środa, 10 lutego 2016

O miłości naszego prezydenta do bomby atomowej….



Nawet w komunistycznych czasach oficjalna propaganda nie posługiwała się tak otwarcie hasłami militarystycznymi. Chętnie za to korzystano z symbolu jakim był "gołąbek pokoju". Z jego pomocą miłujące pokój radzieckie masy pracujące rzucały wyzwanie jastrzębiom z Pentagonu. Rosja Putina nie potrzebuje podobnego alibi. Znakomity rosyjski publicysta, scenarzysta filmowy Andriej Łoszak zwraca uwagę, iż jego kraj w błyskawicznym tempie upodobania się dziś do Korei Północnej. W Rosji także obowiązuje znana północno-koreańska doktryna "Songun" - "na pierwszym miejscu siły zbrojne". A największą miłością prezydenta Putina okazała się bomba jądrowa.



Autor: Andriej Łoszak 





Po kilkunastu latach przerwy Rosja znów pręży swoje atomowe muskuły. 



Dwanaście lat temu odwiedziłem Koreę Północną, kręciliśmy tam reportaż ukrytą kamerą dla telewizyjnego programu "Namiedni" (zlikwidowany przed lat popularny cotygodniowy program publicystyczny znanego dziennikarza telewizyjnego Leonida Parfionowa emitowany przez telewizję NTV - "mediawRosji"). Uderzyło mnie wówczas, iż wszystkie ulicy Pjongjangu obstawione były billboardami, zamiast zwyklej reklamy oklejono je plakatami wojskowymi. Pokazywały one, jak potężnych rozmiarów, nieulękli północni Koreańczycy rozprawiali się wszelkimi możliwymi sposobami z maleńkimi, tchórzliwymi Amerykanami. Było to widowisko zabawne i zadziwiające: tamtejsza propaganda poświęcała tak wiele uwagi Ameryce, choć zapewne większość Amerykanów nawet nie domyśla się, iż gdzieś na Ziemi żyją sobie północni Koreańczycy.


Od idei "czucze" do polityki "songun"

Warto zastanowić się, jak to się stało iż Korea północna tyle energii zaczęła wkładać w swoją militarystyczną propagandę. Jak wiadomo, wielki wódz towarzysz Kim-Ir-Sen był zwolennikiem idei "Czucze". Zakładała ona, iż kraj będzie liczył tylko na własne siły i że przy wsparciu Związku Radzieckiego spróbuje rozwinąć odizolowaną od reszty świata, a jednak efektywną gospodarkę. Na początku lat dziewięćdziesiątych okazało się, iż nic z tego nie będzie. Wówczas Syn Kim-Ir-Sena, wielki przywódca tow. Kim Dzong Il postanowił przeorientować kraj tak, by dominowała w nim tylko jedna dziedzina wytwórczości - wojskowa. Ta polityka wewnętrzna oparta na zaciekłej walce z wrogiem zewnętrznym, choć ów domniemany wróg zupełnie się tobą nie interesuj otrzymała nazwę "songun" - "na pierwszym miejscu siły zbrojne". Przez cały czas pobytu w Korei towarzyszyli nam północnokoreańscy przewodnicy, kiedy zarzucali nas swoimi paranoidalnymi opowieściami śmieliśmy się do rozpuku. W Korei na przykład nie było wówczas Internetu, tylko wewnętrzny odcięty od świata intranet.

- Dlaczego tak się dzieje" - zapytaliśmy.
- To po to, by nasi amerykańscy wrogowie nie mogli szkodzić naszej suwerenności - odpowiadali całkiem na poważnie.

Małej i słabej koreańskiej autarkii potrzebny jest strach, ma go budzić  tak wewnątrz kraju, jak i poza jego granicami. Poza tym Korea północna nie ma nic, ani nowoczesnych technologii, ani kultury, ani dobrobytu. Tylko jeden rodzaj wiadomości z Korei północnej trafia na pierwsze strony gazet: kolejne oświadczenie, iż udało im się wyprodukować bombę wodorową. Kiedy w duszy ludzkiej panuje pustka, nie pozostaje nic innego jak tylko sianie strachu i budzenie przerażenia. Nieprzypadkowo w żargonie kiboli biała broń nazywana jest "argumentem". Kiedy ktoś przed twoim nosem wymachuje nożem, wygląda to dość przekonująco. Jednak korzystanie z "argumentu" jako jedynego argumentu, jest przede wszystkim demonstracją głupoty, słabości, podłości. Kiedy byłem w Korei w 2004 roku, w Rosji triumfowała wiara w związki węglowodorowe. "In gaz we trust" - takie było kredo ówczesnej władzy. Dobrze pamiętam jak Parfionow w "Namiedniach" porównywał wystąpienie Putina w Zgromadzeniu Federalnym do wygłoszonego w obecności akcjonariuszy przemówienia przewodniczącego rady nadzorczej wielkiej kompanii naftowej. Prezydent nie podzielił się wówczas żadną inną ideą poza jedną, będziemy czerpać zyski z ropociągu. Społeczeństwu z tego daru bożego pozostawiono okruszki, nazywano je wtedy stabilizacją. Ludzie chętnie wierzyli w prezydenckie obietnice. Gdyby w 2008 roku Putin odszedł na dobre, pozostałby w historii jako wybitny menedżer, któremu sprzyjało szczęście. Ale on nie odszedł.

Od tamtej pory jednak, ceny ropy zdążyły znacząco spaść. Stało sie jasne, iż poszukiwanie idei narodowej w zasobach ropy i gazu będzie co najmniej głupotą. Społeczeństwo zareagowało okazując ciche niezadowolenie, okazało się, iż nasz efektywny manager nie jestem taki efektywny. Wielu zaczęło wręcz nazywać prezydenta złodziejem, pojawiły się żądania uczciwych wyborów, podobne do tych organizowanych w krajach zachodniej demokracji.

Projekt patriotyczny

Odpowiedzią władz był projekt patriotyczny. Przy jego pomocy Rosjan udało się zjednoczyć, połączył ich strach przed koszmarną perspektywą przekształcenia ich kraju w zdominowaną przez mniejszości seksualne "Gejropę". Ale i ten projekt nie nadawał się, by na jego podstawie ogłosić ideę narodową. Szybko wyjaśniło się, iż na horyzoncie nie ma nikogo, kto potrafiłby w sposób przystępny wytłumaczyć co to takiego "nasze tradycje", duchowe zaplecze i własna, szczególną droga. Im dłużej kroczyliśmy po owej szczególnej drodze (już pisarz Nikołaj Leskow uważał, iż wiedzie ona w ślepy zaułek) zmniejszało się nasze poczucie stabilności, za to zwiększała się liczba wrogów odpowiedzialnych za nasze nieszczęścia.

