środa, 23 kwietnia 2014

W telewizji pokazali…


Wpatrzona w ekrany telewizorów Rosja traktuje telewizję jako główne źródło rozrywki oraz informacji.  Od lat największą gwiazdą jest w niej prezydent Putin. Z trudem mogą konkurować z nim seriale i kilku popularnych showmanów. Znana specjalistka w zakresie mediów, Arina Borodina tłumaczy, dlaczego Kreml tak pilnie dba o kontrolę nad telewizją.


W końcu marca Arina Borodina wystąpiła na seminarium w moskiewskiej Wyższej Szkole Ekonomii. Na łamach magazynu „Bolszoj Gorod” jej prelekcję „Co ogląda współczesny telewidz?” omówiła Ksenia Iwanina.




Największą gwiazdą telewizyjną współczesnej Rosji jest od lat  prezydent
Putin. Szczególnym powodzeniem cieszą się jego poslania noworoczne. 



1. Program Pierwszy telewizji rosyjskiej ma w Moskwie tylu samo widzów, co średnio, poza stolicą,  na terenie Rosji


Dwadzieścia bezpłatnych programów, dostępnych na terenie całego kraju składa się dziś w Rosji na ofertę telewizji tradycyjnej. Wśród nich są Program Pierwszy, stacja Rossija – 1 (należąca do spółki państwowej WGTRK)  oraz NTV. Dwa pierwsze programy mają status państwowych, natomiast NTV teoretycznie nie jest stacją państwową. Z formalnego punktu widzenia jest stacją prywatną, jednak pakiet kontrolny jej akcji należy do Gazprombanku. Ogólnie 45% telewidzów w kraju ogląda te trzy programy. W Moskwie wynik jest podobny, pomimo większej dostępności rozrywki alternatywnej - kin, teatrów, różnorodnych imprez. Pod tym względem różnica pomiędzy Moskwą i średnią krajową jest zadziwiająco mała.


2. Moskwianie lubią seriale kryminalne

Rankingi nie przynoszą odpowiedzi na pytanie "podoba się, czy nie", ale pokazują na co jest zapotrzebowanie. Zagadka: dlaczego wszystkie seriale nadawane o 19:30 przez stację NTV są kryminalne? Formuła zawarta jest już w samych tytułach: "Zona" ("Więzienie"), "Mientowskije wojny" ("Gliniarskie wojny"), "Szamany" ("Szamani"), "Lesniki" ("Leśnicy"), "Morskije diawoły" ("Morskie diabły"). Ogląda się je  przede wszystkim w Moskwie, a nie,  jak się często uważa, na prowincji.

3. Twierdzenie, że internet zastąpi telewizję jest dużą przesadą. Sądząc po rankingach, z roku na rok, znaczenie telewizji nie ulega istotnemu zmniejszeniu.

Programy o zasięgu krajowym mają ogromną moc, nic więc dziwnego dlaczego władza tak się trzyma telewizji. Im dalej od Moskwy, tym telewizja ma większe znaczenie jako nośnik informacji i środek komunikacji. Często w niewielkich miastach po siódmej wieczorem telewizor staje się głównym członkiem rodziny, najważniejszym rozmówcą. Jest to poważny problem i dramat, ale na razie nie widzę alternatywy dla telewizji. Najpopularniejsze audycje z reguły mają stabilną ilościowo widownię i dlatego tak długo utrzymują się w eterze.



"Vremia", codzienny program informacyjny Pierwszego Programu gromadzi
w całej Rosji gigantyczne audytorium. 

4. Wydarzenia na Ukrainie wywróciły eter do góry nogami. Poczynając od stycznia ilość widzów programów informacyjnych zwiększyła się o około 20%

Weźmy dane dla Moskwy za tydzień od 17 do 23 marca. Pozycję lidera zajmuje program "Wriemia" (codzienny wieczorny program informacyjny) nadawany przez  Program Pierwszy, na drugim miejscu jest audycja "Woskriesnoje wriemia" (nadawane w niedzielę, podsumowujące wydarzenia tygodnia, analityczne wydanie programu "Wriemia"), a na trzecim – "Gołos" (konkurs talentów muzycznych). Pozostałe pozycje w pierwszej dziesiątce okupują programy informacyjne, wyjątkami są w niej serial "Durnaja krow'" ("Zła krew") i program rozrywkowy "Tocz' w tocz'" ("Kropka w kropkę" - uczestnicy z pomocą specjalistów zamieniają się w sobowtóry gwiazd).
Skąd się bierze aż taka ilość wiadomości? Możemy różnić się w ocenach polityki państwa, ale wpływ tego, co pokazuje telewizja państwowa jest kolosalny. Nawet w 2008 roku, podczas konfliktu zbrojnego w Osetii Południowej programy informacyjne nie pracowały tak skutecznie. Wówczas program "Wriemia" oglądało średnio od 15% do 20% telewidzów, obecnie, w ciągu ostatnich trzech tygodni gromadził on co najmniej 25% widzów. Wiadomości wyparły z wieczornego pasma prime time programy rozrywkowe. Zwiększono czas przeznaczony na poszczególne wydania wiadomości, po 10 materiałów w każdym z nich poświęconych jest Ukrainie.
Jeśli od rana do wieczora powtarza się w nich, że wszystko to jest robota banderowców i faszystów, to trudno oczekiwać, by widzowie mieli jakieś wątpliwości i dopuszczali myśl, iż być może są tam też nie-banderowcy i nie-faszyści (choć to oni są zdecydowana większością).
Internet nie jest alternatywnym źródłem informacji, czasem przeszkodą w podłączeniu się do sieci jest brak możliwości finansowych, czasem ludziom brakuje właściwych nawyków.

5. W ostatnich 12 lat w rosyjskiej telewizji największą popularnością cieszyły się seriale i noworoczne orędzia prezydenta

Niedawno przygotowałam dużą analizę dla internetowego wydania Lenta.ru zatytułowaną "Kraj Putina i seriali". Przedstawiłam w niej antologię programów cieszących się największą popularnością w ostatnich 12 latach. Połączyłam wszystkie dane z archiwum firmy TNS Russia od 2002 roku, przeczesałam je, zajrzałam do archiwum własnych publikacji. Jakie programy rosyjscy widzowie oglądają najchętniej? Na pierwszym miejscu z kolosalną przewagą znalazły się seriale. Na drugim – filmy, telewizyjne premiery obrazów produkowanych dla kina. Na trzecim – programy informacyjne. Dalsze pozycje zajmują: programy muzyczne, rozrywkowe, sportowe, talk show, projekty specjalne. Ale i tak co roku liderem rankingów jest noworoczne orędzie prezydenta ! To wyjątkowa sytuacja!

6. W przekroju roku 2014 najpopularniejszym tematem pozostanie Olimpiada, nie Ukraina.

Najważniejsza dla Rosjan jest jazda figurowa, Olimpiada wzrusza, nawet jeżeli nie jesteśmy miłośnikami sportu. To transmisje na żywo, widowisko masowe. Transmisje na żywo budzą niezwykle silne emocje. Im dalej od Moskwy, tym są one bardziej odczuwalne i ważniejsze. Olimpiada w Soczi pobiła wszelkie wyobrażalne rekordy telewizyjne, poprzednie igrzyska w Vancouver, czy w Turynie cieszyły się o wiele mniejszą popularnością.
Pod względem oglądalności pierwsze miejsce zajęła ceremonia otwarcia, obejrzało ją prawie 38% widzów, drugie ceremonia zamknięcia – 36%, a następnie mecz hokejowy Rosja – USA. Program informacyjny "Wiesti" nadawany w przerwach również utrzymał swój udział w widowni.
Rekordową transmisją w ostatnich 15 latach były mistrzostwa świata w piłce nożnej, które przykuły do ekranów 75% widzów.  Drugie miejsce zajęły mistrzostwa Europy w piłce nożnej w 2008 roku, mecz Hiszpania – Rosja, 70% widzów. Skąd te wyniki? Kibicujemy naszym. Jeżeli przyjrzeć się badaniom, to co roku piłka nożna wchodzi do rankingów najpopularniejszych transmisji. Noworoczne orędzie prezydenta nie trafiło na najwyższą pozycję jedynie w 2010 roku, wówczas przegrało z decydującym meczem Rosji z reprezentacją Niemiec.



Maksym Gałkin, Andriej Małachow, Jewgienij Petrosjan (od lewej) -
trzy wielkie gwiazdy telewizji w Rosji. Tylko ich programy i mecze
piłki nożnej mogą konkurować z wystąpieniami Władimira Putina. 


