poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Wojnę rozpętała propaganda



Konflikt zbrojny między Ukrainą i Rosją wybuchł rok temu. Dla rosyjskich mediów niezależnych to okazja, by zastanowić się, jaki był jego przebieg. Na ile zmieniły się w ciągu roku ukraińskie państwo i ukraińskie siły zbrojne. Jaka rolę odegrali ochotnicy i ich bataliony? Czy mamy do czynienia z wojną domową, czy prowadzoną przez Rosję wojną okupacyjną? Znany publicysta, Arkadij Babczenko uczestniczył w wojnach prowadzonych na terenie Czeczenii. W ciągu ostatniego roku na Ukrainie był wiele razy. Jego zdaniem, wojnę rozpętano przy pomocy propagandy telewizyjnej. Ukraina podąży teraz w kierunku Europy, ale w przyszłości możliwa jest także odbudowa sąsiedzkich stosunków z Rosją.
  


  

Z Arkadijem Babczenko rozmawiał: Roman Popkow

 




Arkadij Babczenko: Bez wsparcia rosyjskiej telewizji tej wojny by nie było



Rozmowa z Arkadijem Babczenką, korespondentem wojennym, weteranem dwóch kampanii czeczeńskich, o procesie tworzenia nowej armii ukraińskiej i nowego ukraińskiego państwa.




W kwietniu 2014 roku trudno przewidzieć, iż na południowym wschodzie Ukrainy dojdzie do
regularnej wojny z użyciem najcięższych rodzajów uzbrojenia. 




Roman Popkow:
Czy wojnę na Ukrainie można nazwać wojną domową?

Arkadij Babczenko:
Owszem, są tam obecne pewne elementy wojny domowej. Ale do tego konfliktu nie pasuje określenie „wojna domowa”. W ogóle uważam, że jest to pierwsza wojna w historii rozpętana wyłącznie dzięki „goebbelsowszczynie”, wyłącznie za pomocą propagandy. Gdyby nie rosyjska telewizja, jej by w ogóle nie było. Tak, istniał tam jakiś ruch prorosyjski, ale wszystko mogło się skończyć się na poziomie demonstracji i mordobicia, największą tragedią mogły pozostać wydarzenia z Odessy. Na południowym wschodzie Ukrainy istniały przesłanki do wojny domowej, ale gdyby nie Rosja, nie doszłoby do wybuchu konfliktu zbrojnego.

Popkow:
W odniesieniu do sytuacji w Donbasie często można usłyszeć różne pokrętne określenia: „wojna hybrydowa”, „wojna zastępcza”…

Babczenko:
 „Wojna hybrydowa” to modny termin. I chyba ta wojna taka jest w rzeczywistości. Ale dla Rosji i ZSRR to zasadniczo nie jest nowe zjawisko. Naprawdę, braliśmy udział wielu wojnach, w których niby to nie uczestniczyliśmy. Weźmy Angolę, tam formalnie nasze wojska nie były obecne, a w rzeczywistości działały tam bardzo aktywnie. Albo wojna w Wietnamie, w niej brali udział co najmniej nasi piloci wojskowi. Tutaj, trudno mówić o czymś dla nas nowym.


Rosja jest agresorem


Popkow:
W rozmowach z Rosjanami wielu Ukraińców nalega, byśmy otwarcie używali określenia „wojna Rosji z Ukrainą”. Mówią: „Przyznajcie, że to jest wojna rosyjsko-ukraińska, przyznajcie, że takie są fakty”. Mają rację?

Babczenko:
Moim zdaniem, Rosja prowadzi wojnę okupacyjną. Między Rosją i Ukrainą, na terenie Krymu, doszło do wojny, to nie podlega dyskusji. Szczególnie teraz, gdy potwierdził to sam Putin. Mieliśmy do czynienia z aneksją części terytorium suwerennego państwa. Donbas miał być kontynuacją wydarzeń na Krymie, tam planowano realizację tego samego scenariusza.

Rosja okupuje część terytorium ukraińskiego, w działaniach bojowych uczestniczą między innymi nieregularne formacje utworzone z miejscowej ludności, współdziałające z regularną armią. Przyjrzyjmy się tej wojnie w oparciu o prawo międzynarodowe. Można tu wyróżnić zarówno agresję bezpośrednią (wyłącznie z udziałem jednostek regularnych), jak i agresję prowadzoną przez formacje nieregularne. Takim nieregularnym formacjom udzielana jest szeroka pomoc – między innymi poprzez wysyłanie ochotników do strefy działań wojennych. Bez cienia wątpliwości, w oparciu o prawo międzynarodowe, można uznać Rosję za agresora,.

Popkow:
Kiedy w konflikcie ukraińskim, twoim zdaniem, rozpoczęło się bezpośrednie i na dużą skalę wykorzystywanie regularnych wojsk rosyjskich? Proponuję, byśmy nie brali pod uwagę Krymu, w tym wypadku wszystko jest jasne, a Donbas?

Babczenko:
W czasie walk o Iłowajsk, w sierpniu 2014 r.


"Popieramy Putina, popieramy Striełkowa? 


Popkow:
Przypomnijmy, co działo się przed „kotłem iłowajskim”. Od kwietnia armia ukraińska atakowała z mniejszym lub większym powodzeniem. Na początku sierpnia Doniecka Republika Ludowa i Ługańska Republika Ludowa znalazły się w bardzo trudnym położeniu. Gdyby rosyjskie bataliony taktyczne nie wkroczyły na terytorium Donbasu, czy Ukraina mogłaby zwyciężyć?

Babczenko:
Zapewne tak. Oddziały ukraińskie dotarłyby do granicy w ciągu około 3 miesięcy. Ważną rolę odegrała tu nie tylko operacja rosyjskich batalionów taktycznych, ale i rozpoczęte wówczas masowe dostawy broni. Bez nich, Ukraina odniosłaby zwycięstwo.

Popkow:
Kiedy w kwietniu zostały podjęte pierwsze próby wyzwolenia Słowiańska i Kramatorska, wszystko wyglądało dość żałośnie – kiepsko wyposażeni chłopcy wyruszyli w przestarzałych wozach bojowych BMD, w starych mundurach i kierzowych butach. Przeciwnik odbierał im te BMD bez jednego wystrzału… Dziś armia ukraińska jest zupełnie inna, inaczej się prezentuje, inaczej walczy. Bywałeś na tej wojnie w różnych jej okresach. Jak byś ocenił zmiany zachodzące w armii ukraińskiej, jak była ich dynamika?

Babczenko:
Ukraińskie siły zbrojne przeobraziły się dosłownie w ciągu miesiąca. Kiedy konflikt nabierał przyspieszenia, Ukraina nie miała armii. W ciągu 23 lat potrafiono w niej tylko kraść. Ludzie szli do wojska nie po to, by służyć, lecz choć gdziekolwiek zaczepić się do pracy. Ale to nie armia była największym problemem. Wtedy, wiosną 2014 r., nie istniało także państwo, jako takie. Stare instytucje państwowe uległy całkowitej degradacji, nowych jeszcze nie powołano do życia. Pod wieloma względami Ukraina była wtedy "failed state". Na posterunkach na wschodzie kraju pełnili służbę milicjanci, którzy jeszcze wczoraj rozganiali Majdan.  Ci ludzie po prostu bezmyślnie sabotowali wszystko, co można. Rozmawiałem z nimi na posterunkach, słyszałem od nich: „Popieramy Putina, popieramy Striełkowa”.





Striełkow opisał sytuację bez ogródek: „Gdyby nie ja, nie doszło by tam do wojny”. Ma absolutną rację. I to w zasadzie on przyczynił się do stworzenia armii ukraińskiej. Kiedy wojsko, milicja oraz dawny „Berkut” zobaczyli, jakie mogą być konsekwencje, przeszli na pozycje proukraińskie.

