: producent - Telewizja „NTV”, redaktor – Swietłana Gubanowa, reporter – Andriej Ałfierow.

Artysta powinien być dumny ze swojego dzieła!

Życzę wam kolejnych odważnych i demaskatorskich utworów.

A telewizji NTV szczerze dziękuję.

Zawsze marzyłem o wystąpieniu w filmie z Sashą Gray.



Tłumaczenie: K.K.



Tekst powstał w ramach projektu Arkadija Babczenki „Dziennikarstwo bez pośredników”.

Artykuł ukazał się na blogu Arkadija Babczenko i na portalu internetowym colta.ru:


* Arkadij Babczenko (ur.1977), rosyjski dziennikarz i prozaik. Autor tłumaczonej na wiele języków, wydanej także w Polsce książki „Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii”. Laureat licznych nagród rosyjskich i międzynarodowych.












Inne teksty Arkadija Babczenki na blogu „Media-w-Rosji”:


Jego ojciec budował rakiety kosmiczne. Cioteczny brat zginął w Afganistanie. Dziadek był czołgistą, mama pracowała w wytwórni jodoformu. Sam Arkadij Babczenko, nim został dziennikarzem, wstąpił na ochotnika do wojska, ...

Warto zaglądać na blog niezależnego dziennikarza Arkadija Babczenko. Pisze wprost, prawdę, nawet gdy bywa szczególnie bolesna. Po katastrofie malezyjskiego Boeinga, Babczenko przestrzega przed iluzjami i ...

Wydaliście wojnę Ukraińcom, nie dziwcie się, że was zabijają – pisze na swoim blogu znany autor antywojennych publikacji w rosyjskiej prasie, Arkadij Babczenko.




Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com








sobota, 13 września 2014

Nie chcemy szczególnego statusu. Chcemy niepodległości



Fenomen republik ludowych na wschodzie i południu Ukrainy budzi wielkie zainteresowanie w niezależnych mediach rosyjskich.  Z jednej strony wiadomo, są one tworem sztucznym, marionetkowym, stworzonym z inspiracji Moskwy. Kim jednak są ludzie, którzy w nich działają? Czy mają własny program, czy realizują wyłącznie instrukcje z Moskwy? Przeprowadzona przez dziennikarzy portalu slon.ru nieco zagadkowa rozmowa z byłym ludowym gubernatorem Donbasu, Pawłem Gubariewem rzuca trochę światła na to, co dzieje się za kulisami Donieckiej Republiki Ludowej.
 


Z Pawłem Gubariewem rozmawiali Aleksandr Ponomariow i Lola Tagajewa.
  






Paweł Gubariew wyznaczył dziennikarzom portalu „Slon” spotkanie w klubie bajkerów „Sekston”, tu znajduje się siedziba „Nocnych wilków” i ich przywódcy Aleksandra „Chirurga” Załdostanowa. „Zaczekajcie, za chwilę Wam otworzą” – sprzed bramy zadzwoniliśmy do Gubariewa. Wejście do klubu w trudny do zrozumienia sposób przypominało wrota wiodące do Mordoru. Po pięciu minutach „ludowy gubernator Donbasu” wyszedł sam, by otworzyć masywną furtkę. Wewnątrz, w „Sekstonie” panuje pustka, prowadzone są prace remontowe. Zapytany o to, czy przyjaźni się z Chirurgiem, Gubariew odpowiada twierdząco: „Dlaczego miałbym się nie przyjaźnić. To w porządku gość, z nim przyjaźni się nawet Putin.” Za chwilę Gubariew zaczyna się skarżyć, iż Moskwa to trudne miasto. Jeśli, umówicie się tu z kimś na spotkanie, to jeszcze wcale nie znaczy, że się odbędzie.” – wzdycha.




Choć należal do inicjatorów protestów donieckich, Pawieł Gubariew, pierwszy gubernator
ludowy Donbasu, dziś w kierownictwie DRL nie zajmuje żadnego oficjalnego stanowiska. 



Aleksiej Ponomariow, Lola Tagajewa:
- Zacznijmy może od pytania, po co przyjechał pan do Moskwy

Paweł Gubariew:
Chciałem spotkać się z chłopakami, ocenić sytuację. W zasadzie spotykam się tylko ze środowiskiem patriotów. To są szczerzy ludzie, wspierają Noworosję na prawdę, nie tylko słowami.

Ponomariow, Tagajewa:
Kim są ci patrioci?

Gubariew:
O nich można powiedzieć, że nie są na sprzedaż.

Ponomariow, Tagajewa:
Weźmie pan udział w demonstracji poparcia dla Noworosji, zaplanowanej na sobotę, 13 września.

Gubariew:
Jeszcze nie wiadomo. Przyjdę, jeśli nie wyjadę do Donbasu.

Ponoimariow, Tagajewa:
Stał się pan znany jako „gubernator ludowy” Donbasu. Od tamtej pory w Doniecku, w kierownictwie republiki wymieniono wielu ludzi. Jakie miejsce zajmuje pan w obecnej konfiguracji?

Gubariew:
W strukturach władzy Donieckiej Republiki Ludowej nie zajmuję żadnego oficjalnego stanowiska. Jestem przywódcą społeczno-politycznego ruchu „Noworosja”. To moje jedyne oficjalne stanowisko. Byłem przez jakiś czas naczelnikiem zarządu do spraw mobilizacji, ale zrezygnowałem.

Ponomoriaow, Tagajewa:
Jak to się stało, że zechciał pan zostać ludowym gubernatorem Donbasu?


Gubernator ludowy


Gubariew:
W pewnej chwili, rozumiałem dobrze sytuację, odczytałem nastroje społeczne, doszedłem do wniosku, że trzeba organizować protesty. Tamtej nocy spałem wszystkiego 3 godziny, obudziłem się w środku nocy i zrozumiałem… Miałem jasny plan. Nie wymyśliłem go, zapożyczyłem u mieszkańców Krymu, wiele podpowiedział mi też gubernator ludowy Aleksandr Czałyj (Aleksander Czałyj pełnil obowiązki gubernatora ludowego Sewastopoloa od 1 do 14 kwietnia – slon.ru). Później, już w ciągu dnia wyjaśniło się, że mamy jeszcze jednego kandydata na stanowisko gubernatora ludowego, związanego z oligarchą Achmietowem, Nikołaja Lewczenko. Nie chcieliśmy jednak gubernatora stojącego po stronie Achmietowa. To by groziło, iż ruch protestu utraciłby swą energię.

Ponomariow, TAgajewa:
Jak duży jest obecnie wpływ Achmietowa na wydarzenia w Noworosji?