Nieoczekiwanie przekonaliśmy się, jak przydatne i dla nas może być doświadczenie towarzyszy z Korei północnej. Militarystyczna idea "songun" stała się nową ideologią rosyjskich władz.  Jej głównym symbolem stała się bomba wodorowa. Dwanaście lat temu Korea Północna wydala mi się ostatnią skamieliną przeszłości, parodią antyutopii z XX wieku. Jednak nie mam już więcej ochoty, by traktować Koreę Północną tylko z ironią, oto bowiem, kraj w którym mieszkam w błyskawicznym tempie zaczyna się do niej upodobniać.

Rosja przypomina obecnie także słynnego doktora Strangelove (bohater filmu Stanleya Kubricka z 1964 roku przedstawiającego w satyryczny sposób szaleństwo nuklearne USA  - "mediawRosji").  Pokochaliśmy bombę, zdając sobie sprawę, iż nic z tego co posiadamy, nie może się z nią równać. Bomba stała się naszym głównym duchowym zapleczem, to nasz najbardziej przekonujący "argument". Trudno przypuszczać, byśmy w niedalekiej przyszłości znaleźli swojego Steve'a Jobsa, albo Elona Muska, trudno spodziewać się, iż nasi uczeni znów będą zdobywać nagrody Nobla, za to stara, dobra radziecka bomba przetrwała, mamy ją pod ręką, nigdzie nie zniknęła. Jeśli nie chcą nas szanować (właściwie co mieliby nas szanować?), to niech przynamniej czują przed nami strach.

Coraz rzadziej nowe wydania programów informacyjnych potrafią się obyć bez wiadomości o potencjale atomowym Rosji. Wszystko rzecz jasna zaczęło się od głośnego wyskoku Dmitrija Kisieliowa, gdy dokonywała się aneksja Krymu. "Obama posiwiał ze strachu", "zamienimy Stany Zjednoczone w radioaktywny popiół". I tak dalej. Kisieliow dobrze zrozumiał, jaki obecnie obowiązuje trend.  Dlatego zapewne obsypano go później przejawami najwyższej państwowej łaski. Sam prezydent porównuje broń atomową z pazurami i zębami niedźwiedzia, niech tylko jego wrogowie spróbują zrobić z niego kukłę.

Święto broni atomowej

W 2015 roku, podczas konferencji prasowej prezydenta, ten sam Kisieliow poskarżył się Putinowi:

- "Może cierpię na paranoję, ale czuję jak dusi mnie NATO, zacieśnia się ich okrążenie, duszę się."
- "My ich wszystkich zadusimy, czego się pan boi" - uspokajał go Putin, przechodząc zaraz potem do ulubionego tematu. I opowiedział o silach powstrzymywania jądrowego. 



Obama: Ceny na ropę już nigdy nie wzlecą !
Miś: A ja tu mam zabawkę, od niej wszystko wzleci !


Pod adresem Ministerstwa Obrony zgłoszono wówczas propozycję, by do kalendarza wpisano jeszcze jedno oficjalne święto - "Dzień broni nuklearnej", to dla uczczenia pierwszego radzieckiego eksperymentu w tej dziedzinie. Karykaturzysta agencji RIA NOWOSTI opublikował z tej okazji rysunek, na nim jego stały bohater, wyglądający po chamsku niedźwiedź wymachuje rakietą przed nosem Obamy. Wtedy właśnie naprzeciw ambasady amerykańskiej wywieszono plakat z napisem "Obama - morderca", zaś na ulice miasta ruszyły samochody obklejone antyamerykańskimi hasłami. Tego lata spędziłem w USA dwa tygodnie. Nie zobaczyłem tam ani jednego stickera z Putinem. Amerykanie mają go w nosie, zajęci są sprawami ważniejszymi i ciekawszymi. Wojna której jesteśmy świadkami toczy się w naszych głowach i jest bez wątpienia projekcją emocji naszego prezydenta. Takie skupienie się na wizerunku wroga pokazuje naszą upiorną prowincjonalność, nie przypadkowo w Internecie krąży tak wiele żartów dotyczących hasła: "Nigdy jeszcze Rosjanom nie żyło się tak źle, jak przy prezydencie Obamie". Więc, co może nie jest to Korea północna?

Nikt dziś nie pamięta o "gołąbku pokoju"

Muszę przyznać ze smutkiem, iż Rosja stała się teraz międzynarodowym chuliganem z "argumentem" w kieszeni. Nawet komunistyczna propaganda nie podnosiła kultury militaryzmu na takie wyżyny. Większym wzięciem cieszył się wówczas gołąbek pokoju, pokazywano jak przy jego pomocy udawało się powstrzymywać presję ze strony Pentagonu. Rosja wydaje dziś na swój kompleks przemysłowo-obronny 10 razy więcej, niż na system ochrony zdrowia i oświatę (30% budżetu w porównaniu z 3%). Wydatki obronne stale rosną, za ta na medycyną ulegają redukcji. Zamyka się szpitale, brakuje pieniędzy na niezbędne lekarstwa, stary sprzęt psuje się, ten temat opisywany jest niemal codziennie. W rzeczywistości, nawet bez wojny nuklearnej już dziś płacimy własnym zdrowiem za miłość naszego prezydenta do bomby atomowej.

Tę militarystyczną paranoję próbuje się zaszczepić wszystkim, także dzieciom. Kilka tygodni temu znalazłem się na choinkowej imprezie noworocznej zorganizowanej przez "Nocne Wilki". Zainteresowało mnie na co przeznaczyli prezydencki grant w wysokości 9 milionów rubli z puli przeznaczonej dla organizacji pozarządowych. Wilki dostały pieniądze, choć odrzucono podania takich cieszących się rzeczywistym szacunkiem organizacji, jak Fundacja Pomocy Hospicjom "Wiara", lub "Wolontariusze na rzecz pomocy osieroconym dzieciom".

Zorganizowane przez Wilki na otwartym mroźnym powietrzu widowisko uderzyło mnie swą zdumiewającą eklektycznością. Już po siedmiu minutach w programie pojawiła się wyzywająco ubrana kobieta. Mówiąc z silnym amerykańskim akcentom wyśmiewała się ze wszystkiego, co rosyjskie: "Wszystko u was jest do kitu, choinka też". W składzie pstrokatej drużyny wrogów znaleźli się Erdogan, nazista udający geja, hipster z macbookiem, rockman przypominający Makarewicza. Przeciwstawiali im się prości rosyjscy ludzie, po ich stronie z pobudek patriotycznych opowiedział się także Koszczej Biezsmiertnyj (groźny i bezlitosny czarownik obecny w bylinach rosyjskich, stale knuje zło w swym zamczysku - "mediawRosji"): "Może jesteśmy złoczyńcami, ale w naszych żyłach płynie rosyjska krew". W rezultacie w oglądanym przeze mnie widowisku Rosjanie pod kierownictwem Koszczeja pobili swoich oponentów. I jedni drudzy z resztą jeździli na amerykańskich motocyklach. Dekoracje widowiska wzorowano się na "Szalonym Maksie", dodatkowo przypominał o tym wielki napis z nazwą filmu.