7. Putin, Gałkin, Petrosjan, Małachow – telewizyjne osobowości dekady

O kim mówi się na wizji najczęściej? O Władimirze Putinie. Drugie miejsce zajmuje Maksym Gałkin, na początku lat 2000-nych cieszył się fantastyczną popularnością. Na antenie Programu Pierwszego prowadził  wówczas widowisko noworoczne, konkurencyjne wobec noworocznego orędzia Putina. Gałkin i Putin to dwaj telewizyjni bohaterowie początków XXI w. Jedynym, kto zbliżył się do nich był Jewgienij Petrosjan. Krytykuje się go za prymitywny humor, ale stacja telewizyjna,  która utrzymuje się z reklamy nie może zrezygnować z formatu przynoszącego jej wysokie pozycje w rankingach.
W drugiej połowie lat 2000-nych na czoło wysunął się Andriej Małachow ze swoim programem "Pust' goworiat" ("Niech mówią" - audycja zbliżona do "Rozmów w toku" Ewy Drzyzgi). W roku 2010 Małachow zajmował ósme miejsce, w 2011 zajął czwarte, a w 2013 – piąte. Kobieca widownia w Moskwie oszalała na punkcie jego programu.
Jeden z tematów zaprezentowanych w jego programie był absolutnie wyjątkowy: piosenkarka i gwiazda Ałła Pugaczowa zjawiła się w studio „Pust; govoriat” razem z córką Kristiną Orbakaite, by na antenie, na żywo podzielić się z widownią rodzinnym dramatem.  Były mąż Kristiny, Rusłan Bajsarow uniemożliwił matce kontakty z synem Denim. Dzięki programowi Małachowa rodzice dziecka zawarli rozejm, ojciec oświadczył, że syn wraca do matki.  
"Pust' goworiat" to wyjątkowe zjawisko telewizyjne. W naszym kraju całkowicie zanikła formuła politycznego talk-show. Andriej Małachow zajął tę niszę, widz masowy pokochał go bezgranicznie.  Audycja nadawana jest w paśmie prime time pięć razy w tygodniu. W ciągu ostatnich pięciu lat żadna inna audycja w telewizji rosyjskiej nie gromadziła na terenie całego kraju tak wielkiej widowni..




Gwiazdy rosyjskiej telewizji:

Maksym Gałkin (1976), aktor, parodysta, prowadzący rozrywkowych programów telewizyjnych, piosenkarz. Od przeszło dziesięciu lat wielka gwiazda rosyjskiej telewizji. Na początku kariery zwrócił na siebie uwagę zabawnymi parodiami rosyjskich polityków Jelcyna, Żyrinowskiego. W swoich występach parodiował także prezydenta Putina . Żonaty ze starszą od niego piosenkarką Ałłą Pugaczową. Krytycznie ocenił ustawę o zakazie „propagandy homoseksualnej”.

Jewgienij Petrosjan (1945), rosyjski artysta estradowy, komik, aktor. Popularność zdobył jeszcze w czasach radzieckich. Występował w niezliczonych programach telewizyjnych, filmach, koncertach. Rekordy popularności przez lata bił jego cotygodniowy program „Smiechorama” (do tej pory wyprodukowano 776 odcinków), pokazywany od 1994 roku, najpierw przez Program I, obecnie przez stację Rossija.

Andriej Małachow (1972), dziennikarz telewizyjny, showman, prowadzący programów rozrywkowych. Od 2005 roku prowadzi talk show „Pust” govoriat”, jeden z największych hitów telewizji rosyjskiej ostatnich lat. 


8. W Tiumeniu telewidzowie lubią seriale NTV, w Sankt Petersburgu – mecze Zenitu, w Kazaniu pierwsze miejsce zajmują wiadomości o katastrofie lotniczej, w Jekaterynburgu i Moskwie – audycja "Gołos"
Dwadzieścia największych miast Rosji różni się znacząco pod względem gustów telewizyjnych. Znamienny pod tym względem jest przykład Wołgogradu. Grudniowe akty terrorystyczne przeprowadzone w tym mieście nie zmieniły telewizyjnych preferencji mieszkańców, o wiele chętniej oglądali widowiska noworoczne wszystkich stacji od programów informacyjnych.
Telewizja oczywiście ponosi wielką odpowiedzialność za to, co pokazuje. Ale nie można idealizować samego widza. Na widzu także spoczywa odpowiedzialność za dokonywany przez niego wybór.



*Arina Borodina (ur. 1973), medioznawca, ceniona publicystka. Występuje w programie radiostacji „Echo Moskwy” i „Swoboda”, jej komentarze na temat telewizji ukazują się w wiodących moskiewskich gazetach i czasopismach.




Tłum. A.S.


Oryginał dostępny pod adresem:



Obserwuj i polub nas na Facebooku:  https://www.facebook.com/mediawrosji




poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Powrót czerwonego ludzika


O udziale tajemniczych zielonych ludzików w przyłączeniu Krymu do Rosji pisała cała prasa światowa. Ale warto także zwrócić uwagę na ludzika innego koloru. Ukrywał się przez ponad dwadzieścia lat. Teraz czerwony ludzik obudził się i szuka rewanżu. Zaczął od Ukrainy. Białoruska pisarka Swietłana Aleksijewicz ostrzega, iż skutki jego działań będą odczuwalne latami. Fragmenty wywiadu udzielonego Radiu Swoboda.



Rozmowę prowadził Aleś Daszczynski




Aleś Daszczynski:

W artykule opublikowanym niedawno przez gazetę Frankfurter Allgemeine Zeitung pisała Pani o tym, iż na fali patriotyzmu w Rosji wraca stalinizm. Pani zdaniem ma on teraz charakter prawosławny. Jakie są przyczyny tego zjawiska?


Kim jest czerwony ludzik?


Swietłana Aleksijewicz:

Widzę jedną: mały czerwony ludzik ukrywał się latami, ale pozostawał żywy, choć bolało go poczucie klęski. To nie on był autorem ”pieriestrojki”, za nią odpowiadał Gorbaczow z częścią inteligencji. Mały czerwony ludzik obudził się nieoczekiwanie w kraju całkowicie sobie nieznanym. Czerwonemu ludzikowi zależało na jednym, chciał dostatniego życia. Nie w głowie było mu studiowanie historii, nie czytał ani Sołżenicyna, ani Szałamowa. Jego oczekiwania się nie spełniły, nastąpiły czasy dzikiego kapitalizmu, ludzi okradziono, kraj stał się obiektem grabieży.  Stąd żądza rewanżu, gotowość do udziału w małej zwycięskiej wojnie, To uczucie w duszy czerwonego ludzika siedzi głęboko, na nie nakładają się sentymenty imperialne wielkiej Rosji. Jak widać. to tłumaczenie jest dość banalne. Ale chciałabym też powiedzieć, że to nie jest robota jednego Putina, w rzeczywistości kawałek Putina siedzi w każdym rosyjskim obywatelu. Straciłam wielu rosyjskich przyjaciół, tak ich podnieciły terminy „anschluss”, „aneksja”. Mały czerwony ludzik nie jest tylko jakimś „robolem” – to także ludzie władzy. Ich świadomość pozostała czerwona, choć mają kieszenie napchane pieniędzmi. Dla Europy to chuliganeria, w Europie wszystko działa inaczej. Życie w niej regulują mechanizmy wolnego państwa obywatelskiego. Na nich trzyma się sprawdzona  konstrukcja społeczeństwa obywatelskiego. 20 lat – to z pewnością krótki okres. Czy pamięta pan, o co przed laty spierało się dwóch wielkich pisarzy rosyjskich, Szałamow i Sołżenicyn? Sołżenicyn uważał, iż obóz oczyszcza człowieka, uszlachetnia, z obozu człowiek wychodzi lepszym. Szałamow twierdził, iż doświadczenie obozowe nie uczy niczego dobrego, psuje człowieka, ogranicza jego zdolność do życia – do obozu. Teraz ten mały czerwony ludzik wyszedł z obozu. Czym był zajęty przez ostatnich dwadzieścia lat? Znów wybudował obóz. Na to nałożyło się jeszcze prawosławie w jego najczarniejszej odmianie.

Daszczynski:
Krym to też robota czerwonych ludzików?

Aleksijewicz:
Niestety, część odpowiedzialności leży po stronie Ukrainy, choć jej możliwości pod każdym względem są bardzo ograniczone. Mam tam sporą rodzinę, wszystkim żyje się bardzo trudno. Kiedy przyglądamy się Ukrainie z dystansu. wpadamy w pułapkę idealizacji tego wielkiego kraju. Wszyscy wyszliśmy ze społeczeństwa ukształtowanego przez przemoc, nie mamy innego doświadczenia. Gdy ktoś używa siły, wydaje nam się, iż w ten sposób dowodzi swej wielkości. Mam wrażenie, iż Krym rzeczywiście wypowiedział się w głosowaniu za przyłączeniem do Rosji. Ja też uważam, iż Sewastopol jest rosyjskim miastem. Ale to, co (i jak) się tam wydarzyło ma niewiele wspólnego z cywilizowanym sposobem rozwiązywania konfliktów. Budowa nowego świata po zakończeniu II wojny światowej kosztowała nas wiele trudu. Ustanowienie reguł rządzących nim było wielkim wyzwaniem. A tutaj okazało się, iż na wszystko można napluć, i że zajmuje to zaledwie kilka tygodni. Mam poczucie wielkiej klęski. To samo odczuwa wielu ludzi mojego pokolenia, Putin zniszczył ostatecznie nasze marzenie o europejskiej Rosji. 