Gubariew:
Jest bardzo duży. Nie tylko jego, także pozostałych oligarchów. Oni mają wpływy, prowadzą swoją grę. Ten wpływ nie jest rozstrzygający, ale pozostaje bardzo znaczący.

Ponomariow, Tagajewa:
Jak wygląda struktura służbowa DRL? Na przykład, podpisano porozumienia w Mińsku. Jednym z sygnatariuszy jest kierownictwo DRL.

Gubariew?
A ktoś ich wybierał?

Ponomariow, Tagajewa:
Pan chyba…. To jest wasze kierownictwo. My też wybieraliśmy, w Rosji mamy prezydenta.

Gubariew:
A my nie wybieraliśmy. Za to mamy premiera. Dwóch. W Doniecku i w Ługańsku. Mamy aż dwóch premierów, a ludności 3 miliony. Tyle wynosi ludność terytorium kontrolowanego przez ruch powstańczy.

Ponomariow, Tagajewa:
Jest pan przecież człowiekiem publicznym, jednym z najbardziej znanych w Noworosji.  Porozumienie pokojowe zostało podpisane przez oficjalne kierownictwo waszej republiki. A pan mówi, że to papierek, wymuszony przez oligarchów, dla was bez żadnego znaczenia.

Gubariew:
Tak. I zaraz po podpisaniu tego dokumentu, ludzie, którzy je podpisali sami zaczynają je krytykować. Jak można było przyjąć dokument, gdzie znalazły się takie sformułowania, jak „obwód doniecki”, „obwód ługański”, „wybory zgodne z ustawodawstwem ukraińskim”, „szczególny status terytoriów kontrolowanych przez ruch powstańczy”….

Ponomariow, Tagajewa,
Nie tego  chciało kierownictwo DRL?

Gubariew:
Nie szczególnego statusu. Chcemy pełnej niepodległości. Zostało to potwierdzone przez referendum. Za niepodległością wypowiedziała się absolutna większość głosów. W tej sprawie nikt nie zgłaszał wątpliwości.

Ponomariow, Tagajewa:
Jest pan przekonany, że Rosja jest teraz zainteresowana przyznaniem wam pełnej niezależności, a później przyłączeniem Donbasu? Mamy wielu niezadowolonych z tego, że na przykład w obwodzie twerskim w ogóle brakuje dróg, a równocześnie przeznaczamy miliardy na Krym.

Gubariew:
Zrozumcie, że to ostatnie szansa. Jeśli dziś tego nie odwojować, to wystarczy jeszcze jedno pokolenie, zadziała propaganda i Rosja pozbawiona Krymu oraz Donbasu, stanie na wieki oko w oko z wrogim ukraińskim państwem, zagrażającym rosyjskiemu podbrzuszu. Na jego terytorium zostaną rozmieszczone bazy NATO. Czas dolotu rakiet balistycznych zostanie skrócony do 50 sekund. To jest jeden z najważniejszych momentów budzących zaniepokojenie Rosji.

Ponomariow, Tagajewa?
Rosji, czy Władimira Putina?

Gubariew:
Rosji ! Musicie zrozumieć, iż USA, jako centrum zglobalizowanego świata przyglądają się Rosji wyłącznie z komercyjnego punktu widzenia. Jeszcze Margaret Thatcher, jak mi się wydaje, powiedziała, iż w Rosji należałoby pozostawić 15 milionów ludzi potrzebnych do obsługi przemysłu wydobycia ropy i gazu. Pozostali są niepotrzebni (wypowiedź Thatcher o efektywnej z gospodarczego punktu widzenia części ludności ZSRR została nieprawidłowo zacytowana w opublikowanej w 1999 roku książce Andrieja Parszewa „Dlaczego Rosja nie jest Ameryką?”. Później, sam Parszew przyznał że przeinaczył znaczenie wypowiedzi brytyjskiej premier. – „slon.ru”).

Ponomariow, Tagajewa:
Margaret Thatcher była premierem Wielkiej Brytanii. Jak się wydaje Ameryka i oni mają różne….

Gubariew:
No nie, teraz mówią jednym głosem.

Ponomariow, Tagajewa:
Ale teraz wielu ludzi uważa, iż jak raz z punktu widzenia Moskwy najlepsze rozwiązanie to Donbas ze swoim statusem, jako część państwa ukraińskiego. To oznacza, że pieniądze na odbudowę Donbasu muszą się znaleźć w budżecie Ukrainy. Rosja będzie kontrolowała terytoria finansowane przez rząd ukraiński.

Gubariew:
Byłoby lepiej, gdyby oni podpisali kapitulację, nałożymy na nich reparacje wojenne i to oni będą musieli wszystko odbudować. Ale Donbas nigdy nie będzie Ukrainą.

Ponomariow, Tagajewa:
Sam brał pan udział w powstaniu?

Gubariew:
Tak. Byłem naczelnikiem Centrum do spraw Mobilizacji. Ale nie uczestniczyłem bezpośrednio w działaniach bojowych. Kilka razy jednak znalazłem się pod ostrzałem.

Ponomariow, Tagajewa:
Na wiosnę, wojna praktycznie jeszcze się nie zaczęła, był pan w donieckim ruchu antymajdanowym postacią najbardziej popularną. Potem na pana miejscy przyszli różnego rodzaju funkcjonariusze. Pojawił się Poszylin….

Gubariew:
Przecież siedziałem w więzieniu, więc oczywiście ktoś przyszedł na moje miejsce (władze ukraińskie aresztowały Gubariewa w marcu 2014 roku, postawiono mu zarzut separatyzmu. Uwolniono go po dwóch miesiącach. – „Slon.ru”). Nikomu nie zazdrościłem, w takich trudnych okolicznościach ludzie wzięli na siebie odpowiedzialność… Proszę bardzo. Nie stanąłem do walki o władzę. Mógłbym, ale nie chciałem włazić do tego kotła…. Dlaczego? Tam działają zorganizowane, uzbrojone grupy. Ja sam nie miałem podobnej,  własnej, uzbrojonej drużyny, ta najbliższa mi walczyła w Słowiańsku. Mógłbym stworzyć taką grupę, wesprzeć Słowiańsk, w tamtym okresie miasto prowadziło prawdziwą walkę. Podjąłem inną decyzję. Stworzyłem zarząd do spraw Mobilizacji.


Dlaczego odeszli Striełkow z Borodajem?

Ponomariow, Tagajewa:
Potem Puszylina w Doniecku zamienili Borodaj ze Strielkowem. Obydwaj przyjechali z Moskwy. Co pan myśli o tych zmianach?