Mój siedmioletni syna, wytrzymał na tej patriotycznej halucynacji tylko do połowy, potem zmarzł i zażądał byśmy poszli ogrzać się do kawiarni. Zapytałem go o czym jego zdaniem opowiadało przedstawienie. Chłopak poskrobał się z tylu głowy, i odpowiedział niepewnie: to chyba było coś o wojnie.


Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski
Oryginał ukazał się na moskiewskim portalu colta.ru:

http://www.colta.ru/articles/society/9948






*Andriej Łoszak (ur. 1972), znakomity rosyjski dziennikarz telewizyjny, autor nagradzanych filmów dokumentalnych, scenarzysta. Był wspolautorem świetnego programu publicystycznego "Zawód reporter". Obecnie redaktor naczelny portalu "Takije dieła". 









Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com




Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego. 




piątek, 5 lutego 2016

Mięso bez wódki jedzą tylko psy



Jest jednym z najbardziej nagradzanych rosyjskich fotoreporterów. Zdjęcia Siergieja Maksymiszyna były publikowane w najważniejszych światowych gazetach i magazynach. Fotografie z Rosji mają niepowtarzalny klimat, pełno na nich sytuacji absurdalnych, jednak nie brakuje też autentycznych ludzkich emocji, śmiechu i łez. W rozmowie z radiem Swoboda Maksymiszyn przyznaje, iż dla zasady nie fotografuje Europy, jest zbyt sterylna, ucywilizowana. Ciągnie go do najbardziej oddalonych zakątków Rosji, do Azji. Ekolodzy dostrzegają w nim twórcę zatroskanego o los przyrody i zwierząt. W rozmowie z Dmitrijem Wołczkiem opowiada, jak powstały jego najbardziej znane fotografie.




Z Siergiejem Maksymiszynem rozmawial Dmitrij Wołczek

 




Fotograf Siergiej Maksymiszyn opowiada o portrecie Putina, upadku Krymu i reinkarnacji duszy w bakterię



W Petersburgu ukazała się właśnie książka „Sto fotografii Siergieja Maksimiszyna”, a w praskiej galerii Zahradnik otwarto wystawę prezentującą zdjęcia z tego albumu.



Na wernisażu Siergiej Maksymiszyn opowiedział Radiu Swoboda o swojej nowej książce:




Obraz pokazujący studentki w Dagestanie, to jedno z najbardziej znanych zdjęć Maksymiszyna




Siergiej Maksymiszyn:
Album nie prezentuje stu moich ulubionych prac. Ponieważ chciałem uniknąć subiektywności, specjalnie zebrałem trzyosobową komisję, która przez dwa dni przekopywała się przez stosy fotografii i z 500 zaproponowanych przeze mnie wyselekcjonowali setkę. Każde zdjęcie poddawaliśmy pod głosowanie. W wielu przypadkach przegrałem z pozostałymi jurorami, moje propozycje ich nie przekonały. Mnie samemu po prostu znudziły się już moje prace, nie potrafię ich obiektywnie ocenić. Dlatego ostateczny wybór stu fotografii jest wynikiem zespołowej selekcji, dokonanej przez osoby, których opinię wysoko cenię.


Dziewczyny z Dagestanu

Maksymiszyn:
Dziewczyny z Dagestanu to chyba moja ulubiona fotografia. Robiłem wtedy dla magazynu „Russkij Reportior” obszerny materiał o porwaniach narzeczonych w Dagestanie. Oczywiście na zrobienie takiego reportażu nie dostałbym akredytacji. Nie chciałem też robić czegoś w rodzaju współczesnej wersji komedii „Kaukaska branka”, dlatego ostatecznie postanowiłem opowiedzieć o losach dagestańskich kobiet. Jeździłem więc po Dagestanie i fotografowałem różne kobiety – i te wyemancypowane, studiujące dziennikarstwo, i te mieszkające na wsi. Robiłem zdjęcia uczennicom 9 klasy, z których 2/3 już były „porwane”, utrwalałem na kliszy całe rodziny i związane z nimi dagestańskie historie miłosne. Kiedy już miałem sporo zdjęć nowoczesnych dziewczyn, postanowiłem dla równowagi sfotografować i bardziej tradycyjne mieszkanki Dagestanu. Ktoś z miejscowych poradził mi bym odwiedził miejscowy college teologiczny. Kiedy tam dotarłem i zobaczyłem tę salę wykładową w kształcie amfiteatru, zrozumiałem, że to jest to. Siedziałem cierpliwie przez cały wykład, czekając na moment, kiedy dziewczyny przywykną do mojej obecności i przestaną zwracać na mnie uwagę. Byłem tam jedynym mężczyzną. Cały urok zrobionego wówczas zdjęcia polega na tym, że wszystkie dziewczyny – z jednym chyba wyjątkiem – wcale na mnie nie patrzą. Na tę chwilę właśnie czekałem. Ot, taka prosta historia jest związana z powstaniem tej fotografii.



Dmitrij Wołczek:
Najbardziej znaną pana fotografią (i pewnie wbrew pańskiej woli) jest portret Putina. Chyba właśnie to zdjęcie jest najczęściej kopiowane, wykorzystywane w kolażach i „demotach”. Jak ono powstało i jak się pan do niego odnosi?