Gdy konflikt przeszedł w aktywna fazę, znajdowałem się właśnie w mieście Izium, w Obwodzie Charkowskim (40 km od Słowiańska). Dzień wcześniej Striełkow i jego ludzie wkroczyli do Słowiańska. W Iziumie było naprawdę strasznie – tam wszyscy na niego czekali, tam Doniecka Republika Ludowa cieszyła się pełnym poparciem. Ponownie przyjechałem tam miesiąc później, już po rozpoczęciu walk w Obwodzie Donieckim. Sytuacja w Iziumie zmieniła się radykalnie: „dość, żadnej DRL nie potrzebujemy, chcemy być częścią Ukrainy”.


Bataliony ochotnicze ratują kraj


Popkow:
Jeśli dobrze pamiętam, pierwsze sukcesy w tej wojnie Ukraina zawdzięcza batalionom złożonym z ochotników. Batalion „Donbas”, wtedy jeszcze na wpół partyzancki, rozpoczął działania w Obwodzie Donieckim, batalion „Azow” zajął centrum Mariupola. Czy to prawda, że wtedy, na wiosnę, właśnie dzięki ochotnikom udawało się jako tako kontrolować sytuację i nie dopuścić do pełnego krachu?

Babczenko:
Gdyby nie ochotnicy, separatyści chapnęliby obszar co najmniej aż do Charkowa. Oddziały ochotnicze stawiły opór, zaczęły bronić się przed okupacją. Oczywiście, nie można nie wspomnieć o Dniepropietrowsku i Kołomojskim. Życie pisze przedziwne scenariusze. Zdarza się, że oligarcha z szemraną biografią ratuje swój kraj.

Początkowo sytuacja nie ulegała pogorszeniu właśnie dzięki ochotnikom. Wprost z Majdanu poszli do Gwardii Narodowej i stawili się na posterunkach pod Słowiańskiem. Ukraińska armia była niezdolna do walki i zdemoralizowana, nie miała pojęcia o prowadzeniu działań wojennych. Przyjeżdżasz na posterunek wojskowy i widzisz, że to nie posterunek, a klub samobójców. Tak się nie organizuje pozycji bojowych.

Ten moralny fundament – „będziemy walczyć, bo to nasza ziemia” – w najwcześniejszym okresie budowany był w znacznej mierze przez ochotników.

Popkow:
Armia rosyjska dwa razy walczyła w Czeczenii. Za każdym razem była to inna armia, różnice były widoczne gołym okiem. Czy można powiedzieć, że Ukraińcy w ciągu roku przeszli podobną drogę? Czy zmiany w armii ukraińskiej podobne były do zmian w armii rosyjskiej?


Wojny czeczeńskie: nieodrobiona lekcja


Babczenko
Chyba nie, nie aż tak bardzo. Między pierwszą i drugą wojną w Czeczenii upłynęły trzy lata. Wykorzystano ten okres, by zorganizować dla wojskowych zmasowane szkolenia ideologiczne. Z telewizorów zaczęły się wylewać potoki propagandy.

Ogólnie rzecz biorąc, w armii ukraińskiej realizowany jest podobny scenariusz. Rosja zaangażowała się w wojnę czeczeńską w 1994 r., kiedy państwo w zasadzie nie istniało, armia była zdemoralizowana i nie rozumiała, o co walczy. Zdolność bojowa była niska, wojsko ponosiło wielkie straty. Przed rozpoczęciem drugiej wojny w Czeczenii jednostki rosyjskie były w znacznie lepszej kondycji. Armia bardzo się zmieniła.

Ukraina również zaangażowała się w wojnę w czasie, kiedy państwo i armia praktycznie nie istniały. Popełniano podobne infantylne błędy, zdarzały się akty sabotażu, generałowie pili na umór. Od tego czasu minął rok i widać, że teraz to zupełnie inna armia. Teraz potrafi walczyć, chce walczyć, ma motywację.

Ukraińcy mówią: „Nie interesowaliśmy się waszą wojną czeczeńską, bo to nie była nasza wojna”. A szkoda, warto było się zainteresować. Gdyby obserwowali wydarzenia w Czeczenii, nie popełniliby aż tylu straszliwych błędów, nie straciliby takiej ogromny liczby ludzi.



Według oficjalnych danych w wojnie na Ukrainie zginęło ok. 6 tys. ofiar. Jednak w rzeczywistości
statystyki te mogą być znacząco wyższe. 


Obecnie Ukraina zamiast na cudzych, uczy się na własnych błędach. Z jednym wyjątkiem: tu mamy jednak do czynienia z innym tłem ideologicznym. Dla Ukraińców ich wojna jest wojną obiektywnie sprawiedliwą. Podczas drugiej wojny czeczeńskiej nasza armia również miała silną motywację, ale mimo wszystko była to wojna kolonialna, metropolia walczyła ze zbuntowaną kolonią.

W moim batalionie w Czeczenii było dwóch mieszkańców Moskwy – ja i jeszcze jeden chłopak. On poległ, ja wróciłem. W pułku byłem chyba jedynym żołnierzem z wyższym wykształceniem. Owszem, armia miała motywację, umiała walczyć, ale mimo wszystko była robotniczo-chłopska, przeważali w niej ludzie z prowincji. Chłopaków ze stolicy było w niej niewielu, brakowało przedstawicieli klasy średniej. Pod tym względem sytuacja na Ukrainie jest obecnie inna. W ich wojsku odnajdziemy społeczeństwo w przekroju. Dla przykładu: rok temu na jednym z posterunków spotkałem dwóch Ukraińców rozmawiających po angielsku. Jeden był informatykiem, drugi miał własną firmę. Kiedy przyjeżdża do nich CNN, ci ludzie swobodnie rozmawiają z dziennikarzami po angielsku.

Ogromną rolę odgrywają wolontariusze, to cały potężny ruch.  Tak właśnie powinno być w normalnym państwie. Normalnym, czyli takim, które nie jest tworzone odgórnie, na rozkaz „cara-batiuszki”, a przeciwnie – budowane jest dzięki oddolnym inicjatywom społecznym.


Dwa typy armii


Popkow:
Można odnieść wrażenie, że armia rosyjska w Donbasie nie walczy źle, nawet lepiej, niż podczas drugiej kampanii czeczeńskiej. Putinowi udało się odrodzić i odbudować armię?

Babczenko:
Na własny użytek stworzyłem taką teorię: istnieją dwa typy armii. Jedne opierają się na technologiach. Najlepszym przykładem jest armia USA, jej zdolności bojowe są niezwykle wysokie. Ale istnieją też armie zbudowane na zasadzie ordy. Nie ma w nich elektroniki czy dronów, jest tylko automat Kałasznikowa i pięćdziesięcioletnie BTR-y. Życie pojedynczego żołnierza się nie liczy. Także niektóre armie tego typu posiadają wysokie zdolności bojowe. Afganistanu nikomu nie udało się podbić, mimo że podstawową bronią jest tam karabin Kałasznikowa w ręku brodatego faceta w turbanie. Po dziesięciu latach wojny armie zachodnie zmuszone są do wycofywania się, bo nie mogą pozwolić sobie na straty w ludziach w takiej skali.

Rosyjskie siły zbrojne są w pełni gotowe do walki. Tym bardziej, że dysponujemy nie tylko kałasznikowami. Nasz poziom technologiczny, póki co pozwala nam utrzymywać się na powierzchni. Nasza armia zbudowana jest na zasadzie ordy, ale wciąż jeszcze dysponuje całkiem niezłym sprzętem.  Jeśli dojdzie do regularnej wojny pomiędzy armią ukraińską i rosyjską, to ukraińska Rosji oprzeć się nie zdoła.