Bialoruś także w ogromnym stopniu jest uzależniona od Rosji. I my moglibyśmy ruszyć w kierunku Europy, ale teraz stanęliśmy wobec tak wielkiej siły, iż nawet Łukaszenka zobaczył na jak krótkiej prowadzony jest smyczy. Nie da rady się z niej zerwać. Kiedy w społeczeństwie budzą się tego rodzaju ciemne demony, ich energia umacnia władzę centrum. Taka sytuacja może trwać bardzo długo, ucierpi nie jedno pokolenie, wiele pokoleń będzie zatrutych tym jadem. Dzisiejsza elita rosyjska nie traktowała poważnie istnienia państwa ukraińskiego. Białoruskiego też. Nasze problemy z historią sprawiły, że mówimy po rosyjsku. Nasz niewielki naród był zawsze obiektem ucisku, nigdy nie żył swoim własnym życiem. Tu nie chodzi o czyjeś plany, mamy swoje własne problemy historyczne i własne kompleksy narodowe.

Przyszłość Ukrainy


Daszczynski:
Jak się Pani wydaje, jaka przyszłość czeka Ukrainę?


Swetłana Aleksijewicz jest znana ze swego krytycznego stosunku wobec reżimu Aleksandra Łukaszenki

Aleksijewicz:
Obawiam się, że możemy stać się świadkami wojny partyzanckiej w niektórych obwodach Ukrainy. Wierzę w siłę społeczeństwa ukraińskiego. Podobał mi się pierwszy Majdan, i drugi, uczestniczący w nim ludzie. W wypadku tego drugiego, oczywiście istnieje problem „Prawego Sektora”, jego radykałów, ale sami ludzie podobali mi się. Ale jest jeszcze kwestia polityków, to oni manipulowali Majdanem, przekształcili go w coś innego, to jest ta odwrotna strona medalu. Niestety w chwili obecnej Ukraina jest słaba, to wszystko może się skończyć tragicznie bez gospodarczej i politycznej pomocy ze strony Europy i Ameryki. Bez niej scenariusz jugosłowiański jest całkiem realny. Społeczeństwu na Ukrainie żyje się bardzo trudno, rozdrażnienie społeczne jest widoczne. Bardzo łatwo nauczyć biednych ludzi nienawiści. Państwo ukraińskie uda się uratować, jeśli sytuacja gospodarcza nie wyjdzie spod kontroli, jeśli pojawi się odpowiedni przywódca, nie taki emocjonalny jak Tymoszenko, a ktoś rozumny, silny, zdolny do trzeźwego rozumowania. Z kimś takim Rosja będzie się liczyć, zwłaszcza, iż Zachód w odniesieniu do Ukrainy demonstruje spory stopień jednomyślności, zaś Rosja zdała sobie sprawę z jego siły. Znam wielu ludzi na Ukrainie, którzy wierzą w przyszłość. Na pewno, trzeba żyć na Ukrainie, żeby móc się wczuć w sytuację. Choć rozczarowała mnie postawa niektórych moich rosyjskich przyjaciół, jestem pod wrażeniem ludzi na Ukrainie. Dziś Ukraina przeżywa trudne czasy, ale ten kraj ma przyszłość.

Putin? Wydaje mi się, iż uda się powstrzymać jego militarystyczne zapędy. Mam takie wrażenie, iż on sam chciałby się z tego wycofać. Putin jednak podjął się misji, obsadził w pewnej roli, teraz musi się w niej odpowiednio wykazać. Zwykłemu człowiekowi trudno przez cały czas zachowywać wielkość, utrzymywać swego rodzaju mesjańską pozę. Mam wrażenie, że obserwując Putina ulegamy pewnej mistyfikacji. Rosji brakuje dziś sił, by rzucić wyzwanie całemu światu.

Daszczynski:
Putin mówi, iż nie wierzy, by banderowcy uznali nową władzę.

Aleksijewicz:
Jak mi się zdaje, on w to szczerze wierzy. Na Kremlu Ukraina nie jest traktowana poważnie, jako oddzielne państwo. Tam się wydaje, iż jeśli ktoś porzucił rosyjski trakt, dopuszcza się zdrady. Pod adresem własnej elity formułowane są podobne zarzuty, jeśli nie jesteście z nami, dopuszczacie się „zdrady narodowej”. Na tym tle, nawet Łukaszenka nie wydaje się takim dyktatorem jak Putin. Na Białorusi w każdym razie nie uchwalono takich bezmyślnych ustaw, jak te rosyjskie o mniejszościach seksualnych, czy obronie prawosławia. Aż się zdziwiłam, że nie powtórzyliśmy wszystkich tych idiotyzmów.

Nie jest nam teraz łatwo z Europą, tam zupełnie nie potrafią nas zrozumieć. Ale Europa i Ameryka zachowały zdrowy rozsądek. Tymczasem co mówią moi rosyjscy znajomi? Że zachodni politycy to słabeusze. Tacy jednak są współcześni politycy reprezentujący społeczeństwo. Ich wyborcy nie chcą zakładać mundurów i z bronią w ręku ruszyć do boju. Ludzie kochają życie, potrafią żyć, cenią inne wartości. Żaden generał w Europie nie powie czegoś takiego, co tak nie dawno powiedział Graczow (minister obrony w czasach Borysa Jelcyna – „mediawRosji”)„nasi chłopcy z uśmiechem umierają w Czeczenii”. Takie zdanie mógł wygłosić tylko człowiek, sama nie wiem jak go określić, taki, który dopiero co zlazł z barykady, a przedtem spędził na niej całe życie.



*Swietłana Aleksijewicz (ur. 1948), wybitna pisarka białoruska, autorka reportażowych książek, filmów i sztuk teatralnych, Jej utwory tłumaczono na wiele języków. Po polsku ukazały się m.in. „Krzyk Czarnobyla” (2000) oraz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” (2010). Jest laureatką wielu nagród i wyróżnień.









Oryginał wywiadu można znaleźć na stronie Radia Swoboda:
http://www.svoboda.org/content/article/25352997.html 



Obserwuj i polub nas na Facebooku:  https://www.facebook.com/mediawrosji



czwartek, 17 kwietnia 2014

Pomyje i obelgi


Jego ojciec budował rakiety kosmiczne. Cioteczny brat zginął w Afganistanie. Dziadek był czołgistą, mama pracowała w wytwórni jodoformu. Sam Arkadij Babczenko, nim został dziennikarzem, wstąpił na ochotnika do wojska, brał udział w kampanii czeczeńskiej. Jego rodzina i on sam służyli Rosji jak mogli najlepiej. Dlatego trudno mu się pogodzić z tym, iż w odwet za jego obecność na Majdanie, w Rosji nazywa się go teraz banderowcem, piątą kolumną i zdrajcą narodu.




Autor: Arkadij Babczenko




Nazywam się Arkadij Arkadiewicz Babczenko. Mam trzydzieści siedem lat, wyższe wykształcenie, jestem żonaty i wychowuję córkę.

Kiedy miałem dziewiętnaście lat, Ojczyzna obuła mnie w kierzowe buciory, wcisnęła do ręki automat, wsadziła do opancerzonego transportera i powiedziała: „Jedź!”. I pojechałem „przywracać porządek konstytucyjny” – tak wtedy nazywano wojnę.


Arkadij Babczenko na jednej z moskiewskich demonstracji zorganizowanyh
przez opozycję demokratyczną.

Gdy miałem dwadzieścia dwa lata, poszedłem do wojskowej komendy uzupełnień i tym razem już dobrowolnie zaciągnąłem się do wojska. I znów pojechałem na wojnę. Od 1999 r. wojna zmieniła nazwę. Teraz była to „operacja antyterrorystyczna”. „Przy czym przez sto dwa dni uczestniczył bezpośrednio w działaniach bojowych” – zapisano w mojej książeczce wojskowej.

W nagrodę za te dwie wojny Ojczyzna ofiarowała mi bezpłatne przejazdy oraz ekwiwalent pieniężny zamiast dotychczasowych ulg. Dobre i to.

Mój cioteczny brat, Siergiej Babczenko, poległ w Afganistanie. Na samej granicy. Poprzedni rocznik odchodził do cywila, a na ich miejsce przysłano poborowych. Od razu wysłano ich na akcję. Brat zgłosił się na ochotnika i poszedł zamiast niedoświadczonych „kotów”. Natknęli się na bandę przemycającą heroinę. Brat obsługiwał karabin maszynowy. Zabili go strzałem w głowę. Jego jedynego w tej potyczce. Kula snajpera. Dziś imię Siergieja widnieje na pomniku ku czci poległych żołnierzy w Baszkirii, skąd pochodził.

Mój ojciec, Arkadij Ławrientiewicz Babczenko, pracował przy budowie rakiet kosmicznych. Był inżynierem-konstruktorem, miał pracę z kategorii „ściśle tajne przez poufne” w Centralnym Biurze Konstrukcyjnym Budowy Maszyn Ciężkich (CKB TM) . Odpowiadał za okablowanie kabin w rakietach. Jego ostatnie zlecenie dotyczyło wyposażenia wahadłowca „Buran”. Ojciec spędzał w delegacjach po pół roku. Na Bajkonurze mieszkał w hotelu robotniczym. Natomiast w Moskwie miał dwa pokoje przechodnie, zajmował je wraz z żoną, synem, mamą, ojcem, bratem i jego rodziną. Te dwie klitki to był nasz jedyny majątek. Nic innego nie mieliśmy, ani samochodu, ani garażu, ani daczy. 