Portret Putina


Maksymiszyn:To faktycznie ciekawe. Wie pan, kiedy fotograf staje się sławny? Zapewne wtedy, gdy choćby jedna jego praca staje się rozpoznawalna poza wąskim kręgiem pasjonatów, krytyków, fotografów i innych osób w mniejszym czy większym stopniu zajmujących się fotografowaniem zawodowo. Było przecież wielu wybitnych fotografów, którzy nie zdobyli szerszej popularności, bo nie trafiło im się to jedno jedyne słynne zdjęcie. Choćby Tarasiewicz - zapewne najwybitniejszy rosyjski fotograf, a jego dorobek znają jedynie zawodowcy. Zdjęcie Putina to zapewne jedyna moja praca tego rodzaju. Okoliczności, w jakich je zrobiłem wcale nie były wyjątkowe. W Petersburgu odbywała się taka cykliczna impreza pod hasłem „Dialog Rosyjsko-Niemiecki”. Jej podsumowaniem była konferencja prasowa w Pałacu Maryjskim. Schroeder już przyjechał, a Putin jak zwykle się spóźniał. Cały tłum dziennikarzy czekał na niego od dwóch godzin. Pracowałem wtedy dla „Izwiestii”, a oni zawsze mają napięty grafik, więc wiercili mi dziurę w brzuchu i popędzali: pospiesz się, potrzebujemy fotki z wesołym Putinem i smutnym Schroederem. W końcu wpuszczono nas do półokrągłej sali - Putin wreszcie przyjechał. Wokół sali był szereg okien z zaciągniętymi zasłonami. W którymś momencie promień przytłumionego zasłoną światła padł na twarz Putina. Wszyscy przestali pstrykać, bo słońce oświetlało Putina i Schroedera pod różnym kątem. Nie dało się ich ująć jednolity, ładny kadr. Podczas gdy inni zrobili przerwę w fotografowaniu, ja przyjrzałem się Putinowi i stwierdziłem, że i bez Schroedera wygląda nieźle. No i po prostu pstryknąłem kilka razy. Ale byłoby mi przykro gdyby ktoś uznał, że właśnie to zdjęcie jest najlepsze w moim dorobku. Tak naprawdę portret w niewielkim stopniu zależy od fotografa. To raczej kwestia przypadku i uchwycenia momentu.




Fotografię Putina lubią tak jego zwolennicy jak i krytycy. 
Wołczek:
Może chodzi o to, że właśnie wtedy ujrzał pan i utrwalił samo sedno putinowskiego charakteru?

Maksymiszyn:
To raczej zasługa aparatu fotograficznego, a nie moja. Co ciekawe, to zdjęcie podoba się zarówno przeciwnikom, jak i zwolennikom Putina. Widywałem je na pulpitach komputerów pracowników rządowych służb prasowych. Podobno nawet u jednego z bardzo bliskich współpracowników Putina ten portret wisi w ramce na ścianie.

Wołczek:
 A pan jest przeciwnikiem czy zwolennikiem Putina?

Maksymiszyn:
Oczywiście, że przeciwnikiem.

Wołczek:
Kiedy przeczytałem, że urodził się pan na Krymie, pomyślałem sobie: „A może jednak jest zwolennikiem?”.

Maksymiszyn:
Moja mama była wykładowcą języka ukraińskiego i literatury ukraińskiej. W domu rozmawiało się w dwóch językach. Z ojcem, Żydem, po rosyjsku, z mamą po ukraińsku, ze starszą siostrą też po ukraińsku, a z młodszą – po rosyjsku. Trudno mnie więc nazwać typowym mieszkańcem Krymu.

Wołczek:
A obecnie bywa pan na Krymie?

Maksymiszyn:
Bardzo rzadko. Źle się tam czułem jeszcze przed aneksją. Po dawnym Krymie zostało już tylko wspomnienie.

Wołczek:
A co konkretnie się zmieniło?

Maksymiszyn:
Zniknęła dawna atmosfera. Kiedyś lubiłem Kercz, bo zupełnie nie przypominał mi Jałty. To było typowe miasto przemysłowe, ale ze wspaniałym muzeum. Dzieciństwo kojarzy mi się zarówno z pracą archeologów, jak i z robotnikami, z potężnym przemysłem metalurgicznym, z rybakami. A po rozpadzie ZSRR Kercz zmienił się w zapyziałe miasteczko. Gdzie to wszystko przepadło? Dziś śladu nie ma po dawnej wielkości. Kiedy na głównym placu miasta zobaczyłem, że w szczelinach pomiędzy płytami rośnie wysoka trawa, przypomniałem sobie, że czytałem kiedyś o kozach pasących się na ruinach Forum Romanum. Mój ojciec nadal mieszka w Kerczu, ale od śmierci mamy w 2005 r. już go tam nie odwiedzam, to on przyjeżdża do nas.

Wołczek:
Czyli od momentu aneksji nie był pan na Krymie ani razu?

Maksymiszyn:
Byłem, kiedy dla niemieckiego „Geo” robiłem materiał o podróży z Moskwy do Sewastopola.

Wołczek:
Coś się zmieniło?

Maksymiszyn:
Nie, nic się nie zmieniło i już się nie zmieni.

Wołczek:
Ale przecież i tu można dostrzec piękno – piękno upadku, tak cenione przez fotografów.

Maksymiszyn:
To trochę inny wariant upadłego piękna. Owszem, zdarza się, że najpierw jest brud i syf, ale z czasem ruiny nabierają szlachetnego uroku. Tutaj niestety wszystko zatrzymało się na etapie syfu.

Wołczek:
Wiele pan podróżuje, i to wcale nie po utartych turystycznych szlakach. Był pan w Afganistanie, w Iraku…

Maksymiszyn:
Ostatnio wypracowałem sobie taką metodę: biorę ze sobą studentów i wyruszamy tam, dokąd mamy ochotę. Daje mi to możliwość fotografowania tego, co mi się podoba.

Wołczek
A jaki kraj najbardziej pan lubi?

Maksymiszyn:
Indie. Jeżdżę tam co roku. Ostatnio byłem w Kalkucie, a wcześniej w Puri nad Zatoką Bengalską. Dobrze mi tam, lubię to niesamowite poczucie całkowitej beztroski.

Wołczek:
A Rosja?

Maksymiszyn:
Nie, niebo w Rosji mnie przytłacza, odczuwam to niemal fizycznie. W Rosji jest ciekawie, ale nie mogę powiedzieć, że dobrze mi się w niej mieszka.

Wołczek:
Mieszkał pan w Petersburgu, pracował jako fizyk jądrowy.

Maksymiszyn:
To było wieki temu.

Wołczek:
Jak fizyk zmienia się w fotografa?


"Izwiestia" szukają fotografa



Maksymiszyn:
Drogą przepoczwarzenia. Po studiach pracowałem w Ermitażu, w dziale ekspertyz. Napisałem pracę dyplomową pod tytułem „Atrybucja i datowanie ceramiki”. Potem trochę zajmowałem się monetami. No a potem nastał głodny rok 1991. Nie było co do garnka włożyć, a nam urodziło się dziecko. Moi znajomi ze studiów zajęli się biznesem i to właśnie dzięki nim udało mi się wyjechać do Holandii, żeby kontynuować naukę. Z czasem zostałem dyrektorem spółki rosyjsko-holenderskiej, zajmującej się pośrednictwem w handlu nieruchomościami. Dzięki tej pracy przetrwałem w latach 90-tych, ale cały czas miałem poczucie, że to nie to. Kiedy w piątek robi ci się słabo na myśl, że już niedługo poniedziałek, to trzeba coś zmieniać. Krach rosyjskiej gospodarki w 1998 r. i późniejszy kryzys dla mnie osobiście stały się szansą na zmianę trybu życia. Dziś też pewnie jest sporo takich ludzi, którzy znaleźli swoje powołanie i robią to co lubią, a nie to, co im los zesłał. Kiedy dowiedziałem się, że „Izwiestia” poszukują fotografa, zgłosiłem się i zacząłem z nimi współpracować jako wolny strzelec.