Popkow:
Czy to prawda, że ta wojna wciąż jeszcze nie rozpaliła się na dobre i dlatego za wcześnie mówić o jej gaszeniu? W tej sytuacji rozejm długi i stabilny jest niemożliwy, bo obie strony chcą walczyć, wierząc, że możliwe jest pełne zwycięstwo na drodze wojennej?

Babczenko:
To kwestia psychologii. Z jednej strony można odczuć zmęczenie – dostrzegam je po obu stronach. Aktywna walka nie może trwać długo. Zwykle, po dwóch-trzech miesiącach, potrzebna jest przerwa, by najzwyczajniej w świecie wyspać się, zregenerować siły i przygotować do kolejnych walk. Właśnie teraz nastał moment potrzebny dla odsapnięcia. Ale w Pieskach na przykład już wczoraj trwały działania bojowe, czyli wszystko zaczyna się na nowo.

Nie spodziewałbym się też takiego wyczerpania sił rosyjskich, by możliwe stało się zamrożenia konfliktu. Strona rosyjska dokonuje regularnej rotacji oddziałów, przysyła nowych ludzi, w pełni sił. Z kolei po stronie ukraińskiej wyczerpanie rekompensowane jest poprzez silną motywację.

Popkow:
 Niektórzy dowódcy jednostek ochotniczych już zostali deputowanymi do Rady Najwyższej Ukrainy. Czy twoim zdaniem to prawda, że obecnie na froncie formuje się nowa ukraińska klasa polityczna?


Dowódcy wojskowi w parlamencie?


Babczenko:
Chyba jako obywatel innego państwa nie powinienem wypowiadać się o tym, jaki system polityczny powinien zostać wprowadzony w Ukrainie. Ale gdybym miał prawo głosu, to do parlamentu wybierałbym profesorów, prawników, ekonomistów, a nie dowódców wojskowych. Dowódca jest potrzebny, gdy dowodzi batalionem. Ale nie powinien w parlamencie decydować w kwestiach dotyczących ustroju państwa.

Popkow:
Porozmawiajmy o „rosyjskich ochotnikach” w Donbasie. Ukraińskie media zgodnie uznają ich albo za przebierańców z rosyjskiej armii, albo za skończonych bandytów i najemników. Ilu, twoim zdaniem, jest wśród nich prawdziwych idealistów, oszukanych idealistów, którzy wciąż jeszcze walczą o „russkij mir”?

Babczenko:
Oczywiście, nie wszyscy z nich to bydlaki i zbóje. Ukraińskie media w tej kwestii mocno przesadzają. Tam naprawdę jest wielu idealistów. W Czeczenii wśród żołnierzy kontraktowych też było ich wielu, siedziałem z nimi w jednym okopie.

Tu nie chodzi nawet o to, że ci ludzie ponoszą odpowiedzialność, że pojechali na kompletnie bezsensowną wojnę, by walczyć nie wiadomo w imię czego. Kiedy traktorzyście, górnikowi czy robotnikowi fabrycznemu zaczynają pchać do głowy cały ten syf o „faszystach zabijających dzieci”, ich reakcja jest zrozumiała: jesteśmy normalnymi ludźmi, mamy obowiązek jechać tam i bronić dzieci. Jednak z czasem, do wielu z nich, w końcu dociera prawda i opuszczają rejony walk. Tak właśnie to wygląda!

Na pewno nie wszyscy z nich są draniami. Trzeba o tym pamiętać, zwłaszcza iż jest to brudna wojna. Mamy do czynienia z ogromnym odsetkiem otumanionych i zdegradowanych społecznie ochotników. Nasz kraj wysyła ich tam w pełni świadomie, tego jeszcze dotąd nie było.

Popkow:
Czy odtąd będziemy żyć z Ukraińcami, jak Serbowie z Chorwatami albo Ormianie z Azerami? Czy zrodzona w tej wojnie nienawiść przetrwa dziesięciolecia?

Babczenko:
Rozdzieliła nas teraz zaciekła, aktywna nienawiść. Podobna wybuchła między Gruzinami i Abchazami czy Serbami i Chorwatami. Te emocje przechodzą po kilku latach, nie trwają długo. Mija pięć, dziesięć, piętnaście lat i mimo wszystko ludzie zaczynają ze sobą handlować, nawiązują jakieś kontakty. Przecież mieszkają po sąsiedzku, przez granicę, i nie mają innego wyboru.

Wystarczy przypomnieć, jak okrutną wojnę stoczyły ze sobą Niemcy i Rosja. A przecież na Placu Czerwonym nikt nie zarzyna i nie bije niemieckich turystów (w każdym razie, póki co), natomiast turystów z Rosji nikt nie wiesza koło Bramy Brandenburskiej.

Aktywna nienawiść z czasem minie. Ale o przyszłości Ukrainy zadecyduje dokonany przez nią obecnie wybór na rzecz Europy. Ukraina coraz bardziej będzie się do niej zbliżać, czynniki prorosyjskie będą odgrywać coraz mniejszą rolę. Ta tendencja zwycięży na trwale.



Tłumaczenie: K.K.



Oryginał ukazał się na portalu openrussia.org:

https://openrussia.org/post/view/4225/



* Arkadij Babczenko (ur.1977), rosyjski dziennikarz i prozaik. Autor tłumaczonej na wiele języków, wydanej także w Polsce książki „Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii”. Laureat licznych nagród rosyjskich i międzynarodowych.






Inne teksty Arkadija Babczenko na blogu "Media-w-Rosji":


17 Wrz 2014

Nieoczekiwanie, do Arkadija Babczenki zgłosili się starzy koledzy, poprosili o wywiad i komentarz. W latach dziewięćdziesiątych pracowali wspólnie w prawdziwie wówczas niezależnej telewizji NTV. Dziś stacja jest tubą propagandową Kremla, a starzy koledzy znów znaleźli w niej zatrudnienie. Zaufał im. Oszukali go. Wywiad wykorzystali w propagandowym filmie dyskredytującym rosyjskich przeciwników wojny z Ukrainą. Nawet nie umiecie porządnie rozprawić się z przeciwnikami, chałturzycie, wstyd wam pracować pod własnym nazwiskiem – Babczenko grzmi i wyśmiewa metody kremlowskiej propagandy.


17 Kwi 2014

Jego ojciec budował rakiety kosmiczne. Cioteczny brat zginął w Afganistanie. Dziadek był czołgistą, mama pracowała w wytwórni jodoformu. Sam Arkadij Babczenko, nim został dziennikarzem, wstąpił na ochotnika do wojska, brał udział w kampanii czeczeńskiej. Jego rodzina i on sam służyli Rosji jak mogli najlepiej. Dlatego trudno mu się pogodzić z tym, iż w odwet za jego obecność na Majdanie, w Rosji nazywa się go teraz banderowcem, piątą kolumną i zdrajcą narodu.



21 Lip 2014
Warto zaglądać na blog niezależnego dziennikarza Arkadija Babczenko. Pisze wprost, prawdę, nawet gdy bywa szczególnie bolesna. Po katastrofie malezyjskiego Boeinga, Babczenko przestrzega przed iluzjami i nadmiernym optymizmem. By przewidywać co zrobi Putin, trzeba znać jego polityczną biografię. Zawsze zachowywał się tak samo: nie ustępował i potrafił wyczekiwać.


04 Maj 2014
Wydaliście wojnę Ukraińcom, nie dziwcie się, że was zabijają – pisze na swoim blogu znany autor antywojennych publikacji w rosyjskiej prasie, Arkadij Babczenko.




Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com







środa, 15 kwietnia 2015

Ambasador Polski ogarnięta antyrosyjskim amokiem



Oficjalna propaganda rosyjska grzmi: ofiarowaliśmy Polsce wyzwolenie, dla niego zginęły setki tysięcy naszych żołnierzy. "Związek Radziecki sam nie był państwem wolnych ludzi, nie mógł nikomu zapewnić wolności" - odpowiada w Moskwie polska ambasador, pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. W rosyjskim Internecie posypał się na nią grad obelg.