Gubariew:
Ich nie należy rozpatrywać razem. Ludzie tacy jak Striełkow są mi bliscy duchem, są też inni, zajmują odmiennie stanowisko, nie należy ich mieszać. Ale ja nie będę się bawił w jakieś personalne charakterystyki.

Ponomariow, Tagajewa:
Nie mamy na myśli stosunków osobistych, interesują nas raczej kwestie ideowe.

Gubariew:
Ludzie są różni,  ideowi i nie. Niektórzy ludzie podejmują działania w oparciu o pewne zasady ideowe. Mają jakąś wizję przyszłości, chcą zmienić teraźniejszość. Ale są też ludzie przypadkowi, przystępując do ruchu kierują się koniunkturą. Nie chcę tu komukolwiek przyklejać łatki, ale tacy są także i w Noworosji. Są i ci pierwsi, i ci drudzy, i trzeci. Ja tu przyjechałem w poszukiwaniu ideowych.

Ponomariow, Tagajewa:
Niech pan wymieni choćby kilka nazwisk…. Przecież chodzi o porządnych ludzi.

Gubariew:
Striełkow, Chirurg (śmieje się), Gubariew.

Ponomariow, Tagajewa:
Porozmawiajmy o Striełkowie. Pamięta pan tę historię, do Doniecka przyjechał Kurginian, przyszedł pan na jego konferencję prasową. Długo się pan z nim sprzeczał….

Gubariew:
Kurginian nie miał racji. W swoim przemówieniu wystąpił ze z góry ustalonym stanowiskiem. Moim zdaniem wykonywał zamówienie polityczne, chodziło o dyskredytację Igora Iwanowicza Striełkowa.

Ponomariow, Tagajewa:
Co go do tego popchnęło?

Gubariew:
Nie mam pojęcia.

Ponomariow, Tagajewa:
Krążyło wtedy wiele konspiro logicznych wersji. Mówiono, że Kurginianowi za jego wystąpienie zapłacili Departament Stanu, Kołomojski…. Za to w Moskwie W Kurginianie zawsze widziano radykalnego patriotę.

Gubariew:
Ja też znałem go jako radykalnego patriotę. Okazało się jednak, iż był co najwyżej marionetką polityczną wypełniającą wydawane mu polecenia. Wówczas udowodnił brak jakichkolwiek kompetencji, zwłaszcza w kwestiach wojskowych. I zaczął krytykować człowieka mającego za sobą nie jedną wojnę i oczywiste kompetencje. W dodatku przez cały czas widzieliśmy jak działa, jako dowódca był rozsądny, momentami nawet demonstrujący przebłyski geniuszu. Wyjście ze Słowiańska trafi do podręczników historii wojskowości, taktyki, na zajęcia w Sztabie Generalnym. Wszystko było przemyślane, nie było się do czego przyczepić.



Pawieł Gubariew (z lewej): "Striełkow jest żołnierzem. Wykonuje rozkazy. Dawał sobie radę.
Dlaczego go zdjęli? Na razie odpowiedź znaja zwolennicy teorii konspiracyjnych?"


Ponomariow, Tagajewa:
Wszyscy zadają sobie pytanie, dlaczego zdjęli Striełkowa, przecież rzeczywiście dowodził kampanią z powodzeniem.

Zubariew:
O tym poczytajcie u zwolenników teorii konspiracyjnych, nie chcę tego komentować. Nie znamy faktów, jesteśmy skazani na domysły.

Ponomariow, Tagajewa:
Musi mieć pan w tej sprawie jakiś pogląd?

Zubariew:
Sami spróbujcie zinterpretować fakty, Striełkow odszedł, zaczęła się ofensywa. Jakie można wyciągnąć wnioski? Szykowano się do ataku.

Ponomariow, Tagajewa:
Dlaczego Striełkow nie mógł dowodzić ofensywą?

Gubariew:
Mógł. Ale nie dowodził. Dlaczego (uśmiecha się)?

Ponomariow, Tagajewa:
Tego właśnie chcielibyśmy się dowiedzieć.

Gubariew:
Zapytajcie o to zwolenników teorii konspiracyjnych.

Ponomariow, Tagajewa:
Kto podejmuje decyzje w sprawie Strielkowa, o tym że odchodzi, lub zostaje?

Gubariew:
Striełkow jest żołnierzem, działa tylko tak, jak może działać żołnierz.

Ponomariow, Tagajewa:
Niech pan się zgodzi, to przecież dziwne. Jak wiadomo, dobry przyjaciel Striełkowa, Aleksandr Borodaj był szefem DRL, Striełkow był głównodowodzącym. Ze swoimi obowiązkami dawali sobie radę. Potem jednak nagle ich zdjęto i mianowano jakichś zupełnie nieznanych ludzi.

Gubariew:
Sytuacja zmienia się bardzo szybko (uśmiecha się). Mnie się zdaje…. Jako historyk staram się te sytuację analizować. To chyba nie będzie ostatni rząd.

Ponomariow, Tagajewa:

Mówi pan, że Strielkow jest żołnierzem. Więc powinien wykonywać rozkazy…

Gubariew:
Ja nie wypowiadałem słowa rozkaz, wymyśliliście je teraz sami.

Ponomariow, Tagajewa:

W porządku. Czytaliśmy wspomnienia Strielkowa, o tym jak walczył w Bośni, Wojował przede wszystkim przeciw muzułmanom, W jego oddziale byli także ludzie z UNA-UNSO, nacjonaliści ukraińscy. Po tej lekturze odnieśliśmy wrażenie, że dla Striełkowa wojna jest jak sport. Dla niego najważniejsza jest realizacja postawionego przed nim zadania. To z kim walczy, nie jest już takie ważne. Pan nie odniósł podobnego wrażenia?

Gubariew:
Odniosłem (wzdycha, pogrążając się w studiowaniu swojego telefonu). Odniosłem takie wrażenie. Przecież mówiłem, że to żołnierz.

Ponomariow, Tagajewa:
Do jakiego stopnia jego samego interesuje Noworosja?

Gubariew:
To jest dla niego kwestia życiowa. Teraz to dla niego cel życia, tak mogę wnioskować na podstawie swoich z nim kontaktów. Dla mnie z resztą także.

Ponomariow, Tagajewa:
Co dla niego ważniejsze, stworzenie jakiejś zdolnej do funkcjonowania republiki, czy zwycięstwo w wojnie z „kijowska juntą”?

Gubariew:
Chodzi o to, by uwolnić Noworosję spod panowania wrogiego państwa. Nie dopuścić do realizacji wrogiego projektu. Ukraina jest państwem wrogim wobec Rosji. 23 lata aktywnej propagandy przyniosły rezultaty. Młode pokolenie poznawało historię wyłącznie w głęboko stronniczej wersji.