Wołczek
Czyli wszystko zaczęło się od „Izwiestii”?

Maksymiszyn:
Tak, ale najpierw przez dwa lata uczyłem się zawodu. Zgłębiałem tajniki fotografii, ale ze świadomością, że nigdy nie zostanę zawodowym fotografem, bo moja rodzina przywykła już do pewnego poziomu komfortu. Nie mogłem tak po prostu rzucić dotychczasowej pracy. Za to kiedy zaczął się kryzys, kiedy kurs dolara w ciągu dnia skoczył z 6 do 26 rubli, a mój biznes zaczął mocno szwankować, mogłem wreszcie pozwolić sobie na zmianę planów. Można było zacisnąć zęby i przeczekać kryzys, ale pomyślałem: albo teraz coś zrobię, albo na starość nie będę miał co wnukom opowiadać.

Wołczek:
Wtedy „Izwiestia” to była zupełnie inna gazeta niż ta dzisiejsza, pro kremlowska pod rządami Gabrielanowa?

Maksymiszyn:
 „Izwiestia” wówczas wciąż były jeszcze gazetą z prawdziwego zdarzenia. A przede wszystkim pracował tam naprawdę genialny redaktor działu fotografii, Losza Bielanczew, z którym do dziś się przyjaźnię.

Wołczek:
A obecnie czytuje pan „Izwiestia”?

Maksymiszyn:
Musiałbym być zdrowo szurnięty. W ogóle nie czytam gazet i nie oglądam telewizji. Moim jedynym źródłem informacji są media internetowe.

Wołczek:
Uważa się pan za dziennikarza?


Uważam się za dziennikarza



Maksymiszyn:
Wiem, że słowo „dziennikarz” w dzisiejszej Rosji bardzo się zdyskredytowało. Tym niemniej uważam się za dziennikarza, bo jak niby miałbym siebie określić? Myślę, że bardzo łatwo można rozstrzygnąć, czy jest się dziennikarzem, czy artystą. Dla artysty obraz jest celem, a dla mnie – mimo wszystko – obraz jest środkiem. Kiedyś z obawą myślałem o złamaniu prawej ręki, dziś już bym się tym nie przejął. Z ręką w gipsie mógłbym przecież pisać. Gdybym miał wymienić moich najważniejszych nauczycieli fotografii, to wśród nich znalazłby się przede wszystkim Pietia Weil (rosyjski pisarz, dziennikarz, autor programów telewizyjnych, przez lata dyrektor programowy rosyjskiej służby Radio Swoboda - "mediawRosji"). Pracowaliśmy wspólnie przy wielu projektach. Bez wątpienia zawody fotoreportera i reportera-pisarza są sobie bardzo bliskie. Posługują się różnymi środkami wyrazu, ale styl pracy jest praktycznie taki sam.







Wołczek:
Robił pan fotografie do albumu „Genius loci”?

Maksymiszyn:
Nie, zdjęcia które robiliśmy razem z Piotrem weszły do książki „Karta rodiny" (Mapa ojczyzny)”.

Wołczek:
To niedoceniona książka, a szkoda.

Maksymiszyn:
To wspaniała książka. Dla moich studentów jest lekturą obowiązkową. Nie istnieje lepsze dzieło dotyczące fotografii podróżniczej. A jeśli chodzi o „Genius loci”, to na zajęciach wykorzystuję tylko niektóre rozdziały, te opowiadające o miejscach, które sam odwiedziłem. Cytowanie tej książki „na sucho” nie ma sensu. Natomiast jeśli byłem, przykładowo, w Rzymie, to mogę wykorzystać odpowiedni fragment w charakterze ilustracji.

Wołczek:
To ciekawe, że na pańskich fotografiach nie ma Europy. Dlaczego?

Maksymiszyn:
Teraz też jak się pakowałem, to nie wziąłem ze sobą aparatu. Moim zdaniem w Europie jest identycznie jak u nas, tyle że czyściej. Co innego Azja, to zupełnie inna planeta.

Wołczek:
Miał pan tam jakieś straszne przygody? Powiedzmy, w Afganistanie?

Maksymiszyn:
Najstraszniejsze przydarzyło mi się w tym roku. Byłem w Mongolii, robiłem zdjęcia w Ułan-Bator. Koło dworca kolejowego napadli na mnie jacyś pijani włóczędzy i chcieli obrabować. Wtedy faktycznie najadłem się strachu.

Wołczek:
A wojny? A Afganistan?

Maksymiszyn:
Przecież nie jestem korespondentem wojennym.

Wołczek:
A Czeczenia?

Maksymiszyn:
Ostatni raz byłem tam w 2007 roku. Wysłał mnie tam „Russkij Reportior” żebym zrobił kilka fotek z Ramzanem Kadyrowem. Niby wszystko było umówione, a przesiedziałem bezczynnie cały tydzień i w końcu mnie do niego nie puścili. Codziennie powtarzali: jutro, jutro, jutro. A na koniec poinformowali: Ramzan wyjechał.

Wołczek:
Żałuje pan, że nie udało się panu zrobić jego portretu? To mogłaby być druga w pana karierze tego rodzaju sztandarowa praca.

Maksymiszyn:
Mam już w dorobku wspaniały portret jego ojca, Achmada-Chadżi Kadyrowa. Zdaje się, że nawet wygrałem dzięki niemu jakiś konkurs. Siedział w pokoju, którego ściany były obwieszone bronią. Wyjaśnił mi wtedy: „To nie mój pokój, a Ramzana”. To było jeszcze w 2004 roku.


Europę mogę tylko zwiedzać



Wołczek:
Czyli Europa pana kompletnie nie pociąga?

Maksymiszyn:
Moja żona pochodzi z Estonii, a ja sam jestem z Krymu. Ja lubię miejsca, gdzie jest ciepło i brudno, a ona takie, gdzie panuje chłód i jest czysto. Nasi moskiewscy przyjaciele żartują, że poszliśmy na kompromis i zamieszkaliśmy tam, gdzie jest zimno i brudno. Kiedy planujemy wspólny wyjazd na urlop, trudno nam zdecydować się dokąd. Kraje, które mnie pociągają, dla niej są mało atrakcyjne. Ale kiedy wyjeżdżamy razem, nie biorę ze sobą aparatu fotograficznego. Uświadomiłem sobie, że kiedy mam go w ręku, przestaję rozglądać się po otaczającym mnie świecie. Zamiast tego zaczynam szukać odpowiedniego ujęcia. To jak robienie zdjęć na zawodach sportowych i oglądanie hokeja w telewizji – towarzyszą temu zupełnie inne emocje. Z przyjemnością jeżdżę na przykład do Francji czy innych krajów, ale wyłącznie żeby je zwiedzać, a nie fotografować.