Jednak nie wszyscy Rosjanie popierają punkt widzenia oficjalnej, propagandy. Na swojej stronie w Facebooku, polską ambasador wziął w obronę Alfred Koch, polityk, publicysta, jedna z najbarwniejszych postaci na rosyjskiej scenie politycznej: "Nie da się jednostronnie przyznać sobie tytułu wyzwoliciela. Pod tym względem potrzebna jest także zgoda wyzwolonego. Może nie?"


Publikujemy streszczenie wypowiedzi ambasador Pełczyńskiej-Nałęcz i komentarz Alfreda Kocha.
 



 

Ambasador Polski:  Żołnierze radzieccy nie dali Polsce wolności.



Uroczysty moment: Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz składa
na Kremlu list uwierzytelniające.




Ambasador Polski w Rosji, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz uważa, iż żołnierze radzieccy nie przynieśli narodowi polskiemu wolności. Podobne słowa padły z jej ust na antenie "Rossijskoj Służby Nowostiej".



"Chciałam podkreślić, iż otaczamy szacunkiem żołnierzy walczących o wolność ojczyzny. Ale to byli żołnierze Związku Radzieckiego. To nie był kraj wolnych ludzi, ci żołnierze nie mogli przynieść wolności narodowi polskiemu i nie przynieśli." - oświadczyła Pełczyńska-Nalęcz.

Pani ambasador podkreśliła także, iż Warszawa gotowa jest do udziału w dyskusji na ten temat, przede wszystkim dlatego iż Druga Wojna Światowa była wydarzeniem o ogromnym znaczeniu.

Wcześniej Pełczyńska-Nałęcz wyraziła opinię, iż Auschwitz został wyzwolony przez wojska radzieckie.

"Prezydent Polski i polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zajęły w tej sprawie oficjalne stanowisko. Ambasada przekazała je do wiadomości publicznej. Wiele razy podkreślaliśmy, iż nikt w Polsce nie twierdzi, iż rosyjscy żołnierze nie brali udziału w wyzwalaniu Oświęcimia." - oświadczyła Pełczyńska-Nałęcz. "Tę operację przeprowadziła Armia Czerwona, radzieckie siły zbrojne, w nich służyli Rosjanie, Ukraińcy, i wielu innych."

W ocenie polskiej pani ambasador,  konflikt wokół wypowiedzi na temat wyzwolenia obozu Auschwitz został rozdmuchany w sztuczny sposób.





Streszczenie wypowiedzi Ambasador Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, do którego odniósł się Alfred Koch można znaleźć pod następującym adresem:
http://point.md/ru/novosti/v-mire/posol-poljshi58-sovetskie-sldati-ne-prinesli-svobodu-poljskomu-obschestvu



*                                   *                                *



Alfred Koch: 




Alfred Koch na Facebooku pisze dosadnie i demonstruje wielkie poczucie humoru. 



W komentarzach ludzie się wściekają: jak to? my ich nie wyzwoliliśmy? Nie zawdzięczają nam wolności? Może pod panowaniem Niemiec mieliby lepiej? Jak gdyby ich ambasadorkę ogarniętą rusofobskim amokiem poniosło nie wiadomo dokąd. Co za zaraza! Czemu nie powie nic o milionach naszych żołnierzy poległych podczas wyzwalania Polski? O co tu chodzi? Wolne żarty! W głowach im się calkiem pop…….iło!


Nie uważajmy się za świętego wyzwoliciela


Więc zróbmy może krok do tyłu. Przyda się trochę spokoju. Nie będę się tu rozwodził o radziecko -niemieckim pakcie 1939 roku…. Nie napiszę o tym, jak 17 września Armia Czerwona napadła na Polskę, czy o katyńskim morderstwie 22 tysięcy polskich oficerów. Nie wspomnę o niewytłumaczalnym wyczekiwaniu wojsk radzieckich (w ten sposób w rzeczywistości udzielono pomocy wojskom niemieckim) pod Warszawą, gdy Niemcy rozprawiali się z Powstaniem Warszawskim, a także o prześladowaniu żołnierzy Armii Krajowej, koszmarnych represjach stalinowskich wymierzonych w polską inteligencję. Przemilczę narzucenie Polsce własnego nieefektywnego modelu gospodarczego, a także wprowadzenie w 1980 roku stanu wojennego. Wystarczy przypomnieć sobie choćby o jednym z tych faktów, byśmy przestali uważać się za świętego wyzwoliciela.







Napiszę teraz o czym innym. Posłużmy się trochę siłą wyobraźni. Wyobraźmy to sobie, przed wiekami teutońscy Krzyżowcy napadli na Ruś. Zajęli Nowogród, Psków. Doszli do Kijowa, Moskwy, Władimira, Suzdala. Nie byłoby w tym nic dziwnego, mniej więcej, w tym samym czasie Krzyżowcy zajęli Konstantynopol, pokonali Bizancjum. I w rezultacie na wiele lat zamiast prawosławnego mocarstwa na terenie dawnego Drugiego Rzymu powstało Imperium Łacińskie.

Aż tu nagle ze wschodu nadciągnęły mongolskie ciemności. Za jednym zamachem Tatarzy rozbili Krzyżaków i podnieśli swój buńczuk na Świętą Rusią. Zaczęła się epoka tatarsko-mongolskiej niewoli. Ruscy kniaziowie stali się wasalami Wielkiego Chana Złotej Ordy. A lud ruski popadł w niewolę Mongołów.


Czy Tatarzy nas wyzwolili?


Pytanie: mamy prawo określić Tatarów jako wyzwolicieli i powiedzieć, że zawdzięczamy im uwolnienie spod panowania teutońskiego? Zapewne tak, po ich przyjściu, panowanie niemieckie się skończyło. Ale czy dali nam wolność? Nie. Niewolę niemiecką zastąpiła teraz nowa, tatarska.

Teraz po wielu latach, potomkowie zawadiackich bojowników Ordy nie ukrywają zdziwienia: nie uważacie nas za wyzwolicieli? Zapomnieliście już o tysiącach dzielnych wojów poległych w bitwie z Krzyżakami? Czyż nie polegli w boju o wyzwolenie Rusi spod Niemców? Rosyjskie świnie, wciąż są z czegoś niezadowolone! Nie czuja się wolni pod naszymi rządami? Niech lepiej robią wymówki swoim własnym kniaziom. To oni jeździli do nas do Saraju, błagali byśmy wzięli ich pod opiekę.

Kolejne pytanie: czy mamy za sobą lata tatarsko-mongolskiej niewoli? Słyszałem o tym, teraz modna jest teoria, iż w historii naszej nic podobnego się nie zdarzyło. Tylko dlaczego, w relacjach zapisanych w tamtych czasach niewoli (której jakoby miało nie być) można znaleźć wiele barwnych szczegółów?  Jak porywano ludzi i brano ich do niewoli, co wyprawiali namiestnicy tatarscy. Jak ordyńcy najeżdżali mieszkańców, by zmusić ich do zapłacenia daniny. O co robili nieproszeni goście…

Więc nie przeklinajcie tej kobiety. Nie da się przecież jednostronnie przyznać sobie tytułu wyzwoliciela. Pod tym względem potrzebna jest także zgoda wyzwolonego. Może nie?


Komentarz Alfreda Kocha ukazał się na jego stronie w Facebooku:
https://www.facebook.com/koch.kokh.haus?fref=nf




*Alfred Koch (ur.1961), rosyjski polityk, biznesmen, publicysta. W połowie lat dziewięćdziesiątych, pod rządami Borysa Jelcyna, jako prezes Komitetu Skarbu Państwa, a także wicepremier rządu odegrał znaczącą rolę w procesie prywatyzacji rosyjskiego przemysłu. Jako polityk związany był z obozem prawicowych liberałów Jegora Gajdara i Anatolija Czubajsa. W ostatnich latach przeszedł całkowicie na stronę demokratycznej opozycji. W obawie przed represjami emigrował do Niemiec. Jego strona na Facebooku cieszy się gigantyczną popularnością. Jest jedną z barwniejszych postaci na rosyjskiej scenie politycznej. 






Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com





wtorek, 14 kwietnia 2015

Sankcje, scenariusze



Europejskie sankcje odcięły Rosję od zachodnich kredytów. Gospodarka zjada wewnętrzne rezerwy w błyskawicznym tempie. Już w lipcu, Unia Europejska podejmie decyzję, czy przedłużyć działanie sankcji, czy je znieść. Wystarczy veto jednego państwa członkowskiego, by przestały obowiązywać. To dlatego - zdaniem Władimira Miłowa, rosyjskiego działacza opozycyjnego i publicysty - Władimir Putin, spotykając się z przywódcami Grecji, Cypru, Włoch i Węgier próbuje aktywnie skleić "anty sankcyjną" koalicję. Nawet jednak ewentualne zniesienie sankcji, nie poprawi położenia rosyjskich przedsiębiorstw i banków. Rosja w oczach rynków finansowych stała się krajem podwyższonego ryzyka: może napaść na każdego swojego sąsiada.




 Autor: Władimir Miłow
 

 



Dla Putina i jego otoczenia głównym problemem jest teraz, choćby częściowe, zdjęcie  sankcji europejskich, nałożonych na Rosję w lipcu zeszłego roku, po zestrzeleniu malezyjskiego Boeinga nad Donbasem. Sankcje te wprowadzono na 1 rok, przed upływem tego terminu nie ma szans na ich zniesienie. Taka decyzja wymagałaby pełnej zgody wszystkich 28 państw członkowskich Unii Europejskiej - o tym nie ma co marzyć. Ale przedłużenie sankcji też nie będzie proste, dla takiej decyzji, także potrzebna będzie jednomyślność.




Władimir Putin liczy na to, iż grecki premier Alexis Cipras będzie jednym z tych przywódców
państw UE, który w lipcu sprzeciwi się przedłużeniu sankcji nałożonych na Rosję. 




Klejenie koalicji


Dlatego więc Putin stara się teraz skleić koalicję zorientowanych na Rosję państw UE, gotowych zablokować przedłużenie sankcji. Na przestrzeni dwóch ubiegłych miesięcy Putin odbył spotkania z czwórką przywódców państw członkowskich UE. Byli wśród nich premier Węgier Istvan Orban, prezydent Cypru Nicos Anastasiades, Premier Grecji Alexis Cipras i premier Włoch Matteo Rienzi. Rosja usiłuje także porozumieć się z kilkoma innymi państwami, one też zachęcane są do udziału w tej koalicji, są wśród nich Austria, Czechy i Słowacja.

Sytuacja chyba wygląda tak, iż jeśli Putinowi uda się przekonać do zablokowania sankcji jedynie małe państwa, takie jak Grecja, Węgry, czy Cypr, to szanse jego na osiągnięcie zaplanowanego celu będą niewielkie. Europejscy gracze wagi ciężkiej wywrą na nich presję i będzie po wszystkim, wystarczy, że Merkel chrząknie. Dlatego właśnie Putin & Co robią wszystko, by w tej kolacji znalazły się też większe kraje, takie jak Włochy. Czas pokaże, czy Putinowi się uda. Wygląda jednak na to, iż na zniesienie sankcji Europa nie ma wielkiej ochoty, napięcie wojskowe w Donbasie wciąż jest spore, na razie mamy do czynienia z czasowym zawieszeniem broni. W strefie konfliktu nie dokonała się żadna poważne deeskalacja, demilitaryzacja. Bliżej lipca, zwolennicy sankcji będą w stanie zagrać publicznie jeszcze silniejszą kartą. Mogą opublikować raport o rezultatach śledztwa prowadzonego w sprawie katastrofy Boeinga nad Donbasem, w nim prawdopodobnie winą zostaną obarczeni rosyjscy wojskowi (od samego początku uważałem, że Boeing nie został zestrzelony przez donbaskich separatystów, że zrobiła to przetransportowana przez granicę rosyjska bateria. Małpy nie potrafią posługiwać się skomplikowaną techniką wojskową, brak im kwalifikacji, by zestrzelić samolot lecący na wysokości 10 tys. metrów).


Dlaczego zniesienie sankcji europejskich ma dla Putina tak wielkie znaczenie?


Po ich wprowadzeniu biznes rosyjski dotknęła prawie całkowita międzynarodowa blokada kredytowa. Nikt już nam nie pożycza pieniędzy. Ofiarą tej blokady padły nie tylko przedsiębiorstwa objęte sankcjami. Na wszelki wypadek nie pożycza się Rosjanom w ogóle. Wszystkich dręczy pytanie, czy przypadkiem Rosja nie zaatakuje jeszcze kogoś. To oczywiście doprowadziłoby do objęcia sankcjami jeszcze większej ilości banków i przedsiębiorstw.  W rezultacie, na międzynarodowych rynkach finansowych, Rosję dotknęły bezprecedensowe ograniczenia kredytowe. Najświeższe dane Banku Centralnego mówią o tym, iż całkowite zadłużenie rosyjskich banków i przedsiębiorstw zmniejszyło się z 660 miliardów dolarów 1 lipca 2014 roku, do 509 miliardów 1 kwietnia roku bieżącego. Odnotowaliśmy spadek o 150 miliardów na przestrzeni 9 miesięcy.

Nie ma czym tych pieniędzy zastąpić. Nasz system finansowy nie potrafi zdobywać ich na rynku wewnętrznym. Chińczycy wbrew rozbudzonym nadziejom nic nie dali i nie dadzą. Gospodarka zetknęła się z wielkim kryzysem w dziedzinie finansowania. Na razie pomaga sobie, wykorzystując stare rezerwy. W ciągu 2 miesięcy, fundusze rezerwowe Ministerstwa Finansów zmniejszyły się o 2 biliony rubli. W tym tempie, bilion co miesiąc, rezerw nie starczy na długo.

Stąd bierze się obecna strategia Kremloidów - zrobimy wszystko, by znieść sankcje europejskie, by uruchomić ponownie zachodnie kredyty dla Rosji. To dlatego, Putin tak bardzo kadzi gotowym do kontaktów przywódcom państw UE.


Płonne nadzieje


Ale i ta strategia nie przyniesie rezultatu, tak jak wiele podobnych pomysłów zgłaszanych w zeszłym roku. Najpierw słyszeliśmy, iż zachód nie wprowadzi poważnych sankcji wymierzonych w rosyjski sektor korporacji i banków, iż ograniczy się jedynie do sankcji "punktowych" wymierzonych w urzędników, tak postąpiono wobec Białorusi. Po drugie, wmawiano nam, iż Europa w odróżnieniu od USA nie jest gotowa na wprowadzenie poważnych sankcji. Po trzecie, przekonywano nas, iż czeka nas chiński potop finansowy. Wszystkie te nadzieje okazały się płonne.

Także nadzieja na zniesienie sankcji europejskich już w lipcu okaże się płonna. Jeśli nawet podjęte zostaną, pozytywne z punktu widzenia Kremla, decyzje to nie rozwiążą one najważniejszego obecnie problemu - nie tylko rządy ograniczają z nami kontakty, robią to także banki. Instytucje finansowe już dokonały na poważnie nowej kalkulacji ryzyka politycznego związanego z pożyczaniem pieniędzy rosyjskim kredytobiorcom. Rosja traktowana jest dziś jako państwo nieprzewidywalne. 