W latach ’90-tych, po tym jak „Buran” poleciał w kosmos pierwszy i ostatni raz, a potem wszystko szlag trafił, ojciec nie zajął się handlem. Nie poszedł też kraść. Kompletnie nie miał do tego smykałki. Urodził się po to, by wysyłać w kosmos rakiety. I aż do śmierci rysował te swoje, nikomu już nie potrzebne, projekty. Żył niemal w nędzy.

Zmarł na apopleksję w 1996 r. Byłem wtedy na wojnie. Nawet się nie pożegnaliśmy.

Mój dziadek, Ławrientij Pietrowicz Babczenko, stuprocentowy Kozak zaporoski, był czołgistą. Brał udział w walkach nad rzeką Chałchin-Goł. Był trzy razy ranny, w tym raz ciężko. Przypłacił to zdrowiem. Zmarł w 1980 r., miałem wtedy trzy lata.

Jego żona, Jelena Michajłowna Kupcowa (to nazwisko zostało jej po pierwszym mężu. Jej panieńskiego nazwiska nie znam, bo babcia skrzętnie je ukrywała. Owszem, była Żydówką.) w czasie wojny pełniła wartę na dachach domów i gasiła bomby zapalające. Kiedy pojawiła się możliwość emigracji, nigdzie z Rosji nie wyjechała, została w kraju. Całe życie pracowała, do samej śmierci. W kotłowni, w piwnicy naszego domu, przez okrągłą dobę raz na trzy dni.

Zmarła jakieś dwa miesiące po śmierci syna. Byłem wtedy jeszcze na wojnie. O przepustce na pogrzeb nie było mowy.

Nazwisko mojej prababki brzmiało „Bachtiarowa” (tak, wśród przodków miała Tatarów), do Moskwy przyjechała w latach trzydziestych. Wraz z dwójką dzieci zamieszkała w szkole, w maleńkim pomieszczeniu gospodarczym. I w tej właśnie szkole przepracowała potem całe swoje życie.

Jej córka, a moja babcia, przez całą wojnę, od czternastego roku życia, pracowała przy produkcji jodoformu. To takie żółte kryształki, stosowane do przypalania ran po urwanych kończynach. A potem w ramach akcji „frontu pracy” szła rozładowywać wagony z węglem, albo pomagać przy wyrębie lasu.

Natomiast jej brat, a mój cioteczny wujek, zwiał na front w wieku piętnastu lat, już w pierwszych miesiącach wojny. Wrócił dopiero w 1950 r., bo walczył na Dalekim Wschodzie.

Jej wnuczka, to znaczy moja mama, przyjeżdżała do mnie do Czeczenii. Widziała wszystko na własne oczy. A potem zaadoptowała sześcioro dzieci.

Pierwsze dziecko, które pojawiło się w naszej rodzinie, było zaadoptowane. I drugie też. Dopiero trzecie, córka, jest moim rodzonym dzieckiem.

Teraz mama prowadzi rodzinny dom dziecka. Wszystkie dzieci pochodzą z Lipiecka, z rodzin patologicznych. Wiadomo, alkoholizm.

Dziadek mojej żony, Piotr Gorkanow, najprawdziwszy Mordwin, w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej walczył w jednostkach chemicznych. Tam stracił wzrok. Do samej śmierci mieszkał na wsi, a w piecu palił drewnem. Był weteranem i inwalidą wojennym, ale przez całe życie nie doczekał się podłączenia do sieci gazowej.

Mój teść, chorąży, czystej krwi Mordwin, służył w Niemczech. Po upadku ZSRR wraz z dwójką dzieci i żoną tułał się po koszarach i hotelach robotniczych.

Przez wszystkie te dziewiętnaście lat, odkąd stałem się pełnoletni – a właściwie to nawet wcześniej, od 1993 r. – żyłem w tym syfie, tak samo jak i moi rodacy. Zawsze byłem tam, gdzie mojemu krajowi działa się krzywda. Trzeba było iść pod moskiewski Biały Dom – szedłem. Trzeba do Czeczeni – nie ma sprawy. Problemy w Południowej Osetii, Krymsku czy Błagowieszczeńsku? - maszerowałem bez gadania.

Przez cały ten czas i ja, i moja rodzina, moi przodkowie i krewniacy, byliśmy dla kraju całkiem przyzwoitymi Rosjanami.

Kiedy trzeba było bić Japońca nad Chałchin-Goł, albo za marne grosze wspierać podbój kosmosu, albo produkować jodoform dla frontu lub koczować z dziećmi po koszarach, albo ginąć w Tadżykistanie, karmić wszy w Czeczenii czy adoptować niczyje dzieci – wtedy byliśmy Rosjanami.

W Czeczenii nikt jakoś nie proponował mi, żebym złożył broń i spadał w cholerę do swojej „chachłackiej” Ukrainy [„chachły” – pogardliwe określenie Ukraińców]. Bo kiedy dla dobra rosyjskiej Ojczyzny trzeba kopnąć w kalendarz, rosyjska Ojczyzna nie wnika, czy jesteś Żydem, czy nie.

Wtedy Ojczyzna zna tylko jedną narodowość – mięso armatnie,

„Spad” do „Chachlandii” zasugerowano mi dopiero po wojnie.

Sugerowali oczywiście ci, którzy w życiu nie byli na żadnej wojnie.

Takiej ilości pomyj i obelg, jaką w ciągu ostatnich miesięcy wylano na mnie i na moich bliskich, nie doświadczyłem przez całe moje wcześniejsze życie.

Na „żydo-banderowskim i faszystowskim” Majdanie nikt ani razu, w żadnych okolicznościach, nie spytał mnie o narodowość. Prawy Sektor walczył na barykadach ramię w ramię z Rosjanami, Żydami, Tatarami Krymskimi, Ormianami. I w nosie miał ich pochodzenie. Po prostu w nosie. Bo oni walczyli o coś zupełnie innego i ważniejszego.

A w Ojczyźnie…

Ten człowiek, który w imię walki o kremlowski tron pozwolił na rozpętanie drugiej wojny czeczeńskiej, osobiście nigdy i nigdzie nie walczył za swoją Ojczyznę. Nawet Afganistanu udało mu się uniknąć. A od czasu, gdy na dobre dorwał się do władzy, na sprowokowane przez siebie wojny (Gruzja, Krym) posyła młodziutkich, nieopierzonych poborowych. Nie siebie i nie swoje własne dzieci. I ten właśnie człowiek grzmi z trybuny, że to ja, który poszedłem na tę jego [czeczeńską] wojnę na ochotnika, to właśnie ja jestem zdrajcą, wrażym agentem i wyrzutkiem.

Teraz nagle stałem się dla Ojczyzny Żydem, „Chachłem”, banderowcem, piątą kolumną i „zdrajcą narodu”.

Boże, dziwny jest ten świat…


Tłumaczenie K.K


Tekst ukazał się w moskiewskim magazynie „The New Times”. Można go znaleźć pod adresem: http://www.aboutru.com/2014/04/babchenko-19/



* Arkadij Babczenko (ur.1977), rosyjski dziennikarz i prozaik. Autor tłumaczonej na wiele języków, wydanej także w Polsce książki „Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii”. Laureat licznych nagród rosyjskich i międzynarodowych.




Obserwuj i polub nas na Facebooku:  https://www.facebook.com/mediawrosji



środa, 16 kwietnia 2014

Widziane z Ługańska


Od tygodnia przeciwnicy władz w Kijowie okupują w Ługańsku budynek obwodowego zarządu ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa SBU. Mumin Szakirow z Radia Svoboda przepytał ługańskiego socjologa i prawosławnego duchownego Jewgienija Gnatienko co to znaczy być patriotą Donbasu i dlaczego wschodniej Ukrainie tak trudno porozumieć się z zachodnią.



Mumin Szakirow:
Jak wygląda obecnie życie na ulicach Ługańska?

Jewgienij Gnatienko:
Toczy się zwykłe, codzienne życie. Wszystko wygląda bardzo podobnie, do tego co działo się w Kijowie kilka miesięcy temu. Tylko centrum miasta, w nim dzieje się najwięcej, jest pełne ludzi. Wystarczy odejść od centrum na 200-300 metrów – trudno wtedy zorientować się, że Ługańsk jest areną szczególnych wydarzeń.

Przeciwnicy władz w Kijowie zajęli budynek obwodowego zarządu
Służby Bezpieczeństwa Ukrainy 6 kwietnia


Szakirow:
W Ługańsku też doszło do silnej polaryzacji, konfrontacji między…

Gnatienko:
Ostrej konfrontacji nie ma. Nikt nie szturmuje zdobytego budynku SBU (regionalny Zarząd Ukraińskiej Służby Bezpieczeństwa), ale od chwili zajęcia go odczuwamy zwiększone napięcie. Niemal każdego dnia, rano i wieczorem pojawiają się informacje, o możliwym ataku na miasto i budynek. Trzeba być gotowym na szturm. Władze kijowskie starają się, by plotki te kolportowano jak najszerzej – już nie jeden raz ogłaszano operację antyterrorystyczną, oczywiście budzi to niepokój. Jednak do tej pory nikt fizycznie nie próbował odebrać budynku. Na wszelki wypadek, po sąsiedzku z budynkiem SBU rozbito niewielki obóz namiotowy, w nim zorganizowano szpital polowy, ludzie w nim obecni są przyszykowani na wszystko.