Co to takiego prawidlowy faszyzm?



Ponomariow, Tagajewa:
Zatrzymajmy się nad kwestią historii. Ruch patriotyczny w Noworosji, „Rosyjska Wiosna” odwołuje się do Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, do wojny przeciwko faszystom. Nie dalej jak przedwczoraj, napisał pan w Facebooku o „prawdziwym włoskim faszyzmie” walczącym po stronie Donieckiej Republiki Ludowej. Jak jedno można pogodzić z drugim?

Gubariew:
Zrozumcie, faszyzm nie jest jakimś nazizmem. We Włoszech jest faszyzująca, no, faszystowska partia. To normalna partia, nie jakiś margines. Zwykła partia faszystowska. I jej przedstawiciel mówi: „zobaczcie, tu są nieprawdziwi faszyści amerykańscy, a ja jestem rzeczywistym faszystą – antyamerykańskim.” Po czyjej stronie taki człowiek będzie walczył? Więc on bije się ramię w ramię z antyfaszystami, w tych samych szeregach, z tymi, kogo uważa za wroga.

Ponomariow, Tagajewa:
Tak, czy inaczej, to jakoś nie pasuje do siebie. Nawet w niedawnych tezach Striełkowa padły słowa o tym, że „naszym celem jest zjednoczenie sił w walce z faszyzmem”. A pan mówi o jakimś „słusznym faszyście”. W Rosji, tak czy inaczej, termin faszysta na negatywne znaczenie.

Gubariew:
Jesteście przedstawicielami intelektualnego wydania, nie powinniście odbierać terminu faszysta niewolniczo. To nie jest jakiś pusty termin, on niesie ze sobą poważny sens.

Ponomariow, Tagajewa:
A co dla pana jest w nim najważniejsze?

Gubariew:
Tu chodzi o „fasci”, kłębek, faszyzm włoski, ludowy.

Ponomariow, Tagajewa:
To rozumiemy, ale….

Gubariew:
Jeśli bywaliście w Europie, to wiecie, że termin faszyzm nie ma tam negatywnego znaczenia. Tam potępiany jest nazizm.

Ponomariow, Tagajewa:
W naszej telewizji mówią, że faszyści, faszystowscy młodzicy – to kijowska junta.

Gubariew:
Nie kręćcie, nie plączcie, już wam to tłumaczyłem.

Ponomariow, Tagajewa:
Zajmował się pan ochotnikami, mobilizacją…. Na pewno i do pana docierały te wszystkie wersje mówiące o bezpośredniej pomocy wojskowej udzielanej Donbasowi przez Rosję.

Gubariew:
Co macie na myśli?

Ponomariow, Tagajewa:
Mamy na myśli kontrofensywę, przeprowadzono ją najwyraźniej nie tylko siłami czysto powstańczymi Donbasu.

Gubariew:
No tak… (znów wgłębia się w swój telefon). Ja te wasze domysły pozostawię bez komentarza.

Ponomariow, Tagajewa:
To przecież nie całkiem domysły, przecież widzimy, kontrofensywa odniosła sukces, prawie udało się zdobyć Mariupol.

Gubariew:
Nie, ja nie tylko mam na myśli kontrofensywę. W porządku, musimy kończyć. Muszę wykonać kilka telefonów.







Materiał ukazał się na portalu slon.ru: http://slon.ru/world/pavel_gubarev_strelkov_mog_vozglavit_kontrnastuplenie_no_ne_vozglavil_pochemu_-1155788.xhtml





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com

poniedziałek, 8 września 2014

Wolność słowa nie mniej ważna, od rolnictwa



Kryzys ukraiński pogłębił sprzeczności w rosyjskim środowisku artystycznym i intelektualnym. Kremlowscy propagandyści pisarzy takich, jak Ludmiła Ulicka, Borys Akunin, Dmitirj Bykow nazywają bezwstydnie „piątą kolumną”. Wtórują im lojalni pisarze i artyści, reżyser Nikita Michałkow, piosenkarz Josif Kobzon, pisarz Siergiej Łukjanienko, czy dyrygent Walery Giergijew. Jednak związani z opozycją intelektualiści potrafią się odgryźć, demaskując sprzedajność i koniunkturalizm zwolenników Kremla.


Publikujemy dziś list opozycyjnej dziennikarki Kseni Sobczak adresowany do reżysera Nikity Michałkowa. Dlaczego pan nie chce zwrócić przebrzydłym Amerykanom swojego Oscara w odwet za ich krwawą politykę? – pyta Sobczak, w odpowiedzi na postulat Michałkowa, by krytycy Kremla, tacy jak muzyk Andriej Makarewicz zwrócili przyznane im wcześniej rosyjskie nagrody państwowe.
 







Uwaga:
List Kseni Sobczak zawiera szereg odniesień do sytuacji,  faktów i osób szerzej w Polsce nie znanych. By ułatwić lekturę i jej zrozumienie, w niektórych wypadkach, w nawiasie dodaliśmy odpowiedni przypis, w innych zlinkowaliśmy fragment tekstu z odpowiednim materiałem dostępnym w Internecie, umożliwiającym jego lepsze zrozumienie. Z tego samego powodu, inaczej niż w wypadku wcześniejszych publikacji na blogu, krótkie biografie bohaterów tekstu zamieściliśmy nie w końcu materiału, a na początku.






Nikita Michałkow (ur. 1945) jest jednym z najbardziej znanych rosyjskich reżyserów filmowych i aktorów. Jest laureatem wielu nagród międzynarodowych, w tym przyznanego mu za film „Spaleni słońcem” Oscara. Jak sam o sobie mówi jest artystą propaństwowym, energicznie wspiera politykę Władimira Putina. Z entuzjazmem zareagował na aneksję Krymu. Krytyków Kremla miesza z błotem. Władza hojnie rewanżuje się reżyserowi, przyznając wielomilionowe dotacje na jego produkcje filmowe, wspierając jego działania biznesowe. Przeciwnikom Kremla Michałkow nie szczędzi ostrej krytyki, w jednym z niedawnych programów telewizyjnych zmieszał z błotem krytycznych wobec Kremla muzyka Andrieja Makarewicza i dziennikarkę Ksenię Sobczak.