Może zwyczajnie napaść na swoich sąsiadów. Jeśli więc sankcje zostaną zniesione, nie ma co oczekiwać, iż strumień udzielanych nam kredytów osiągnie dawne rozmiary. Rosjanom będą dawać niewiele i bardzo ostrożnie. Ale co ważniejsze, wciąż nie ma podstaw dla zniesienia sankcji. Przywódcy państw będących zwolennikami ich utrzymania dysponują na pewno nowymi, poważnymi argumentami i nie zawahają się, by ich użyć.







Tak długo, jak Putin prowadzi grę obliczoną na zniesienie sankcji, prawdopodobieństwo, iż podjęte zostaną działania bojowe przeciw Ukrainie na większą skalę jest niewielkie. Dokąd nie zostaną podjęte główne decyzje Putin stara się zachowywać jak "porządny facet". Ale, gdy zorientuje się, że jego starania nie przynoszą rezultatu, może wierzgnąć. Tak, jak stało się to w styczniu w Mariupolu, po tym jak odwołano spotkanie w formacie normandzkim, zaplanowane w Astanie. W końcu jednak odbyło się spotkanie w Mińsku, gdzie podpisane znane porozumienie.


Ofensywa na wielką skale? Chyba nie…


Jeśli Europejczycy przedłużą działanie sankcji, można spodziewać się eskalacji działań wojennych na Ukrainie. Jednak osobiście, nie spodziewałbym się ofensywy na wielką skalę. W ciągu ostatniego roku Ukraina, w większym, lub mniejszym stopniu, zwiększyła swój potencjał bojowy. Ludność położonych na wschodzie regionów Ukrainy dala znać, czego chce (ludzie nie popierają Putina). W obecnych warunkach, jakakolwiek poważna ofensywa przeciw Ukrainie ugrzęźnie podczas szturmu większych i średnich miast. Dla Putina oznaczać to będzie wielką i krwawą wojnę miejską "a la Sarajewo", zwłaszcza wówczas, gdyby podjęto próbę sforsowania Dniepru.

Obecna sytuacja znajduje się w stanie zamrożenia. Stare niebezpieczeństwa nie zniknęły. Zachowanie Putina dalej jest niezrównoważone. Nie udało mu się zrealizować większości celów, nie wiadomo co robić dalej. W drugiej połowie roku można także oczekiwać, iż Rosja będzie się domagać, by w nowej konstytucji Ukrainy zapisano prawo regionów wschodnich nałożenia veta na wstąpienie do NATO, itd.

Może się mylę, ale tak widzę obecną sytuację.


Tłumaczenie: ZDZ




Oryginał ukazał się na blogu Władimira Miłowa publikowanym także na portalu radiostacji "Echo Moskwy": http://www.echo.msk.ru/blog/milov/1529632-echo/




*Władimir Miłow jest dyrektorem Instytutu Polityki Energetycznej. W 2002 roku przez kilka miesięcy zajmował stanowisko wiceministra energetyki w rządzie Michaiła Kasjanowa. Znany jest także ze swej działalności w szeregach opozycji demokratycznej. W roku 2008 wspólnie z Borysem Niemcowem opublikował krytyczny raport „Putin. Rezultaty.” W 2012 r. został wybrany przywódcą opozycyjnej parti „Demokratyczny Wybór”. 









Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com






środa, 8 kwietnia 2015

Wszystkim jest wszystko jedno: dlaczego nie będzie rosyjskiego Watergate?



Od przeszło tygodnia Timur Prokopienko, młody wiekiem urzędnik kremlowskiej administracji, jest w Rosji bohaterem skandalu, który w innym, normalnym kraju spowodowałby polityczne trzęsienie ziemi. Dzięki nikomu nie znanej "Anonimowej Międzynarodówce" w sieci znalazły się tysiące esemesów Prokopienki, zastępcy kierownika wydziału polityki wewnętrznej Administracji Prezydenta. Teraz wiadomo jeszcze lepiej, jakimi metodami Kreml walczy z opozycją, dusi niezależne media, wynagradza służalczych i posłusznych. W materiale radia "Swoboda" przygotowanym przez Dmitrija Wołczka, działacz opozycji Georgij Ałburow i bloger Rustem Adagamow opowiadają, jak stali się ofiarami nagonki Kremla i co w korespondencji Prokopienki zdumiewa ich najbardziej.
 



Autor: Dmitrij Wołczek
  





Publikacja wiadomości esemesowych wysyłanych przez urzędnika z Administracji Prezydenta rzuca światło na to, w jaki sposób Kreml manipuluje mediami i prowadzi walkę z opozycją. 


"Anonimowa Międzynarodówka" udostępniła w sieci korespondencję esemesową Timura Prokopienki, zastępcy kierownika wydziału polityki wewnętrznej w Administracji Prezydenta. Już wcześniej hakerzy opublikowali jego korespondencję mejlową.





"Anonimowa Międzynarodówka" i portal "Szałtaj-Baltaj" od dwóch lat karmią Rosję sensacyjnymi przeciekami
kompromitującymi urzędników na Kremlu. Nikt nie wie kim są na prawdę. 




Strona internetowa "Anonimowej Międzynarodówki" http://b0ltai.org/ została w Rosji zablokowana na podstawie decyzji federalnej agencji ROSKOMNADZOR w lipcu zeszłego roku. Jednak zbiór 40 tys. wiadomości wysłanych z telefonu Prokopienki można znaleźć na ogólnie dostępnych portalach, takich jak Yodnews, Meduza, oraz Inisider . Cykl publikacji portalu "Insider" nosi tytuł "Współczesna historia polityki rosyjskiej opowiedziana w esemesach"


Kogo na Kremlu nazywają "Papą"?


Nie ma tu mowy o przesadzie. Z korespondencji Prokopienki można dowiedzieć się wiele o kulisach skandali politycznych i zmian kadrowych w mediach, o manipulowaniu informacją, współpracy Kremla z deputowanymi Dumy, kierownictwem ROSKOMNADZORU, dziennikarzami i działaczami kultury. Na szczególne zainteresowanie zasługują esemesy Prokopienki wymieniane z Michaiłem Gapustianem (popularny rosyjski showman, komik - "mediawRosji"). Jak wynika z wiadomości ujawnionych przez "Anonimową Międzynarodówkę", popularny satyryk i komik publikował na swoim blogu teksty o Ukrainie, uczestniczył w prezentacji koszulek z portretem Putina, w zamian zaś za demonstrowanie lojalności domagał się od Kremla, by przyznano mu tytuł "Zasłużonego Artysty Rosji".

Inna, interesująca historia związana jest z aktorem Mickey Rourke. Zapłacono mu wysokie honorarium za to, by na koszulce z portretem Putina mogło pojawić się także jego zdjęcie. Komunikując się w tej sprawie z urzędnikiem na Kremlu, Aram Aszotowicz Gabrelianow (szef pro kremlowskich mediów "LifeNews" i "Izwiestii" - "mediawRosji") prezydenta Putina czule nazywał "Papą".

Ciekawe są także inne wątki. W korespondencji z zastępcą szefa agencji ROSKOMNADZOR Maksimem Ksienzowem omawiano fałszywy wywiad z astrologiem Pawłem Głobą, zastanawiano się nad zablokowaniem portalu BBC (w końcu zrezygnowano, obawiając się w odpowiedzi sankcji wobec telewizji "Russia Today"), wyrażano niepokój w związku z pojawieniem się w sieci portalu "Putin nie żyje". W esemesach omawiano także inne tematy: głośny skandal związany z sondażem stacji telewizyjnej TV DOŻD'" na temat blokady Leningradu, listę gości zaproszonych do udziału w programie telewizyjnym Władimira Sołowiowa, instrukcje w różnych kwestiach kierowane pod adresem znanych dziennikarzy telewizyjnych, czy redaktorów portali internetowych.



Kariera Timura Prokopienki może przyprawić o zawrót głowy. Był deputowanym do
parlamentu, osiągnął na Kremlu wysokie stanowisko. Czy zaszkodzi mu wyciek z jego korespondencji? 