Szakirow
Ma Pan ukraińskie nazwisko. Kim pan czuje się bardziej Rosjaninem, czy Ukraińcem?

Gnatienko:
Bardziej Rosjaninem, ale w moich żyłach płynie też krew ukraińska. Z tego co wiem o swoich najdawniejszych przodkach, ci ludzie najpierw wyjechali z Ukrainy do Finlandii, potem część rodziny wróciła. To ze strony ojca. Ze strony mamy moje korzenie są rosyjskie i białoruskie. Tak więc mogę powiedzieć, iż jestem swego rodzaju reprezentantem jedności narodów słowiańskich.


Ługańsk – miasto położone na wschodzie Ukrainy, w bezpośrednim sąsiedztwie      granicy z Rosją. Liczy ok. 400 tysięcy mieszkańców. Najważniejszym zakładem przemysłowym miasta jest wielka fabryka lokomotyw spalinowych. W czasach radzieckich nosiło nazwę Woroszyłowgrad. 

Szakirow:
Przemyślał Pan już w jakim kraju chciałby Pan mieszkać? Ukraina może się podzielić?

Przywiązanie do malej ojczyzny


Gnatienko:
Do wybuchu ostatnich wydarzeń, tu w Ługańsku nie mieliśmy takiego problemu. Mieszkaliśmy sobie spokojnie na Ukrainie, nie przychodziło nam do głowy, że moglibyśmy się przenieść do innego kraju. Decyzję w tej sprawie każdy mógł podjąć oddzielnie, indywidualnie, wielu ludzi stąd pojechało do Rosji do pracy, albo w ogóle przenieśli się dokądś. Ci którzy pozostali, cieszyli się z życia, to są patrioci malej ojczyzny, dla nich ważne są Ługańsk i Donbas. To przywiązanie do małej ojczyzny teraz stało się silniejsze, ludzie zorientowali się, że nie są tak naprawdę potrzebni ani Ukrainie, ani Rosji. Rosyjscy politycy i eksperci od wielu lat podkreślają, iż dla Rosji wzięcie na siebie odpowiedzialności za nasz region, jego problemy socjalne (jedna trzecia ludności to emeryci), za przemysł z wielką liczbą przedsiębiorstw i kopalń skazanych na likwidację nie ma sensu. Tu tkwią źródła specyficznego patriotyzmu donbaskiego. W znacznym stopniu ten ruch, który określano dziś bywa jako separatystyczny jest wyrazem przywiązania do małej ojczyzny.

Szakirow:
Na razie separatyści – tak określa się tych ludzi w Kijowie – zajęli budynek SBU. Jak się Panu wydaje, jaki jest ich cel główny?

Gnatienko:
Trudno powiedzieć. Zastanawiamy się nad tym z kolegami i jak sądzę, ci ludzie niezbyt dokładnie zdają sobie sprawę z tego czego chcą. Łatwiej powiedzieć czego nie chcą. Przede wszystkim buntują się, gdy styl oraz obraz ich życia są kwestionowane. Dla nich ważny jest język rosyjski, ważna wdzięczna pamięć o zwycięstwie Związku Radzieckiego w II Wojnie Światowej, to są dla nich wartości podstawowe, one formują ich kręgosłup moralny, więc nikt nie chce by odnoszono się do tego z pogardą.
Ta pogarda w różnych formach była odczuwalna niestety przez cały okres niepodległości, weźmy na przykład ciągnącą się od lat dyskusję o języku rosyjskim, czy można nadać mu status drugiego języka państwowego. Albo kwestia ponownej oceny zasług bohaterów narodowych, zwłaszcza nadania tego miana niektórym dowódcom formacji banderowskich, to ludzi w Ługańsku silnie drażniło. Jednym ze skutków ostatnich wydarzeń w Kijowie jest wykreowanie pewnego wzoru zachowania w sytuacjach protestu; ludzie u nas, wyrażają go tak samo, jak ci w Kijowie. Zajęli budynki państwowe i wydali oświadczenia o nielegalności istniejącej obecnie władzy. To wszystko jest bardzo przykre, ale kiedy wewnątrz jednego organizmu państwowego powstają tak silne sprzeczności, nie ma powodu do zadowolenia.

Szakirow:
Zbuntowani na Majdanie zrobili rewolucję, ich motywy są jasne, chcieli doprowadzić do odejścia starej skorumpowanej władzy. Porozmawiajmy o motywach, jakimi kierują się ludzie okupujący obecnie budynek SBU. Co można powiedzieć o ich emocjach?

Gnatienko:
To ważne pytanie. Byłoby dobrze, gdyby ktoś wziął się za ten temat, napisał obiektywną pracę i odpowiedział na pytanie co jest separatyzmem w tych warunkach, a co nie. Pochylmy się nad jednym przykładem. W 1991 roku podpisano porozumienie w Białowieży i w oparciu o nie rozpadło się wielkie zjednoczone państwo, w naszej jego części powstały trzy niepodległe państwa, Rosja, Białoruś, Ukraina – wtedy nikt nie nazywał tego separatyzmem. Nowe państwa szybko zostały uznane przez społeczność międzynarodową, ich ludność zaakceptowała nowe warunki. Ale do czasu, do momentu kiedy pojawiły się problemy. A dziś, jak się okazuje, gdy jakiś region zaczyna domagać się swoich praw, stawia mu się nieprzyjemny zarzut separatyzmu.
Ale ludzie okupujący budynek SBU nie mają separatystycznych zamiarów, oni są gotowi zaakceptować państwo ukraińskie, chcą jednak federalizacji. Mają na myśli taką organizację państwa, która pozwoli im zachować jedność ze swymi braćmi z Ukrainy środkowej i zachodniej, ale równocześnie zapobiegnie w przyszłości restytucji starego dyktatu w odniesieniu do języka, kultury, wartości. Kraj w rzeczywistości podzielony jest od dawna i to pod wieloma względami. Dzieli nas religia, historia, stopień i kierunek zaangażowania w II Wojnie Światowej, itd. Tych podziałów nie da się ignorować. Okupujący budynek SBU starają się nie akcentować kwestii tych podziałów, im też zależy na ko-egzystencji, ważne jednak, by każdy miał prawo żyć po swojemu.

Po drugie, wielu ludzi zamieszkałych tu pragnie zjednoczenia z Rosją, na wzór Krymu. Ich postawy nie da się określić jako czysto separatystyczną. Separatyzm moim zdanie, to przede wszystkim zamiar utworzenia swojego własnego niezawisłego organizmu państwowego, opartego na zasadzie: „Moja chata z kraju, z nikim nie mam zamiaru się przyjaźnić.” To dlatego separatyzm, zwłaszcza realizowany w praktyce, jest oceniany krytycznie na całym świecie, oznacza bowiem zerwanie często bliskich związków, jednomyślności między różnymi narodami. Ale o czym mówi przykład Krymu? Ludzie nie chcieli żyć całkiem oddzielnie od wszystkich. Jeśli dobrze rozumiem mieszkańców Krymu, ich motywy były inne. Kiedy przekonali się, że to władze w Kijowie nie są zainteresowane wspólnym bytem i nie biorą pod uwagę interesów Krymu, wtedy wybrali zjednoczenie z wielką ojczyzną, która jeszcze do niedawna była dla nich wszystkich wspólna. Najważniejsze było nie oddzielenie się od Ukrainy, a odbudowa związku z Rosją. Poszukiwano „wspólnoty”, nie było w tym pragnienia „wydzielenia się”, forsowania własnych poglądów. Należy to wszystko wziąć pod uwagę, by nie szafować lekko terminem „separatyzm”  w odniesieniu do obecnych niepokojów na południu i wschodzie Ukrainy.

Szakirow:
Sam Pan osobiście doświadczył nieprzyjemności ze strony Ukraińców z Zachodu?

Komu przeszkadzał język rosyjski?


Gnatienko:
Mam wrażenie, iż gdyby mieszkańcy naszego regionu nie odczuwali z tamtej strony pewnego nacisku, nie mieliby podstaw do oburzenia. Jednak wokół kwestii językowej spekulowano cały czas, to się przydawało podczas każdych wyborów, wszystkie partie, czy to z Zachodu, czy ze Wschodu obowiązkowo włączały temat języka do swoich programów. Ale po każdych kolejnych wyborach okazywało się, iż język rosyjski, wszystko co związane ze wschodem Ukrainy, trzeba poświęcić w imię specyficznie rozumianej jedności kraju. Chociaż nie rozumieliśmy tu nigdy, dlaczego rosyjski nie może zostać drugim językiem państwowym: u nas połowa ludności mówi po rosyjsku. Co w tym byłoby strasznego? Wiele krajów na świecie, wystarczy wymienić Kanadę, Szwajcarię ma po kilka oficjalnych języków państwowych, to pomaga wyeliminować z życia niepotrzebne konflikty, nikt wtedy nie czuje się obywatelem drugiej kategorii. Dlaczego tego nie można zrobić na Ukrainie? Dlaczego tego nie można było zrobić już dawno?