Wołczek:
Rozważa pan wyjazd na stałe?

Maksymiszyn:
Zobaczymy. Obecnie nie jest łatwo, wszystko się skomplikowało.

Wołczek:
 Czego najbardziej się pan obawia?


Maksymiszyn:
Coś wisi w powietrzu, atmosfera zrobiła się ciężka. Jestem typowym internautą i przywykłem, że inni użytkownicy sieci myślą podobnie jak ja. Ale od jakiegoś czasu, kiedy na przykład zaglądam na Facebook, czuję się jak wyrzutek.

Wołczek:
Chyba odwrotnie? To na Facebooku można się poczuć jak normalny człowiek, za to kiedy wyjdzie się na ulicę…

Maksymiszyn:
Ja już nawet na Facebooku czuję się nieswojo. 86% to straszna cyfra. Naprawdę nastały ciężkie czasy. W 1991 roku było trudniej, ale mieliśmy nadzieję. Wtedy wiedziałem, jaka czeka mnie przyszłość, wierzyłem, że będzie dobrze. A dziś nie mam pojęcia, co mogłoby wpłynąć na poprawę sytuacji. Wiem doskonale, jakie czynniki mogą przynieść pogorszenie. A skąd miałoby nadejść coś lepszego – pojęcia nie mam. Po prostu nie widzę żadnych zwiastunów poprawy.

Wołczek:
Ale fotografów władza się nie czepia? Może pan pstrykać co chce?

Maksymiszyn:
Myślę, że jesteśmy jak ten Nieuchwytny Joe z anegdoty. Po prostu na razie nikt nas nie zaczął ścigać.

Wołczek:
A czy zdarzają się sytuacje, że redakcja nie bierze jakiegoś zdjęcia, bo…?





Tę fotografię  Maksymiszyna można często zobaczyć  na demonstracjach, publikacjach inicjowanych przez ekologów w obronie zwierząt. 



Maksymiszyn:
Miałem już taką sytuację. Wycofali mi portret Putina z festiwalu w Wołgogradzie. Zdjęcia portretowe były hasłem przewodnim imprezy. Najpierw zamówili u mnie to zdjęcie, a potem je wycofali. Nie ma nic gorszego od prewencyjnej autocenzury. Mimo, że nikt nie zgłosił zastrzeżeń, organizatorzy się wystraszyli.

Wołczek:
Kto jest pańskim ulubionym fotografem, pańskim mistrzem?

Maksymiszyn:
Nie mam jakiegoś guru, ale całą masę twórców darzę ogromnym szacunkiem. Na pewno Salgado. Nie chodzi o to, że mi się podoba jego twórczość, a o to, że jest mi bliski. Bliski jest mi jego sposób życia.

Wołczek:
A propos Salgado: to pańskie zdjęcie z norkami, zrobione na fermie hodowlanej…

Maksymiszyn:
Wtedy jeszcze pracowałem dla „Izwiestii”. Wysłałem im to zdjęcie, a miesiąc później widzę, że opublikowali artykuł o fermach hodowlanych i zilustrowali je fotografią z Reutersa. Urządziłem „Izwiestiom” awanturę: mamy własne dobre zdjęcie, to po co drukujecie cudze, i do tego kiepskie?! Okazało się, że moja praca leży w katalogu „Izwiestii” w teczce z napisem „zwierzęta rosyjskie, małe, martwe”. Nic dziwnego, że nie mogli go znaleźć.

Wołczek:
To zdjęcie jest genialne.

Maksymiszyn:
To chyba druga pod względem popularności moja fotografia. Ekolodzy cały czas ją ode mnie kupują, widzę, że np. we Francji często ją wykorzystują na manifestacjach. To zdjęcie jest jak cios pięścią między oczy. Wiem, że pod jego wpływem wielu ludzi zrezygnowało z kupna futra. Większość z nich pewnie nawet nie ma pojęcia, jak nazywa się autor fotografii.

Wołczek:
Popiera pan obrońców zwierząt?

Maksymiszyn:
Moje młodsze dziecko jest wegetarianinem. A ja i moja żona też się powoli nawracamy. Od dawna nie jadamy ssaków, a ostatnio zdecydowaliśmy, że w ogóle nie będziemy jeść jakichkolwiek zwierząt lądowych.

Wołczek:
Poeta Aleksiej Cwietkow bardzo celnie zauważył, że nie należy jeść tych stworzeń, które mają oczy.

Maksymiszyn:
Kiedyś spędziłem wiele czasu w towarzystwie buddyjskich mnichów. Zapytałem ich, czy dusza może wcielić się w zająca? Może. – A w muchę? Może. - A gdzie jest granica mikroskopijności takiego żyjątka? W bakterię albo wirus dusza może się wcielić? Wie pan, co odpowiedzieli mnisi? Wytłumaczyli mi jak dziecku: „To bardzo proste. Aby stać się naczyniem dla duszy, żywa istota musi umieć cierpieć. Nie wiemy, czy wirus cierpi. Jeśli uczeni udowodnią, że wirus jest zdolny do cierpienia, to odpowiedź brzmi: tak. Jeśli tego nie udowodnią, to odpowiedź brzmi: nie”.




Fotografowi często pomaga przypadek, zlotozębnego kierowce Siergiej Maksymiszyn spotkał na promie łączącym brzegi syberyjskiej rzeki Irtysz. 

Złote zęby na promie



Wołczek:
Ostatnia fotografia, o którą chciałbym zapytać, przedstawia złotozębego przewoźnika na promie. Z nim też jest związana jakaś anegdotka?