Kim jest Timur Prokopienko?

Kariera 34-letniego Timura Prokopienki może przyprawić o zawrót do głowy. Jest on synem generała KGB. Pracował w agencji ITAR-TASS, w latach 2010-2012 stał na czele "Młodej Gwardii" partii "Jedna Rosja". W grudniu 2011 został deputowanym do Dumy, złożył jednak swój mandat, gdy zaproponowano mu pracę w Administracji Prezydenta. Agencja "RBK" jest zdania, iż pojawienie się w sieci mejli i esemesów Prokopienki uniemożliwiło mu awans na wyższe stanowisko. W marcu 2015 roku funkcję kierownika wydziału polityki wewnętrznej przestał pełnić Oleg Morozow. Prokopienko liczył, iż zostanie jego następcą. Wielu komentatorów uważa, iż "Anonimowa Międzynarodówka" (po raz pierwszy usłyszeliśmy o niej w 2013 r.) publikuje materiały kompromitujące urzędników w interesach jednej z kremlowskich frakcji.

W normalnym kraju publikacja podobnej korespondencji stałaby się źródłem gigantycznego skandalu.

Po przeczytaniu korespondencji Prokopienki, polityk Leonid Wołkow (bliski współpracownik Aleksieja Nawalnego - "mediawRosji") zwrócił przede wszystkim uwagę na sposób, w jaki Administracja Prezydenta prowadziła walkę z Radą Koordynacyjną opozycji rosyjskiej i organizowała kampanię propagandową wymierzoną w Aleksieja Nawalnego i jego współpracowników. Udało się także wyjaśnić niektóre szczegóły zdumiewającego procesu sądowego w sprawie domniemanej kradzieży obrazu "Zły i dobry człowiek", namalowanego przez artystę z Władimira, Siergieja Sotowa. Oskarżonym w nim jest pracownik "Fundacji do Walki z Korupcją" Georgij Ałburow. Zarzuca mu się kradzież obrazu wiszącego na płocie. Po ujawnieniu dokumentów Prokopienki, Ałburow napisał w Twitterze: "Czekaliśmy wszyscy, kiedy zdarzy się nasz Watergate. Właśnie go mamy." W wywiadzie udzielonym Radiu Swoboda, Ałburow skorygował swą ocenę. Jego zdaniem korespondencja Prokopienki budzi zdumienie także ludzi nieźle zorientowanych w kremlowskiej kuchni, jednak w Rosji trudno spodziewać się skandalu na miarę Watergate.








Informacje o licznych przestępstwach


Georgij Ałburow:
W normalnym kraju, gdzie prawidłowo funkcjonuje system sądowniczy, odbywają się normalne wybory, tego rodzaju przeciek musiałby wywołać gigantyczny, trwający przez lata, skandal o charakterze politycznym. W Rosji, co najwyżej, dywagujemy na ten temat w blogach. W korespondencji tej można jednak znaleźć informacje o licznych przestępstwach. Widzimy teraz, jakiej presji poddawane są media, jak wprowadzana jest cenzura, jak niszczy się ludziom reputację. Możemy przeczytać o tym, jak wydawane są zakazy na pokazywanie klipów wzywających ludzi do udziału w demonstracjach opozycji. To są fantastyczne materiały. Mamy do czynienia z trutniami, 95% swego czasu tracą na to, by zaśmiecić Twitter rysunkami na temat Nawalnego, by doprowadzić do zerwania kolejnego marszu opozycji. Ludzie ci pełnią władzę, utrzymywani są z naszych podatków. Trudno mi ukryć oburzenie. Na podstawie tych dokumentów można wytoczyć dziesiątki procesów.

Dmitrij Wołczek:

Także pana nazwisko wymieniane jest w ujawnionej korespondencji. Portal "Insider" uważa, iż wytoczono panu proces w odwecie za tweet, którego bohaterką była deputowana do Dumy, Irina Jarowaja (znana ze szczególnej służalczości wobec Kremla - "mediawRosji"). Nazwał ją pan "narkomanką dnia".  Co pan o tym myśli?



Georgij Ałburow jest jednym z najbliższych wspołpracowników Aleksieja Nawalnego
w Fundacji do Walki z Korupcją. 



Ałburow:
To był okazjonalny tweet, przyszedł mi do głowy w sekundę, po sekundzie był już w sieci, a po następnej już o nim zapomniałem. Ale jak się okazało, w Administracji Prezydenta wywołał burzliwą dyskusję. Pokazano go deputowanej Jarowej, prawnikom, zastanawiali się nad nim wyżsi urzędnicy wydziału polityki wewnętrznej. Od razu chce się zapytać, czym zajmują się ci ludzie opłacani z naszych podatków? Zapewne, to jedna z przyczyn mojego procesu. Jednak ważniejsze było śledztwo prowadzone przeze mnie w sprawie spółdzielni budowlanej "Sosny". To ona zbudowała domy dla kilku wyższych funkcjonariuszy partii "Jedna Rosja", Wołodina, Niewierowa. Z powodu tej historii prześladowano także stację telewizyjną "TV DOŻD'", pozbawiając ją dostępu do sieci kablowych. Wiaczesław Wołodin, Siergiej Niewierow, Kreml zareagowali histerycznie na moje śledztwo. Na nieszczęście, w ujawnionej korespondencji nie ma mowy o wielu rzeczach, nie ma szczegółów dotyczących reakcji Administracji Prezydenta. Ale wiemy o tym z innych źródeł, publikacja na temat "Sosen" wywołała w niej prawdziwe tornado.

Wołczek:
W dalszym ciągu warto zajmować się sprawą "Sosen"?

Ałburow:
To było proste śledztwo. Staraliśmy się ustalić miejsce zamieszkania urzędników, dowiedzieć w jaki sposób kupili działki, kto jest teraz jej właścicielem. Wyniki opublikowaliśmy w listopadzie 2013 roku. Latem 2014, dzięki "Anonimowej Międzynarodówce" dowiedzieliśmy się więcej, funkcjonariusze "Jednej Rosji" kupili elitarne działki za kopiejki, choć rynkowa cena metra kwadratowego wynosi tam krocie. Mieliśmy do czynienia z jawnym przypadkiem korupcji i łapówkarstwa. Na temat "Sosen" dowiedzieliśmy się wszystkiego, co nas interesowało, jak załatwiono formalności, ile zapłacono. To śledztwo uznaliśmy za skończone. Ale nie mam wątpliwości, z czasem na jaw  znów wyjdzie coś nowego i nasze śledztwo trzeba będzie wznowić.

Wołczek:
Co pan i Fundacja do Walki z Korupcją macie na tapecie teraz?


Nielegalne firmy senatora Fietisowa


Ałburow:
Dwa tygodnie temu opublikowaliśmy informacje o trzech firmach cypryjskich zarejestrowanych przez senatora Wiaczesława Fietisowa (w przeszłości znany hokeista, dziś polityk związany z Kremlem - "mediawRosji"). Co ciekawe, on sam uczestniczył w przyjęciu ustawy, która przewiduje, iż deputowani będący właścicielami firm zarejestrowanych w zagranicznych rajach podatkowych muszą zrezygnować z mandatu. Reagując na naszą publikację, przewodnicząca Rady Federacji, była gubernator St. Petersburga Walentyna Matwijenko oświadczyła, iż sprawą zajmie się specjalna komisja. Podobno Wiaczesława Aleksandrowicza oszukali wspólnicy, on sam miał im przekazać swoje firmy, oni zaś żadnej nie przerejestrowali. To jakaś brednia, formalnościami w rajach podatkowych powinien zajmować się właściciel, nie zaś obdarowany beneficjent. Nie znaleźliśmy niczego, co świadczyłoby o tym, iż Fietisow przekazał swoje firmy komukolwiek, lub choćby zainicjował procedurę przekazywania. Domagamy się, by natychmiast pozbawiono go stanowiska. Wszystkie materiały i wnioski przekazaliśmy prokuraturze, Komitetowi Śledczemu, Administracji Prezydenta, Radzie Federacji. Poczekamy, zobaczymy, jaka będzie odpowiedź. W ciągu jednego-dwóch tygodni w Radzie Federacji powinna zebrać się komisja, by zanalizować przekazane przez nas materiały.