Ksenia Sobczak (ur. 1981) jest popularną w Rosji dziennikarką. Sobczak nie ukrywa swoich krytycznych poglądów wobec polityki Władimira Putina. Jest córką wybitnego polityka okresu pieriestrojki, późniejszego mera St. Petersburga, Anatola Sobczaka. Wówczas dobrze poznała swego „wujka”, Władimira Putina, piastującego stanowisko pierwszego zastępcy ojca w ratuszu petersburskim. Zaczynała karierę jako typowa celebrytka, uczestniczyła w rozrywkowych widowiskach telewizyjnych, była popularną bohaterką prasy kolorowej. Jednak w ostatnich latach Ksenia Sobczak zdecydowanie zmieniła swoje emploi. Energicznie zaangażowała się w ruch protestu przeciw fałszerstwom wyborczym w Rosji z lat 2011-2012, na antenie opozycyjnej stacji telewizyjnej „DOŻD’” zaczęły ukazywać się prowadzone przez nią znakomite wywiady z politykami, działaczami opozycji, artystami. Jest dziś obdarzoną ostrym językiem publicystką nie szczędzącą krytyki reżimowi Władimira Putina.




List otwarty do Nikity Michałkowa



Drogi Nikito Siergiejewiczu!


Niestety, nie mam możliwości, by odpowiedzieć Panu na antenie telewizji „Rossija 24” z tej prostej przyczyny, że ludzi z moimi poglądami takie stacje telewizyjne nie zapraszają. W ich programach goszczą wyłącznie ci, którzy podzielają pański punkt widzenia. Zapewne właśnie dlatego zmuszony jest Pan wygłaszać monologi przed kamerą zamiast podjąć na antenie bezpośredni dialog z Makarewiczem, Sobczak czy jeszcze kimś spośród pańskich oponentów.
Korzystając z okazji ponawiam zaproszenie do wzięcia udziału w moim programie «Sobczak na żywo». Wiem, że potrafi Pan twardo bronić swoich przekonań, więc zamiast wygłaszać monologi aktorskie, mógłby Pan przecież wziąć udział w bezpośredniej dyskusji. Ale póki co zamieszczam swoją odpowiedź właśnie tutaj.

Nie zamierzam komentować fragmentu pańskiej wypowiedzi, dotyczącej Andrieja Makarewicza. Znam go jako człowieka mądrego i odważnego. Jeśli uzna to za konieczne, sam Panu odpowie. Tym niemniej chciałabym odnieść się do jednej kwestii, będącej przykładem naruszenia elementarnych zasad logiki.


Dlaczego nie odda Pan nagród przebrzydłym Amerykanom?


Apeluje Pan do Makarewicza, żeby oddał swoje nagrody: „Po co odbierasz nagrody od tych, których tak traktujesz? Dlaczego korzystasz z tych wszystkich przywilejów, owszem zasłużyłeś na nie, ale dostałeś je od ludzi, których nie darzysz szacunkiem?”. Zanim usłyszałam tę wypowiedź, naiwnie sądziłam, że tacy zasłużeni działacze kultury, jak Makarewicz i - bez wątpienia - Pan sam, otrzymują nagrody OD PAŃSTWA. Natomiast prezydent, minister kultury czy jakikolwiek inny wysoko postawiony urzędnik, przypinający wam odznaczenie do klapy marynarki lub wręczający dyplom uznania, pełni jedynie rolę reprezentanta państwa. Niezależnie od tego, czy prezydentowi albo ministrowi kultury osobiście podoba się twórczość danego artysty, który wniósł istotny wkład w rosyjską kulturę, dygnitarz taki jest zobowiązany do wręczenia przyznanej nagrody.
Ale najwidoczniej Pan już dawno zrozumiał to, co nie dociera jeszcze do innych: że nagrody w naszym kraju, niestety, przyznają i wręczają konkretni ludzie, przekonani, iż to właśnie oni i tylko oni są państwem. Przypomina to postawę Ludwika XIV, króla-słońca, autora słynnego powiedzenia: „Państwo to ja!”. Jako zagorzały monarchista ma Pan pełne prawo do podzielania tego nieco egzotycznego jak na XXI wiek punktu widzenia.

Ale w takim razie, Nikito Siergiejewiczu, apeluję, aby był Pan konsekwentny. Niech pan zwróci swojego Oskara przebrzydłym Amerykanom, „bombardującym Irak i Libię” i „nękającym” przywódców innych krajów! Przecież Pan ich nie szanuje, prawda? A przy okazji niech pan zwróci „Gejropie” (Europie Gejów – „mediawRosji”) statuetki otrzymane w Hiszpanii, Francji czy Włoszech. Oczywiście w ramach protestu wobec ustanowionych przez te państwa sankcji.
Ale przede wszystkim - (stosuję tu pańską logikę i retorykę) – proszę sprecyzować, jakich konkretnie członków rządów Rosji i ZSRR Pan szanuje, a którym gotów jest Pan zwrócić przyznane kiedyś przez nich wyróżnienia. Po dokładnym przestudiowaniu długiej listy Pańskich nagród łatwo zauważyć, że był Pan ulubieńcem wszystkich władz we wszystkich okresach swojej działalności. Co prawda można by założyć, że urzędnicy państwowi po prostu wypełniali swoje obowiązki, a w rzeczywistości wyrazy uznania składali Panu zwykli ludzie, naród. Ale przecież Pan sam podkreśla, że ostatecznie decyzje w takich kwestiach podejmują konkretne osoby, a nie „naród”. Proszę zatem jasno powiedzieć, które nagrody i przez kogo przyznane Pan sobie zostawi, a których się zrzeknie! Tych z czasów RFSRR? Z czasów ZSRR? Bo z tych z epoki jelcynowskiej zapewne Pan zrezygnuje, zostawiając sobie jedynie nagrody z okresu putinowskiego? Niech Pan da Makarewiczowi przykład prawdziwej konsekwencji i wierności głoszonym przez siebie zasadom!

Kolejna ważna kwestia: o sytuacji związanej z Krymem mówi Pan: „Czy nasza flota powinna była się wycofać, bo w 1954 roku przywódca z butem w dłoni podarował Krym swoim rodakom, swoim - że tak powiem – współplemieńcom? Przecież nic się nie stało! Półwysep po prostu „przeprowadził się” z jednego pokoju do drugiego, ale wciąż pozostawał częścią ZSRR. No, porobili jakieś przetasowania, coś przyłączyli, coś odłączyli, coś pożyczyli albo wydzierżawili sąsiadom – no i co z tego? Przecież i tak nie było wiz i granic. Ale kiedy ZSRR się rozpadł, trzeba było zabrać Krym z powrotem, odzyskać, przywrócić na łono [rosyjskiej] ojczyzny.