Szakirow:
Załóżmy, iż Kijów od dziś zgodzi się na wielojęzykowość – rosyjski uzyska status drugiego języka państwowego. To pomoże zlikwidować napięcie obecne w społeczeństwie?

Gnatienko:
Trudno powiedzieć. Gdyby taką decyzję nowa władza w Kijowie podjęła na samym początku, zaraz po tragicznych wydarzeniach lutowych, gdyby ogłoszono iż w kraju będą teraz obowiązywać dwa języki państwowe, stosunek ludzi do władzy byłby inny. Uniknęlibyśmy wystąpień na Krymie i u nas. Ale dziś ten pociąg odjechał… Zapamiętaliśmy, iż zaraz po ucieczce Janukowicza, Rada Najwyższa przegłosowała ustawę anulującą obowiązujący status rosyjskiego jako języka regionalnego (nawet nie państwowego), dzięki czemu można było korzystać z niego w oficjalnych dokumentach. Po co to zrobiono – nie wiadomo. Jednak skutki były opłakane. W warunkach braku stabilizacji politycznej pojawiła się nowa władza, jak nas informowano, najważniejszym jej zadaniem, była walka z korupcją. Jednak zamiast walki z korupcją, zajęto się znów walką z nieszczęsnym językiem rosyjskim. Na wschodzie Ukrainy to wywarło koszmarne wrażenie (zwłaszcza na mieszkańcach Krymu – skutki zobaczyliśmy od razu). Ale czy kwestię językową można uznać za rzeczywisty przejaw ucisku? Myślę, że to wierzchołek góry lodowej. Jeśli spojrzymy w dół, zobaczymy jak cały system naszej oświaty i szkolnictwa, średniego, wyższego, został zorganizowany tak, by dominował w nim język ukraiński. Ludzie dobrze wyczuwają (starsze pokolenie kontaktując się z dziećmi uczącymi się w miejscowych szkołach), iż taka organizacja systemu oświatowego wpływa na ich tożsamość kulturową, lękają się, iż zaczyna się ona rozmywać. To wszystko zbierało się latami, a teraz tylko wybuchło.

 Szakirow:
Z wielu źródeł słyszmy o udziale w wydarzeniach na wschodzie Ukrainy rosyjskich służb specjalnych, rosyjskich dywersantów przysyłanych tutaj z misją destabilizowania sytuacji. Co pan powie na ten temat?



W namiotach rozbitych obok budynku SBU można się przespać, w jednym
na wszelki wypadek zorganizowano miniszpital

Mieszkamy na Ukrainie, pracujemy w Rosji


Gnatienko:
Ługańsk jest niewielkim miastem, wszyscy mamy tu przyjaciół, biorących mniej, lub bardziej aktywny udział w wydarzeniach wokół budynku SBU. Rozmawiałem z ludźmi, którzy tam byli i kontaktowali się z przywódcami tego ruchu. Od wszystkich słyszę to samo, nikt tam nie widział dywersantów z Rosji. Podobną opinię wyraził jeden z kandydatów na stanowisko prezydenta Siergiej Tigipko, po wizycie w budynku SBU stwierdził, iż nie widział tam ani Rosjan, ani zakładników. Nie orientuję się, jak to wygląda w innych miastach, ale w przypadku Ługańska można stwierdzić z prawdopodobieństwem bliskim pewności, iż na czele ruchu nie ma dywersantów z Rosji. Co prawda, analizowaliśmy z przyjaciółmi pewien specyficzny aspekt naszej sytuacji. Ługańsk znajduje się na terytorium przygranicznym, tak bywa tu często, człowiek ma paszport rosyjski, ale mieszka i pracuje na Ukrainie. Albo na odwrót, z paszportem ukraińskim pracuje w obwodzie rostowskim, w Rosji. Jak sklasyfikować takich ludzi? Wielu naszych mieszkańców po drugiej stronie granicy ma połowę rodziny. Połowa tu, polowa tam. Wśród ludzi zaangażowanych i aktywnie uczestniczących w aktualnych wydarzeniach na pewno można spotkać właścicieli paszportów rosyjskich, jednak zamieszkałych na stale tutaj. Oni czują się mieszkańcami Ługańska.  To jest problem typowy dla stref przygranicznych. Stykają się z nim w wielu miejscach Europy. Tożsamość ludzi zamieszkujących strefy przygraniczne bywa często „podwójna”.

Szakirow:
Komu sprzyja obecnie czas? Zwolennikom zjednoczonej, niepodzielnej Ukrainy, czy ich przeciwnikom, uważanych w Kijowie za separatystów?

Gnatienko:
Tylko z upływem czasu lepiej zrozumiemy, o co tu naprawdę chodzi. W mediach rosyjskich, ukraińskich pojawiają się różnego rodzaju mity, ale wystarczy dzień, tydzień i te mity się rozpadają. Przyjeżdżają do nas dziennikarze, obserwatorzy, przyglądają się, analizują, a potem łapią się za głowę, mówią :”tego tu nie ma”. Obserwujemy, jak ewoluuje świadomość społeczna. Stopniowo, podnosząc się nad gruzami mitów i wzajemnych pretensji, zaczynamy lepiej widzieć rzeczywistość. Jeśli, daj Bóg, nie zostanie przelana krew, jeśli obie strony zdołają zapobiec działaniom wojennym, to stopniowo zaczniemy poznawać prawdę o naszej rzeczywistości.  Od tego mogą wygrać tylko wszyscy. Mieszkańcy zachodniej Ukrainy tylko skorzystają poznając lepiej mieszkańców Donbasu, przestaniemy w ich oczach być tylko miejskim lumpenproletariatem, poddającym się manipulacji ze strony rosyjskich dywersantów. I na odwrót, stanie się bardzo dobrze, kiedy mieszkańcy Donbasu zrozumieją, iż na zachodzie nie mieszkają wyłącznie banderowcy, że tamtejsza ludność zasługuje na szacunek i współpracę.

Szakirow:
Jak dobrze mieszkańcy Ługańska znają Rosję i orientują się w jej położeniu? Krytycy rosyjskiej rzeczywistości mówią o totalnej korupcji, złodziejstwie, powszechnych fałszerstwach wyborczych, prześladowaniach wymierzonych w opozycjonistów, w niewinnych ludzi, o podporządkowanym władzy sądownictwie i o likwidacji niezależnej prasy? Być może niektóre miasta mogą wywoływać wrażenie, ich wielkomiejski blask, ale w Rosji Putina prosty człowiek jest bezbronny i pozbawiony praw.

Gnatienko:
Kiedy przyjeżdżam do Rosji, moi tamtejsi przyjaciele wypytują mnie szczegółowo, o to jak żyje się na Ukrainie. Więc staram się tłumaczyć. Mam różnych przyjaciół, wśród nich są inżynierowie, biznesmeni, duchowni. Mam wrażenie, iż wszyscy oni są jednomyślni oceniając sytuacje Rosji jako lepszą, od tej na Ukrainie. Przykro mi, ale musze powiedzieć, że się z nimi zgadzam. Wszystko poznajemy lepiej dzięki porównaniom.

Szakirow:
Tu w Ługańsku odczuwa się pretensję pod adresem Putina, za to, że wspomagał i finansował kryminalny reżim Janukowicza?

Gnatienko:
Tak oceniają sytuacje ludzie w Kijowie i Ukrainie zachodniej. Tu na wschodzie myślimy inaczej. Zwłaszcza, iż nie tylko reżim Janukowicza korzystał z finansowej pomocy Kremla. Wszyscy poprzedni,  prezydenci Ukrainy także deklarowali prowadzenie polityki wielosektorowej, chodziło to by uzyskać jak najwięcej korzyści i od Rosji i od Europy.

Szakirow:
Widzi Pan kogoś wśród ukraińskich polityków, kto znajdzie sposób, by zjednoczyć skłócone regiony i uratować państwo w starym kształcie?

Gnatienko:
Kiedy zaczynamy rozmawiać na podobne tematy, od razu ktoś wspomina o Putinie. To właśnie nas nurtuje, czy Ukraina znajdzie takiego lidera. Rosja po odejściu Jelcyna znajdowała się na granicy katastrofy, ale Putinowi udało się ją zjednoczyć. Teraz z Rosja musza się liczyć na arenie zagranicznej. Rezultaty badan sondażowych prowadzonych w ostatnich dziesięciu latach na wschodzie Ukrainy, w Ługańsku ujawniają interesujące zjawisko. Porównanie wskaźników popularności prezydentów Rosji, Białorusi i Ukrainy zawsze kończyło się podobnie, pierwsze miejsce zajmował prezydent Rosji, za nim szedł prezydent Białorusi, a dopiero po nich prezydent Ukrainy. Z czego to wynika? Może ludzie wydaje się, iż tam lepiej gdzie nas nie ma. Może brakuje im wiedzy i nie orientują się jak żyje się na Białorusi i w Rosji. Trudno to ocenić. Ale w świadomości społecznej mieszkańców naszego regionu obecny jest obraz Putina idealnego polityka, takie wnioski ludzie wyciągając na podstawie prowadzonych przez siebie porównań.

Szakirow:
Wśród polityków ukraińskich widzi Pan kogoś, kto mógłby odegrać konstruktywną rolę, teraz kiedy Południe ze Wschodem domagają się rzeczywistej decentralizacji.