Maksymiszyn:
Pojechałem wtedy do Tobolska robić materiał na zlecenie rosyjskiej wersji czasopisma „Geo”. Kiedy w tamtejszym miejscowym komitecie ds. kultury dowiedzieli się, że do miasta przyjechali dziennikarze, natychmiast wysłali do nas swojego przedstawiciela. Bali się, że mógłbym sfotografować nie to, co trzeba, więc zaproponowali pomoc. Odpowiedziałem, że jedyna pomoc, jakiej potrzebuję, to samochód z kierowcą. No więc dali mi samochód typu „ogórek”, coś jak karetka pogotowia, i kierowcę Szaszę. Pewnego dnia Sasza zabrał mnie do swojej cioci, mieszkającej po drugiej stronie Irtysza. W drodze powrotnej wsiedliśmy na prom. Sasza siedział bezczynnie, a ja postanowiłem rozprostować kości. Spacerując po pokładzie zobaczyłem te złote zęby, a w tle cerkiew. Film w aparacie już mi się kończył. Na szczęście miałem jeszcze rolkę filmu o wysokiej czułości, jakimś cudem uchowała się po sesji na meczu hokejowym. Do takich ujęć, jak to na promie, takiej kliszy się nie używa. Ale włożyłem ją do aparatu i pstryknąłem. Wyszło prawdziwe małe arcydziełko. A Sasza miał takie fajne powiedzonko: mięso bez wódki to tylko psy jedzą.




Tłumaczenie: Katarzyna Kuc

Oryginał ukazał się na portalu svoboda.org: http://www.svoboda.org/content/article/27506772.html






*Siergiej Maksymiszyn (ur. 1964), wybitny rosyjski fotoreporter. Wielokrotnie nagradzany na rosyjskich i międzynarodowych konkursach fotograficznych, w tym na World Press Photo. Publikowany w najważniejszych międzynarodowych gazetach i magazynach. Autor kilku albumow w tym "Ostatnie imperium. Dwadzieścia lat później" (2007). W 2006 roku warszawska galeria "Yours" zaprezentowała wystawę jego prac. Stronę internetową fotoreportera można znaleźć pod adresem: http://www.maximishin.com/









*Dmitrij Wołczek (ur. 1964), od 1988 roku dziennikarz rosyjskiej redakcji Radio Swoboda. Redaktor naczelny portalu svoboda.org. Poeta, tłumacz literatury anglojęzycznej. 











Świetny wybór zdjęć Siergieja Maksymiszyna można znaleźć: http://pavel-kosenko.livejournal.com/527024.html





Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com





Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego. 


niedziela, 31 stycznia 2016

W Rosji też są "frankowicze"...



Rosyjskie banki także udzielały walutowych kredytów hipotecznych. Ich oprocentowanie było zdecydowanie niższe od kredytów w rublach. Gwałtowna dewaluacja rubla wywołała następstwa znane doskonale polskim "frankowiczom". Wartość długu drastycznie wzrosła. Rosyjscy kredytobiorcy zareagowali podobnie do polskich. Przed siedzibami banków pojawili się demonstranci. Zgłoszono apele pod adresem rządu, by podjął interwencję. Publicystka popularnej gazety "Moskiewski Komsomolec" Tatjana Fiedotkina uważa, iż rząd winien się zająć nie tylko kredytami hipotecznymi udzielanymi w walucie, czy coraz popularniejszymi na rynku pożyczkami ekspresowymi. Władze winny podjąć szczególny wysiłek, by udostępnić kredyty umożliwiające sanację przeżywającej kryzys gospodarki




Autorka:  Tatjana Fiedotkina









Dług karciany jest długiem honorowym. A hipoteczny? Przegrać na jednym posiedzeniu cały majątek, a potem walnąć sobie kulę w łeb to jedna historia, całkiem inna zaś, to kupić pokój lub dwa z kuchnią dla trzy, czteroosobowej rodziny w wielopiętrowym domu, a potem płacić za nie raty kredytu hipotecznego przez całe życie.


Jakoś to będzie


Z drugiej strony, jak można zaciągnąć kredyt, jeśli od początku wiesz, iż go nie spłacisz. Będziesz na wieki niewolnikiem banku. Nie mówcie proszę, iż winne są drogi dolar i tani rubel, Krym, Putin i jeszcze jacyś inni niegodziwcy, którzy nie poszli wam na rękę. To wszystko wzięło się z braku znajomości elementarnej arytmetyki z wiecznej rosyjskiej wiary, iż jakoś to będzie.

Z drugiej strony ogarniają mnie przygnębiające wątpliwości. Jeśli ludzie dostrzegli zysk, w tym iż zaciągną kredyt hipoteczny w walucie, a nie w rublach, być może znaczy to, iż nie są takimi finansowymi analfabetami. Może jest wręcz odwrotnie.

Więc o jakim można tu mówić oszustwie? Sam zaryzykowałeś i przegrałeś. Nawiasem mówiąc nikt z historii naszego kraju nie wymazał 1998 roku. Już wtedy ćwiczyliśmy sytuację, gdy w ciągu jednego dnia rubel drastycznie stracił na wartości. Może była to lekcja warta zapamiętania. Zwłaszcza przez rozwiniętą, wykształconą, mieszkającą w wielkich miastach klasę średnią. To właśnie z jej szeregów rekrutują się przede wszystkim amatorzy kredytu hipotecznego.


Pytania do banków


Dziś ludzie, którzy wpadli w pułapkę walutową domagają się, by państwo udzieliło im pomocy. Za to państwo demonstruje zdziwienie - niby dlaczego? Banki udają, iż są głuche, milczą jak zaklęte. I robią źle. W podobnym stopniu, co kredytobiorcom szereg istotnych pytań można zadać także samym bankom.



To nie znaczy, iż będziemy usprawiedliwiać amatorów walutowej hipoteki. Ci ludzie przejawili chytrość, poszukując okazji do zysku. Ale w rezultacie ten zysk przypadł w udziale bankom. Warto więc zadać jeszcze jedno pytanie - czy banki miały do tego prawo? Nie tylko ludzie zaciągnęli kredyty w walucie, także banki im je udostępniły… Czemu nikogo nie oburza ich postępowanie? Dlaczego w ogóle istnieje możliwość zaciągania kredytu hipotecznego w walucie?

Czy w Ameryce wypłacają kredyty hipoteczne w euro? A w Europie w dolarach? Istnieje narodowa waluta, to z niej trzeba korzystać. A w dodatku kwestia stawek procentowych także rodzi określone pytania.

Dlaczegóż naszym obywatelom banki wypłacają kredyty o barbarzyńskiej stawce procentowej - 15-20 procent rocznie? W tych samych bankach, w ich oddziałach za granicą miejscowi zaciągają kredyty ze standartową dla Europy stawką, 4-6 procent rocznie?


Pożyczki ekspresowe


W naszym kraju niedostępne są cywilizowane kredyty, ich brak jest przyczyną całego zła. Z jednej strony z tego powodu gospodarka nie dysponuje masą pieniężną w odpowiednich rozmiarach. Z drugiej, ta sytuacja jest źródłem takich tragedii, jak ta, która zdarzyła się kilka dni temu w Uljanowsku. Jeden z mieszkańców zaciągnął pożyczkę ekspresową. Oprocentowanie było tak wielkie, iż dług zaczął błyskawicznie rosnąć. Dłużnikiem zainteresował się komornik. Zastosował najgorszy szantaż, by odzyskać dług. Pewnego dnia do mieszkania dłużnika wrzucono butelkę z cieczą zapalającą, zaczął się pożar, ofiarą ciężkich poparzeń okazało się dwuletnie dziecko.