Nikito Siergiejewiczu, zgadzam się z Panem: „trzeba było odzyskać”. Świetnie Pan to ujął. Tyle że Rosja NIE ODZYSKAŁA Krymu. Przeciwnie, Jelcyn podpisał Porozumienie Białowieskie, na mocy którego Krym pozostał częścią Ukrainy już nie w charakterze „prezentu” od Chruszczowa, a jako konsekwencja konkretnych negocjacji. Jakiś czas później, w związku z warunkami Memorandum Budapesztańskiego, Ukraina przekazała Rosji cały swój potencjał nuklearny i stała się krajem wolnym od broni jądrowej. (Boże, wyobraża Pan sobie co by było, gdyby obecnie Ukraina dysponowała taką bronią?)

Długo można by dyskutować, czy należało te dokumenty ratyfikować, czy nie. Ale TAK USTALONO w Porozumieniu Białowieskim. A prezydent Władimir Władimirowicz Putin, ośmielę się Panu przypomnieć, został następcą człowieka, który to porozumienie podpisał w imieniu naszej ojczyzny.  I żadna z jego kampanii wyborczych nigdy nie była oparta na tezie, że powyższe umowy międzynarodowe należało by unieważnić.

Pamięta Pan dramat Ostrowskiego „Panna bez posagu”? Pamięta Pan, ile jest warte „uczciwe, kupieckie słowo”? Co prawda, w sztuce te słowa wypowiada [wyrachowany „okcydentalista”] Wasia Bożewatow, a nie [pozujący na szlachetnego ziemianina] Paratow… Wie Pan, ja też uważam, że Krym POWINIEN BYŁ stać się częścią Rosji, a nie przedmiotem przetargów prowadzonych z Ukrainą i Amerykanami, którzy w negocjacjach odegrali bardzo istotną rolę. Tyle, że tę historyczną niesprawiedliwość trzeba było rozwiązać na drodze wieloletnich rozmów z Ukrainą, poprzez budowanie wzajemnych stosunków i z wykorzystaniem środków dyplomatycznych. Zamiast tego ukradliśmy kandelabr z płonącego domu sąsiada, usprawiedliwiając się, że mamy do tego prawo, bo go mu kiedyś podarowaliśmy po pijanemu.

A prawda jest taka, że wieloletnia rosyjska polityka zagraniczna związana z Ukrainą poniosła całkowitą klęskę. Zamiast dyplomacji zaczęliśmy stosować polityczne maruderstwo. Można by nawet zapomnieć o „aspekcie moralnym” – w polityce każdego państwa moralność zawsze przegrywa z wyrachowaniem. Ale przecież te skutki gospodarcze, których przyjdzie nam doświadczyć w ciągu najbliższych lat, będą odczuwalne dla każdego Rosjanina. Wychodzi więc na to, że nasze państwo dopuściło się bezprecedensowego aktu politycznego, w jego wyniku naraziliśmy się na potępienie ze strony społeczności międzynarodowej, a na dodatek nie będziemy czerpać z tego żadnych korzyści. Przeciwnie, gospodarka naszego kraju poważnie na tym ucierpi.
Ale to tylko uwagi na marginesie. A teraz do rzeczy. Obiecał pan telewidzom, że kiedyś przy okazji opowie im pan o „technikach oswajania z podłością”. Ja napiszę o nich już teraz i zrobię na przykładzie Pańskich komentarzy do mojego poprzedniego artykułu.


Na czym zarabiam pieniądze?


1. Pyta Pan: „Ksiusza, a pani na czym zarabia pieniądze? Zdaje się, że na wspieraniu dążenia do spadku PKB? Czy nie tym czasem zajmujecie się wy wszyscy?

Tym pytaniem po mistrzowsku wpisuje się Pan w styl „demaskatorskich” filmów z cyklu „Anatomia protestu” (propagandowy film telewizji „NTV”, wymierzony w demokratyczną opozycję – „mediawRosji”). Kim są ci tajemniczy „wszyscy”? I jaki związek widzi Pan pomiędzy moją działalnością zawodową i spadkiem PKB?

Ciekawi Pana, jak zarabiam? Już tłumaczę. Swego czasu inwestowałam w akcje „Jewrosieti” (rosyjska korporacja działająca na rynku telefonów komórkowych – „mediawRosji”), poza tym jestem założycielką i akcjonariuszem sieci restauracji „Bublik” oraz redaktorem naczelnym założonego przeze mnie nowego czasopisma SNC Magazine. Jeżdżę po całym kraju i prowadzę szkolenia z zakresu motywacji i sukcesu pod hasłem „Sobczak na żywo”. Prowadzę też imprezy korporacyjne i okolicznościowe w licznych rosyjskich miastach, otrzymuję pensję jako prezenterka radiowa i telewizyjna. Od wszystkich tych dochodów regularnie odprowadzam podatki. Wartość wszystkich sprzedanych numerów czasopisma, wszystkich prowadzonych przeze mnie imprez, wszystkich deserów zamówionych w restauracjach „Bublik” stanowi jakiś tam ułamek procenta PKB, rozumianego w ścisłym znaczeniu tego słowa. W wyniku mojej działalności PKB się nie zmniejsza, lecz wrasta.

Natomiast stymulowanie wzrostu PKB w skali kraju to już zadanie nie dla dziennikarzy i redaktorów naczelnych, a dla urzędników i ministrów. Dziwne, że mając tylu wysoko postawionych znajomych, swoje pretensje kieruje Pan właśnie pod mój adres.


Wolność słowa, a rolnictwo


2. Czy chociaż raz powiedzieliście coś o tragicznej sytuacji naszego rolnictwa, czy zabiliście na trwogę? Zrobiliście to chociaż raz, nowobogaccy miłośnicy gęsich wątróbek? W tym swoim malutkim światku Rublowki i ul. Twierskoj, w tym hermetycznym środowisku celebrytów i „kreatywnej mniejszości” pomyśleliście choć raz o tych ludziach, którzy całe życie uczyli się produkować maszyny fabryczne, albo samochody, albo samoloty czy rakiety, a potem zostali zmuszeni dosłownie do żebraniny? Wy też jesteście temu winni!

Cóż, po pierwsze, panie Michałkow, jak PANU nie wstyd? Zapomniał Pan, sam Pan mieszka na Rublowce, na Nikolinej Górze, we wspaniałej willi? Zapomniał Pan, że jest właścicielem posiadłości nad Oką o powierzchni 50 hektarów (według niektórych źródeł - nawet 150 ha)!
I czemuż to zalicza mnie Pan do „kreatywnej mniejszości”? Przecież oboje należymy do tej samej kategorii, jesteśmy reprezentantami zawodów humanistycznych. No, chyba że siebie samego zalicza Pan do „niekreatywnej większości”?