Wołczek:
Istnieje wiele wersji tłumaczących, kto stoi za "Anonimową Międzynarodówką". Jedni uważają, iż mamy do czynienia z walką frakcyjną wewnątrz Administracji Prezydenta, lub rządu. Urzędnicy podgryzają się nawzajem, ujawniając kompromitujące materiały. Ma pan w tej sprawie swoje zdanie?

Ałburow:
To ciekawe, kto się tym zajmuje, ale ja sam nie mam żadnych dodatkowych informacji. To prawdopodobne, iż mamy do czynienia z intrygami wewnątrz aparatu. Możemy się tylko cieszyć, gdy żaba ze żmiją gryzą się dywanem i w rezultacie z dywanu wysypują się ciekawe papiery, my zaś możemy z nich korzystać. Dlatego, tak bardzo nam się to podoba. Miejmy nadzieję, że to jeszcze nie koniec. - Georgij Ałburow powiedział w rozmowie z Radiem Swoboda.


Opublikowane przez "Anonimową Międzynarodówkę" esemesy Timura Prokopienko rzucają światło, na jeszcze jedną głośną sprawę. Jej bohaterem był znany bloger Rustem Agadamow ("Drugoj" - jeden z najbardziej popularnych rosyjskich blogerów i dziennikarzy o demokratycznej orientacji. Obecnie mieszka w Pradze - "mediawRosji"). W swoim czasie stal się on celem prawdziwej nagonki. "The Insider" podkreśla, iż w sprawie Adagamowa jednym z doradców Prokopienki była przewodnicząca "Związku Ochotników Rosyjskich" Jana Łantratowa. Autorem sensacyjnych oskarżeń pod adresem blogera była Irina Bergset. Od niej dowiedzieliśmy się o zgwałconych chłopcach "przebranych za Putina" i o prowadzonych w Norwegii "lekcjach kazirodztwa".  Rustem Adagamow powiedział Swobodzie, iż już wcześniej orientował się z grubsza, jak organizowano wymierzoną w niego kampanię.


Media pod kontrolą młokosa


Rustem Adagamow:
W ujawnionych dokumentach nie ma wiele nowego na mój temat. Już wcześniej wiedziałem, iż w nagonce przeciw mnie aktywnie uczestniczyła Jana Łantratowa. Zainteresowało mnie co innego, to jak Prokopienko współpracował z agencjami prasowymi. W rzeczywistości wszystkie znaczące rosyjskie agencje informacyjne znajdowały się pod kontrolą tego młokosa, w przeszłości przywódcy "Młodej Gwardii". Robi się przykro, a nawet wstyd, gdy uświadomić sobie, iż ów młody człowiek nadzorował rosyjskie środki masowego przekazu. To jest najbardziej zdumiewające. Cały system współpracy z mediami budzi nie zdziwienie, raczej obrzydzenie. Tak zachowuje się zorganizowana grupa przestępcza. W jej dyspozycji znajdowały się praktycznie wszystkie rosyjskie media, agencje informacyjne, stacje telewizyjne, posługiwano się deputowanymi do parlamentu, za ich pośrednictwem organizowano przecieki informacyjne. Współpracowano z FSB, Ministerstwem Spraw Weenętrznych, Komitetem Śledczym. Mogli robić, co chcieli.

Wołczek:
Zdumiewa ich małostkowość. Reagowano na banalne tweety, obrazki, rysunki. Tak nie zachowują się ludzie odpowiedzialni za kraj, to poziom jarmarcznych blogerów.




Rustem Adagamow znany jest w Rosji jako "Drugoj". Jego blog cieszy się ogromną
popularnością. Kreml nie chciał mu wybaczyć demokratycznej orientacji. 



Adagamow:
Całe pole informacyjne poddano obróbce, przeorano dokładnie. Nie pozostawiono ani kamyka, ani chwastu. Dlatego reagowano na wszelkie drobiazgi, a nuż nie spodobają się szefowi. Sami z resztą nazywali go Papą. Proszę zwrócić uwagę na tę mafijną terminologię - "Papa". Jesteśmy ludźmi dorosłymi, rozumiemy kto rządzi krajem, kto kształtuje politykę. Ten poziom jest przerażający.

Wołczek:
A jednak jakieś dziwne siły mają odwagę to demaskować. Co pan myśli o "Anonimowej Międzynarodówce"? Mamy do czynienia z intrygą wewnątrz Administracji Prezydenta? Czy może zajmują się tym zwolennicy opozycji?

Adagamow:
Myślę raczej, że obserwujemy znaną z historii wojnę kremlowskich wież. To nie jest robota jakichś super hakerów. Ktoś stara się rozwiązać własne, małe problemy. Z wydziału polityki wewnętrznej odszedł Oleg Morozow. Teoretycznie jego miejsce powinien był zająć Prokopienko. A jednak nie doczekał się awansu. Jego esemesy wywołały zbyt wielką burzę. Nie wierzę, że autorem tych przecieków są jacyś szlachetni rycerze, ktoś w rodzaju Robin Hooda. Tak wojują ze sobą zamknięte w słoiku pająki. Tak prowadzona jest walka o stanowiska.

Wołczek:
Jednak społeczeństwo na tym skorzystało. Dowiedzieliśmy się wiele nowego.


Porozmawiamy przez dwa dni i zapomnimy


Adagamow:
Porozmawiamy o tym przez dwa dni i zapomnimy. W naszym kraju, jeśli nie zależy na tym Kremlowi,  opinia publiczna nie odgrywa żadnej roli. Kiedy rozpoczął się atak na stację telewizyjną "DOŻD'", na sygnał z góry zmobilizowano reakcję opinii publicznej. Nagle oburzyli się ludzie, którzy przeżyli blokadę Leningradu. Weźmy publikacje "Nowej Gaziety", śledztwa Nawalnego, wiadomości o nich żyją przez dwa dni, potem przestaje się o nich pamiętać. Nikt nie podaje się do dymisji, nie są wyciągane żadne wnioski, nikogo nie spotyka kara. Oto przykład jednego z deputowanych (Adagamow ma na myśli Denisa Woronienkowa z frakcji KPRF, jego przypadek niedawno opisały media - "mediawRosji") z wynagrodzeniem w wysokości 2 miliony rubli rocznie 130 tys. złotych). A tu okazuje się, iż jest on właścicielem pałaców i garażu pełnego limuzyn. No i co? I nic. Jest deputowanym, pozostanie nim dalej. Mamy teraz historię z senatorem Fietisowem, właścicielem firm zarejestrowanych w strefie offshore. Jest senatorem, dalej nim będzie. Opinia publiczna nie ma tu żadnego wpływu.  Zanikło życie polityczne, nie ma opozycji, nie ma niczego. O wszystkim decyduje grupa ludzi podczas piątkowych spotkań w łaźni. Piją piwo i podejmują decyzje. Jak gdyby w kraju zatrzymało się życie.

Wołczek
Nie będziemy więc mieć skandalu podobnego do afery Watergate?

Adagamow:
Nie ma o tym mowy. Wszystkim jest wszystko jedno.





Tłumaczenie: K.W.

Tekst ukazał się na portalu svoboda.org:

http://www.svoboda.org/content/article/26936915.html




*Dmitrij Wołczek (ur. 1964), od 1988 roku dziennikarz rosyjskiej redakcji Radio Swoboda. Redaktor naczelny portalu svoboda.org. Poeta, tłumacz literatury anglojęzycznej. 









Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com