Gnatienko:
W ciągu ostatniego tygodnia przyjeżdżało do nas kilku polityków kandydujących w wyborach prezydenckich, wśród nich oficjalny kandydat Partii Regionów. Wszyscy odwiedzali okupowany budynek SBU. Ale przyjmowano ich chłodno, mówiąc wprost zostali przegonieni. To świadczy o jednym, żaden z nich nie spełnia społecznych oczekiwań.

Szakirow:
Obecnie Rosja, Kreml zapewniają opiekę byłemu prezydentowi Ukrainy Janukowiczowi. Niedawno Janukowicz, wspólnie z byłym prokuratorem generalnym Pszonką i byłym ministrem spraw wewnętrznych wspólnie wezwali do zachowania pokoju. Co o nich myślą mieszkańcy Ługańska?

W mieście powstał też szereg barykad utrudniających ewentualny szturm ze strony sil lojalnych
wobec wladz w Kijowie. 


Gnatienko:
Ocena nie jest zbyt pozytywna. Ale niektórzy przedstawiciele górników, dwa-trzy tygodnie temu  występując w mediach, w Internecie wzywali Janukowicza do powrotu na swoje miejsce pracy. Łatwo można było zauważyć ich niezadowolenie z jego ucieczki. Oczywiście, można zrozumieć, dlaczego uciekł, zagrożenie życia, itd., niemniej jednak jego nieobecność na miejscu wzbudza niezadowolenie. Janukowicz odbierany jest w Donbasie jako swój człowiek i pewnie dlatego w wielu punktach ocena jego działalności jest mniej surowa.

Szakirow:
Mieszkańcy Ługańska w przeszłości glosowali na Partię Regionów i jej lidera. Czy zdają sobie sprawę, że tym samym oni także ponoszą odpowiedzialność za krach jego polityki? Jej skutkiem był Majdan, rewolucja, śmierć wielu ludzi? A może także w ich oczach Janukowicz jest głównym winowajcą?

Okrzyki na cześć Berkutu


Gnatienko:
Wydarzenia na Majdanie, zwłaszcza w ciągu ostatnich dni miały tragiczny charakter. Ale ta historia nie jest do końca jasna. Przez kilka miesięcy oddziały specjalne pilnujące Majdanu nie otrzymywały żadnego rozkazu, by rozegnać demonstrację. Przedstawiciele resortów siłowych nie raz oświadczali, iż jeśliby podobny rozkaz wydano w pierwszej, lub środkowej fazie istnienia Majdanu, potrafiliby go wykonać. Jak widzieliśmy berkutowcy zachowywali się odważnie. Nieprzypadkowo na wschodzie Ukrainy często wznoszone są teraz okrzyki na cześć Berkutu. Tutaj zapamiętano obraz milicjantów wykonujących swoje obowiązki uczciwie, zgodnie ze złożoną przysięgą. Zapamiętano jak obrzucano ich kamieniami, koktajlami Mołotowa. Z psychologicznego punktu widzenia ludziom trudno uwierzyć, że Janukowicz ostatniego dnia, podpisując porozumienie z opozycją, godząc się na ustępstwa w obecności zachodnich ministrów spraw zagranicznych, jednocześnie wydal rozkaz strzelania do ludzi. Jak to zrozumieć? Tutaj w Ługańsku wersja, według której Janukowicz kazał użyć broni przeciw demonstrantom traktowana jest sceptycznie.

Szakirow:
Ale i tu ludzie nie mogą być pod każdym względem jednomyślni. Jakby Pan ocenił proporcje tych, którzy chcą mieszkać w Rosji i tych, którzy wybraliby Ukrainę?

Gnatienko:
Ostatnie sondaże na ten temat prowadziliśmy jesienią, jak raz w przeddzień nieoczekiwanej decyzji Kijowa, by zrezygnować ze stowarzyszenia s Europą. Ta decyzja, jak wiadomo, doprowadziła do Majdanu. Ale przez kilka lat Janukowicz i jego rząd prowadzili aktywną kampanię propagandową na rzecz Europy, ona przyniosła rezultaty. Liczba zwolenników sojuszu z Rosją i Białorusią zmniejszyła się z 60% do 45%. Jesienią 45 % ankietowanych opowiadało się za związkiem z Rosją i Białorusią, wariant europejski popierało 20% ankietowanych. Teraz nie prowadzimy sondaży. Sytuacja jest zbyt napięta. Ludzie żyją emocjami, ich poglądy nie są ustabilizowane, trudno to mierzyć przy pomocy metodologii naukowej. Przeczucie mówi, ze liczba zwolenników ściślejszego związku z Rosja musiała wzrosnąć, ale na ile, trudno powiedzieć, nie mamy żadnych danych.

Szakirow:
Spodziewacie się zapowiedzianego przez ministra Awakowa szturmu budynku SBU?

Gnatienko:
Wszędzie słyszę od ludzi, iż jeszcze nie zwariowali na tyle, by rozpętać rzeczywiste działania wojenne. Chcę w to wierzyć i ja. Ale przecież i tak nie wiemy, jak się to skończy. Jednak użycie w tej sytuacji broni przeciwko ludziom wyrażającym szczerze swoje stanowisko byłoby szaleństwem.

Szakirow:
Czy możliwe są rozmowy bez przejmowania budynków państwowych? Do tej pory nikt nie zginął, w Ługańsku mityczni banderowcy są nieobecni. Może można opuścić budynek SBU i podjąć negocjacje?

Gnatienko:
Rozmowy są prowadzone. Ale trudno oczekiwać, by okupujący budynek SBU opuścili go wcześniej, niż opuszczone zostaną wszystkie budynki w Kijowie zajęte podczas Majdanu. Nie usprawiedliwiam żadnej ze stron, tu musi dojść do rozwiązania parytetowego. Byłoby dobrze, gdyby ludzie w Kijowie dali dobry przykład i opuścili zajęte przez siebie budynki. W odpowiedzi, także ługańska okupacja zostanie przerwana.

Szakirow:
Wierzy Pan, ze uda się przeprowadzić w maju wybory prezydenckie. Weźmie Pan udział w glosowaniu?

Gnatienko:
Zawsze uczestniczyłem w wyborach. Zabierałem z sobą dzieci, chciałem by na przykładzie ojca uczyły się, iż glosowanie jest obywatelskim obowiązkiem. Oczywiście pójdę na wybory, nie widzę powodów dla których miałbym zrezygnować. Pytanie ważniejsze – na kogo oddać glos? Dla mnie to na razie pytanie otwarte. Do wyborów jeszcze się wiele zdarzy, co wpłynie na ich wyniki.

Szakirow:
Liczni eksperci twierdza, iż Rosja robi wszystko by zerwać wybory…

Gnatienko:
Kiedy prezydenta Rosji spytano o Wiktora Janukowicza odpowiedział, iż nie widzi dla niego przyszłości politycznej. Jednak z kimś trzeba prowadzić rozmowy. Nie sądzę, iż Rosji zależy na tym, by na Ukrainie w ogóle nie było prezydenta. Rosji potrzebny jest partner do rozmów, bez rozmów nie da się rozwiązywać konfliktów.


*Jewgienij Gnatienko, prawosławny duchowny, socjolog zamieszkały w Ługańsku. Absolwent filozofii na uniwersytecie w Moskwie. W Ługańsku wykłada filozofię i socjologię na miejscowych uczelniach.







*Mumin Szakirow, moskiewski dziennikarz i reżyser filmowy. Współpracuje z moskiewską redakcją Radio Swoboda.




Oryginał wywiadu m
ożna znaleźć na stronie Radio Svoboda:
http://www.svoboda.org/content/article/25334462.html


Obserwuj i polub nas na Facebooku:  https://www.facebook.com/mediawrosji





poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Kłamstwo wiedzie ku przepaści. Wystąpienia na moskiewskim Marszu Prawdy



Po powrocie Władimira Putina na Kreml na rosyjskie media spadla seria represji. Likwidowano agencje prasowe, wydawnictwom internetowym blokowano dostęp do sieci. Zwalniano redaktorów naczelnych i całe redakcje. W odpowiedzi na wydarzenia na Ukrainie Kreml podjął agresywną anty ukraińską kampanię propagandową. W obronie wolności mediów w niedzielę 13.04, na demonstracji w Moskwie, zebrały się tysiące ludzi. Publikujemy dwa spośród wygłoszonych tam przemówień.




Andriej Zubow (1952), historyk religii, profesor MGIMO. W odwet za jego krytyczną postawę i związane z kryzysem ukraińskim wystąpienia władze już dwukrotnie próbowały usunąć go z pracy.






Przyjaciele,

W tym wspaniałym dniu wkroczenia Pana do Jerozolimy, na naszej ziemi jesteśmy świadkami strasznej tragedii, przelewana jest krew Rosjan i krew Ukraińców, w mieście o symbolicznej nazwie Słowiańsk. To dzieje się teraz, dzisiaj, tak dzieje się dlatego, iż ci którzy samozwańczo objęli nad nami władzę, podejmują działania nie z myślą o nas i nawet nie z myślą o sobie, a w imię tego kłamstwa, którego ojcem jest diabeł.