Nie pojmuję, z jakiej racji Pan – człowiek otrzymujący ogromne dotacje państwowe, możliwe przecież jedynie dzięki podatkom zbieranym od przeciętnych obywateli, - nagle stawia się w roli trybuna „zwykłych ludzi”. Ale jeśli tak dobrze Pan zna tych zwykłych ludzi, to proszę przekazać pracownikom fabryki „Kalibr” zaproszenie do mojego mieszkania na Twerskiej (zna je już każdy OMON-owiec w kraju). Niech ludzie przyjdą i zobaczą, jak mieszkam. A potem niech ich Pan zawiezie do swojej posiadłości, gdzie dwa lata temu gościł Pan ministra kultury Miedińskiego i szefa moskiewskiego departamentu kultury Kapkowa.

Jeden z tych dwóch panów z wypiekami na twarzy opowiadał mi potem o pełnej przepychu, ogromnej posiadłości, o dwóch specjalnych domach dla gości, osobnych budynkach dla służby, o stajni, o terenach łowieckich i łaźni zbudowanej na pontonach dosłownie na powierzchni jeziora (z niej jest Pan szczególnie dumny). Mój rozmówca opowiadał też o stole uginającym się pod ciężarem półmisków, i o licznej służbie, jak u prawdziwego ziemianina. I Pan mnie próbuje zawstydzić „gęsimi wątróbkami”?

Różnica między nami polega na tym, że ja uważam, iż reżyser pańskiej klasy ma prawo żyć w ten sposób, o ile oczywiście sam na to wszystko zarobił.

Oskarża mnie Pan, że mam czelność nie pisać o rolnictwie i że „nie biję w dzwony”? Ależ ja biję na alarm codziennie. Tylko że mój „dzwon” jest inny. Walczę o wolność słowa ze wszystkich sił, przeprowadzam wywiady, które nie mają szans na wyemitowanie w rosyjskich telewizjach państwowych. I moim zdaniem kwestia wolności słowa jest nie mniej ważna, niż rolnictwo. W Rosji po prostu nie istnieje takie zjawisko jak śledztwo dziennikarskie, a o mediach jako czwartej władzy nie ma nawet co marzyć. O to właśnie walczę i takie problemy nagłaśniam.

Mam jeszcze takie pytanie: jak rozumieć słowa, że „brałam w tym udział”? Udział w czym? Na czym polega moja wina? Jakie fabryki zostały zamknięte przeze mnie? A może narozrabiałam nie sama, a do spółki z Makarewiczem?

Zresztą, może Pan nie odpowiadać na to pytanie. Rozumiem, że kiedy pisał Pan te słowa, górę wzięły emocje. A artysta oczywiście ma prawo do emocjonalnych wypowiedzi.

3. „To właśnie pani proponuje, że tak powiem, kapitulację Leningradu w imię zmniejszenia liczby ofiar”.

Moim zdaniem powinien Pan za takie słowa albo przeprosić, albo przytoczyć dokładny cytat, w którym wyrażam tego rodzaju propozycję. Nie mogę odpowiadać za cały zespół redakcyjny zatrudniającej mnie telewizji. Ale we własny imieniu mogę powiedzieć, że wątpliwości, pytania i refleksje są dla myślącego człowieka czymś naturalnym i niezbędnym. A prawdy absolutne od tego nie ucierpią. I jeśli nawet ja osobiście uważam, że zadawanie tego pytania w Dniu Pamięci jest niestosowne, to sądzę, że dziennikarz ma prawo je zadać. Pan jako człowiek wykształcony powinien wiedzieć, iż w ten właśnie sposób, jako jeden z pierwszych, pytanie to sformułował wielki rosyjski pisarz Wiktor Astafiew, a nie stacja telewizyjna „Dożd’.

4. Nie proponuję pani pracy przy obrabiarce albo dojenia krów, skądże. Pani nie może się tym zajmować. Pani jest utalentowana”.

Jak to rozumieć? Czyżby Pan, Nikito Siergiejwiczu, dość niespodziewanie przystroiwszy się w piórka obrońcy chłopów i robotników, uznał, że praca w fabryce, albo dojenie krów to zajęcie wyłącznie dla nieutalentowanych? Czy też wielki aktor na sekundę wyszedł z roli? Czyżby wyrwało się Panu to, co Pan naprawdę myśli?

A propos „dojenia” – zabawne, że wybrał Pan właśnie ten przykład. Na dojeniu faktycznie trzeba się znać. Wie Pan, „dojenie” i „kręcenie lodów” wymagają odmiennych talentów.


Gościnne występy na fermie, lub w fabryce


5. Nie ma pani ochoty wystąpić - no, powiedzmy, - w fabryce „Kalibr”? Albo może na fermie, gdzie ludzie pracują od 600 rano do północy?

Cóż, propozycję wystąpienia przed ludźmi pracy przyjmuję z radością. Problem w tym, że w Rosji, zwanej przez Pana „wolnym krajem”, z jakiegoś powodu decydenci praktycznie uniemożliwiają występy, czy to w fabryce, czy to w telewizji, że o staniu na ulicy z transparentem nie wspomnę.

Dziwne, prawda? Jeśli wstawi się Pan za mną u organizatorów takiej masowej imprezy, to z przyjemnością odczytam przed publicznością i niniejszy artykuł, i wiele innych. Przecież w swoich tekstach nie piszę o ostrygach i gęsich wątróbkach (Pan o tym doskonale wie i na tym właśnie polega obrzydliwość pańskich zarzutów). Moje artykuły są o tym, że marzenia każdego człowieka, nieważne – bogatego czy biednego, jego pragnienie spokojnego, pozbawionego agresji, swobodnego i bezpiecznego życia, w naszym kraju zawsze były mniej istotne, niż czyjeś tam imperialistyczne ambicje…

6. Boi się pani, że wstrzymają wizy i nie zdąży pani wskoczyć do ostatniego pociągu relacji Moskwa – Ryga. To jest szczyt pani marzeń, co? Teraz wszystko jasne…

Pytanie, jakie w jednym ze swoich ostatnich artykułów, zadaję na temat połączenia między Moskwą i Rygą nadal pozostaje otwarte. Proszę zauważyć, że nie daję na nie odpowiedzi. To Pan za mnie odpowiedział, i pańska odpowiedź wiele mówi nie tyle o mnie, co właśnie o Panu.
Była taka anegdota: Rabinowicz jedzie służbowo do Ameryki. W dniu, kiedy powinien był wrócić, nadchodzi telegram: „Przyjaciele, to była trudna decyzja, ale wybrałem wolność”. Natychmiast zbiera się plenum partii, zostaje wszczęta procedura wykluczenia odszczepieńca z jej szeregów. Wszyscy pomstują na Rabinowicza. Aż tu nagle wchodzi on sam i mówi: „Wybrałem wolność, czyli ZSRR. A wyście co pomyśleli?”