Kiedy pytają mnie o to, jak prosty człowiek może dokonać wyboru własnej drogi, zawsze odpowiadam identycznie. Jeśli spostrzeżecie, że nie mówią wam prawdy, jeśli widzicie, że wojnę określają mianem pokoju, że okupantów przedstawiają jako pokojowo nastrojonych obywateli, pamiętajcie, prowadzą was ku przepaści.

Droga kłamstwa jest zawsze drogą ku przepaści. Dlatego drodzy przyjaciele, iż świat zbudowany jest na prawdzie. Świat nie ma innej podstawy od prawdy. Jestem historykiem religii, wiem jak to było w starożytnym Egipcie i w starożytnych Indiach. I tam i tam  prawda była podstawą wszystkiego na czym opierał się świat i człowiek. Kiedy politycy, dziennikarze, dyplomaci wprowadzają nas w błąd, popełniają wtedy przestępstwo wobec własnego kraju, wobec nas i wobec swojej własnej nieśmiertelnej duszy. Gubią siebie i nas. Odczuwam niewypowiedziany ból, kiedy na to patrzę. Czy mamy na to odtrutkę, czy mam drodzy przyjaciele możliwość by się temu przeciwstawić?

Mamy taką możliwość. Każdy człowiek, mały i duży, w Moskwie, albo na dalekiej prowincji, ma taką możliwość, trzeba samemu dochować wierności prawdzie. Przecież nie dlatego teraz tak wiele kłamstwa płynie z ekranów telewizyjnych, że za przeciwstawnie się mu stawiają pod ścianą. Pod ścianę na razie nas nie stawiają. Kłamstwo to skutek chciwości tych, co kłamią, ma też swoje źródło w strachu. Chcą nas wystraszyć. Ostrzegają nas, zrobimy z Wami coś strasznego. Ale niczego nam nie zrobią.

Dlatego, że kłamstwo pozbawione jest siły. W kłamstwie jest tylko jej cień. Siła tkwi w prawdzie. Kłamstwo ma krótkie nogi. I jak powiedział wielki Sołżenicyn, jedno słowo prawdy jest w stanie zmienić świat.

On sam zmienił świat i my też zmienimy.


*                               *                                   *                                  *


Igor Jakowienko (1951), dziennikarz, były sekretarz Związku Dziennikarzy Rosyjskich.






Witajcie drodzy przyjaciele,


Dziś czas biegnie tak szybko, wszystko się zmienia, iż trudno nam uwierzyć, że upłynął już miesiąc od chwili, gdy Szenderowicz i profesor Zubow porównali reżim putinowski i to jak on funkcjonuje z Trzecią Rzeszą z lat 1938-39 roku. Wtedy wielu wydało się to przesadą, Dziś należałoby raczej szukać różnic.

Tym, co oba reżimy odróżnia w znaczący sposób, jest o wiele większa dziś rola mediów i propagandy. Kiedy faszystowska Trzecia Rzesza doszła do kresu swego istnienia, na ławie oskarżonych, na procesie w Norymberdze, wśród 24 oskarżonych znaleźli się dwaj dziennikarze. Przedstawicielami środków masowej informacji byli Hans Frietzsche i Julius Streicher, redaktor gazety Der Stuermer. W Norymberdze oceniono, iż rola mediów w tym co się wydarzyło wynosiła ok. 10%. Jestem przekonany, iż dziś ten odsetek jest o wiele większy.

Jestem przekonany, że i nasz proces sądowy kiedyś się odbędzie. Na nim zostaną ocenione wszystkie przestępstwa obecnego reżimu, tam co najmniej 50% miejsc będzie zarezerwowanych dla ludzi, którzy dziś kłamią w naszych federalnych programach telewizyjnych i służą w szeregach tak zwanych putinowskich telewizyjnych sił zbrojnych.

Zajęliśmy się dziś, jak mi się wydaje, ważną sprawą, nazwiska tych ludzi wymienimy wprost. To ważne, że nie tylko wskażemy ich jako ludzi, którzy okryli się hańbą, ale i że zaczęliśmy się z nich śmiać. Śmiech jest najsilniejszą bronią. Kiedy z jakimiś rzeczami chcemy się rozstać na zawsze, śmiech nam w tym pomaga.

Moim zdaniem, to ma wielkie znaczenie, byśmy odnotowali wszystkie przestępstwa, jakie popełniane są obecnie na naszych ekranach telewizyjnych. Przestępstwo główne nie zostało wymierzone w naród ukraiński, tam zrozumiano co trzeba robić i już wyłączono te strumienie kłamstwa. Ofiarą głównego przestępstwo jest społeczeństwo rosyjskie. Co trzeba było zrobić z normalnymi, dobrymi i niegłupimi ludźmi, by trzy czwarte społeczeństwa gotowe było wesprzeć wojnę z braterskim nam narodem.  To jest rzeczywiście przestępstwo XXI wieku.

Dziś powinniśmy wymienić nazwiska wszystkich tych ludzi, żołnierzy wojsk telewizyjnych Putina, byśmy zobaczyli czym różnią się od prawdziwych dziennikarzy. Już dziś  powinniśmy wymienić właściwe nazwiska, wyliczyć ludzi, którzy ogłupiają społeczeństwo. By prawdziwym dziennikarzom łatwiej się było od nich zdystansować, trzeba powołać do życia prawdziwy Związek Dziennikarzy.

Musimy też rozwijać nasze własne, równoległe społeczeństwo obywatelskie. Inicjujemy dziś ważny proces, nie wolno nam nikogo zapomnieć, kiedy będziemy wypowiadali słowa potępienia, ośmieszali, wszystkich, którzy kłamią dziś w telewizji i robią z nas idiotów na łamach putinowskich gazet.

Kiesielow – hańba ! (prowadzący stacji telewizyjnej „Rossija” – „media-w-Rosj”)

Sołowiow – hańba ! (prowadzący stacji telewizyjnej „Rossija”)

Mamontow – hańba ! (autor propagandowych filmów dokumentalnych)

Ernst - hańba ! (szef Programu Pierwszego)

Mackiaviczius – hańba ! (dziennikarz programu „Wiesti” nadawanego w programie stacji „Rossija”)

Dobrodiejew – hańba ! (szef stacji państwowej radiowo-telewizyjnej korporacji WGTRK, właściciela Programu Rossija „Rossija”)

Kulistikow – hańba ! (szef telewizji NTV)

....

Zwyciężymy !


Na blogu Media-w-Rosji o problemach niezależnych mediów:


Wraz z powrotem na Kreml Władimira Putina nasiliła się ofensywa władz przeciw niezależnym mediom. Jeden po drugim tracili pracę nieposłuszni redaktorzy naczelni, zwalniano całe redakcje, likwidowano portale internetowe. Historyk i socjolog Alek D. Epsztejn jest zdania, iż środowisko dziennikarskie zachowując bierną postawę, ułatwiło Kremlowi zadanie.


Znany pisarz Borys Akunin: TV „DOŻD’” stała się bastionem wolności.

 

TV Dożd’ już dawno przestała być modną telewizją hipsterską – uważa znany rosyjski pisarz Borys Akunin. Dziś, w Rosji Wladimira Putina, to prawdziwy bastion wolności słowa. Czy uda się go uratować? Akunin nie jest optymistą, władze trudno będzie powstrzymać. Ale nic nie jest wieczne i już dziś, według pisarza, można dostrzec w Rosji zalążki zbliżającej się zmiany.


Ile kosztuje w Rosji telewizja wolna od cenzury?


Jedyna w Rosji niezależna stacja telewizyjna „TV Dożd’” nie poddaje się. Pozbawiona na polecenie Kremla dostępu do sieci kablowych i dochodów z reklamy zwróciła się do swoich widzów i przyjaciół z apelem o wsparcie. Aleksander Winokurow, współwłaściciel stacji, podaje na swym blogu interesujące dane na temat jej budżetu. 

Mówi radio „Echo Moskwy” 


O wyborach redaktora naczelnego w radiostacji "Echo Moskwy" pisze Natalia Rostowa. Materiał portalu slon.ru . Radiostacja „Echo Moskwy” od lat zajmuje szczególne miejsce w archipelagu rosyjskich mediów. Pozostaje źródłem wolnej od cenzury informacji i komentarzy przedstawiających różne punkty widzenia. Formalnie większościowym udziałowcem radia jest koncern Gazprom Media.



Eksluzywny wywiad dla "Media-w-Rosji" z Natalią Sindiejewą, dyrektorem generalnym niezależnej stacji telewizyjnej „TV Dożd’”


Od blokady Leningradu, do blokady TV „Dożd’


Wśród kontrolowanych przez Kreml rosyjskich mediów, stacja telewizyjna TV Dożd’ jest absolutnym wyjątkiem. Żadna inna telewizja rosyjska nie poświęca tyle uwagi działalności opozycji, korupcji urzędników, walce o prawa człowieka. Nadany kilka dni temu program poświęcony wojennej blokadzie Leningradu (z udziałem pisarza Wiktora Jerofiejewa) stał się pretekstem dla zmasowanego ataku na „Dożd’”. Czy telewizyjna wysepka wolności przetrwa pro kremlowskie tsunami?





Obserwuj i polub nas na Facebooku: https://www.facebook.com/mediawrosji