Widzi Pan, Nikito Siergiejewiczu, ja się w Rosji urodziłam i kocham mój kraj. Nie polityków czy urzędników, a właśnie kraj. I nigdzie nie zamierzam stąd emigrować.


Grzechy dziesięcioletniej dziewczynki


7. Bardzo dziękuję za przypomnienie historyjki z mojego dzieciństwa. Sama, szczerze mówiąc, zupełnie o niej zapomniałam. „Weszła mała dziewczynka, w wieku 10-11 lat, z ochroniarzem. Usiadła dosłownie naprzeciwko mnie, przywitaliśmy się. Podłubała widelcem w talerzu, pokaprysiła trochę i wyszła z pokoju. Kiedy już drzwi za dziewczynką się zamknęły, jej mama, siedząca  obok mnie pani Narusowa, powiedziała: „Wiecie, czemu już sobie poszła?” Odpowiadam: „Nie wiem”. – „Bo się obraziła …”. To po prostu ordynarne! Właśnie tak. Kiedy mała dziewczynka obraża się, bo mężczyźni nie wstali, kiedy weszła do pokoju, to jest to po prostu pospolite i banalne bezguście”.

Nie wiem jak Panu, ale mi jeszcze nigdy nie zdarzyło się tłumaczyć z występków popełnionych w wieku 10 lat. A propos: jaki był Pan sam w tym okresie swojego życia?

Szczerze mówiąc, w opowiedzianej przez pana historyjce nie widzę niczego strasznego. Zgodzi się Pan chyba, że w każdej rodzinie są jakieś normy obyczajowe: u jednych kobiety padają plackiem, kiedy do pokoju wchodzi mężczyzna, a u innych odwrotnie: to mężczyźni wstają na widok wchodzącej kobiety… Chodzi jednak o to, że opisane przez Pana wydarzenie miało swój początek nieco wcześniej, i to akurat doskonale pamiętam. Przed pańską wizytą w Smolnym gościli u nas Mścisław Rostropowicz (wybitny wirtuoz wiolonczeli i dyrygent, krytyk systemu radzieckiego – „mediawRosji”) i Jewgienij Lebiediew (słynny radziecki aktor – „mediawRosji”). Kiedy weszłam do kuchni, obaj wstali. Nieźle mnie to speszyło, a Rostropowicz chwycił mnie za ramiona i powiedział ze śmiechem: „Zapamiętaj, dziecinko: kiedy wchodzi dama, mężczyźni powinni wstawać”. Taką właśnie lekcję dobrych manier wtedy usłyszałam.

A tu jak na złość następnego dnia Pan nas odwiedził. Proszę wybaczyć, byłam wrażliwym dzieckiem i chłonęłam nową wiedzę jak gąbka.

Wstyd się przyznać, ale mimo upływu lat wciąż darzę większą sympatią mężczyzn, którzy wstają na widok wchodzącej kobiety.

A jeśli chodzi o bezguście i banalność – cóż, niezręcznie mi o tym mówić, ale dam Panu przykład. Wystarczy wziąć przepiękną muzykę Artiemiewa (kompozytor, autor muzyki do wielu filmów Michałkowa – „mediawRosji”), zilustrować ją czarno-białymi fotografiami robotników i górników, a do tego dramatycznym głosem odczytać naciągnięty za uszy komentarz… O, na przykład w ten sposób:



 



[Tłumaczenie komentarza do filmu:] „Nikito Siergiejewiczu, niech pan opowie tym ludziom, że wydał pan 40 milionów na film, na który potem zaganiano wycieczki szkolne, żeby chociaż trochę zwiększyć jego oglądalność. Niech im pan opowie, po co panu tysiące hektarów ziemi, dwa osobne domy dla gości i własne stajnie, podczas gdy oni gnieżdżą się w maleńkich mieszkaniach. Niech pan odpowie weteranom kinematografii na pytanie, gdzie się podział ich fundusz emerytalny?


Taki właśnie chwyt, jak ten powyższy, uważam za szczyt prostactwa i banału. Za coś takiego swoich studentów zapewne surowo by Pan skarcił. Jestem pewna, że doskonale Pan dostrzegł i zrozumiał, co chciałam poprzez ten przykład wyrazić. I być może właśnie świadomość, jak bardzo płytki jest ten filmik, będzie najbardziej dotkliwą karą dla Pana – artysty, który zaczynając od takich dzieł, jak „Swój wśród obcych, obcy wśród swoich”, „Pięć wieczorów”, „Niedokończony utwór na pianolę”, „Niewolnica miłości” czy „Kilka dni z życia Obłomowa”, reprezentuje dziś poziom „Spalonych słońcem 2” i filmowej laurki z okazji urodzin prezydenta pod tytułem „55”.

Cóż, wybaczy Pan, ale ja w Pana ślady nie pójdę.

Na zakończenie nie zacytuję ludowego przysłowia, jak zrobił to Pan – znany obrońca i miłośnik mas chłopsko-robotniczych. Za to przytoczę taki oto cytat:

„Wartości moralne nie są towarem. Można je zniszczyć, ale nie da się nimi kupczyć. Każda konkretna wartość moralna użyteczna jest wyłącznie dla jednej ze stron, więc jej kupowanie czy kradzież nie mają sensu. Pan Prezydent uważa, że kupił artystę malarza Kwadrygę. Błędne założenie. On kupił jedynie pacykarza Kwadrygę, natomiast artysta przesączył mu się gdzieś przez palce i umarł” (bracia Strugaccy, „Brzydkie łabędzie”).


Tłum.: K.K.



Oryginał listy Kseni Sobczak do Nikity Michałkowa ukazał się na portalu snob.ru:







Ksenia Sobczak na blogu „Media-w-Rosji”:

Walczymy o rosyjskie państwo narodowe


Obecna Rosja w niewielkim stopniu podobna jest do tej zniszczonej przez rewolucję bolszewicką. Wojna domowa w Donbasie jest w istocie fragmentem batalii o odbudowę historycznej Rosji. – w rozmowie z Ksenią Sobczak, dziennikarką stacji telewizyjnej „DOŻD’ ”, Jegor Proswirnin, redaktor popularnego portalu internetowego „Sputnik&Pogrom” tłumaczy jakie cele stoją przed odradzającym się w Rosji ruchem nacjonalistycznym.

Spotkanie na antenie „TV DOŻD’” Kseni Sobczak i Jegora Proswirnina jest świetną ilustracją kolejnej odsłony charakterystycznej dla Rosji konfrontacji między zwolennikami mocarstwowej tradycji narodowej z rzecznikami oświeconej orientacji liberalnej.  





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com