Ten dług powstał w wyniku niespłaconego kredytu. Nie był to kredyt hipoteczny, ani walutowy, ale dzięki temu sytuacja dłużnika nie stała się łatwiejsza. Wręcz przeciwnie, koszmar okazał się jeszcze większy. Tym powinniśmy się zająć. Choćby dlatego, iż liczba ofiar pożyczek ekspresowych jest większa, niż ofiar zmian kursu walutowego, obarczonych kredytem hipotecznym.

Pożyczki ekspresowe często zaciągają ludzie niewykształceni, finansowo niesamowystarczalni, obarczeni dziećmi na utrzymaniu, albo ci w sędziwym wieku. Są finansowymi analfabetami, znajdują się w sytuacji bez wyjścia, czasem nie potrafią zrezygnować z chwilowego kaprysu. Najważniejsze jest to, iż tacy ludzie nie potrafią realistycznie ocenić tego, jakie będą konsekwencje zaciągnięcia kredytu.

Nadeszła pora, by państwo rzeczywiście zajęło się kwestią kredytów. I nie tymi zaciągniętymi na zakup mieszkania, ważniejsza jest dostępność kredytów niezbędnych dla sanacji gospodarki. Nasi "walutowicze" domagają się byśmy zwrócili Krym. Z jakiegoś powodu wydaje im się, że to najlepszy sposób na umocnienie kursu rubla. Ale to żądanie nie bardzo ma sens. Byłoby lepiej, gdyby od władz domagali się decyzji umożliwiających uzdrowienie realnej gospodarki. Potrzeba nam działań sprzyjających zwiększeniu mocy wytwórczych, inwestycji w rolnictwo, przemysł obronny, spożywczy, lekki, mały biznes. Wtedy kurs rubla z pewnością ulegnie wzmocnieniu. Wartość kredytów walutowych spadnie. Jednak by to osiągnąć, musimy zdobyć się na wielki wysiłek, potrzebny będzie także czas.

Nam zaś marzy się co innego, ene due rike fake, i już przed oknem rośnie pieniężne drzewo. Niestety w żadnej umowie kredytowej, ani w jej podstawowej części, ani zapisanej małym drukiem nie znajdziecie obietnicy, iż od tej pory będziecie żyć jak w bajce.

Tłum: Zygmunt Dzięciołowski


Artykuł ukazał się w gazecie "Moskiewski Komsomolec". Na jej stronie internetowej można go znaleźć pod adresem: http://www.mk.ru/economics/2016/01/29/zaemshhikam-i-kollektoram-posvyashhaetsya-skazka-o-denezhnom-dereve.html




Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com




Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego. 




czwartek, 28 stycznia 2016

Słowo "synagoga" nie jest już zakazane



W Związku Radzieckim ograniczano obywatelom pochodzenia żydowskiego dostęp do określonych zawodów, represjonowano chętnych do emigracji do Izraela. Za caratu Żydzi padali ofiarą pogromów. Po upadku Związku Radzieckiego udało się wiele zrobić w walce z antysemityzmem - twierdzi przewodniczący Kongresu Żydów Rosyjskich, Jurij Kanner. Jego zdaniem w Rosji nie są potrzebne kary za negowanie Holocaustu. Masowość represji wobec samych Rosjan wymaga raczej kar za negowanie represji stalinowskich.
 

Z Jurijem Kannerem rozmawia Mumin Szakirow





Mówią, że Andropow był Żydem….







Jurij Kanner na Światowym Kongresie Żydów w Jerozolimie. Pod jego kierownictwem Kongres Żydów Rosyjskich utrzymuje poprawne stosunki z władzami, jednak sam Kanner często pozwala sobie na wypowiedzi niezależne i nonkonformistyczne. 




Mumin Szakirow:
Władimir Putin zaproponował europejskim Żydom, by przenieśli się do Rosji. Tak prezydent Rosji zareagował na wypowiedź prezydenta Kongresu Żydów Europejskich Wiaczesława Kantora o nowej fali migracji Żydów z Europy. To był żart, czy poważna propozycja?

Jurij Kanner:
Przeoczył Pan pewien moment. Na początku Putin powiedział, iż sytuacja chyba nie jest taka straszna. Na co zareagował Kantor: och nie, jest okropnie, okropnie, okropnie. Putin zna go od wielu lat i pamięta, iż Kantor sam też kiedyś opuścił Rosję i przeniósł się na Zachód. A teraz przyjechał do Rosji i opowiada szefowi państwa o swoich lękach i zagrożeniach. Mam wrażenie, że każdy na miejscu Putina odpowiedziałby podobnie. A po drugie, jeśli w wypowiedzi Putina istotnie zabrzmiała nuta pragmatyczna, to być może zapragnął, by świat zwrócił uwagę, jak wiele w Rosji, i przy Jelcynie i przy Putinie, zrobiono dla walki z antysemityzmem.


Mniej przejawów antysemityzmu


Szakirow:
Można powiedzieć, iż mamy teraz w Rosji mniej przejawów antysemityzmu, niż dawniej?

Kanner:
Można. Te nowe cyfry do pewnego stopnia nas niepokoją. Być może liczymy nieprawidłowo? Zamawialiśmy odpowiednie badania w ośrodku "SOWA" (ros. ośrodek badający problemy ksenofobii i nacjonalizmu- "mediawRosji") i w Centrum Lewady. Rezultaty świadczą wyraźnie, iż sytuacji uległa poprawie. Po drugie, po rozpadzie ZSRR, a także całkiem niedawno, do Rosji przeprowadziło się wielu Żydów z byłych republik radzieckich, z Gruzji, Azerbejdżanu, Białorusi, Ukrainy, z Azji Środkowej. Mówimy o dziesiątkach tysięcy. Oprócz tego, o tym mówią dane ambasady Izraela, w Rosji, w różnym okresie pracowało, lub pracuje od 50 do 100 tys. obywateli Izraela. To pokazuje, że Putin nie żartował.

Szakirow:
W Związku Radzieckim antysemityzm obecny był w życiu codziennym. Można się było zetknąć z nim, gdy człowiek zdawał na studia, lub starał o przyjęcie do pracy. Represjonowano Żydów pragnących w latach siedemdziesiątych emigrować ze Związku Radzieckiego. Ludzie bali się głośno wypowiadać słowo synagoga. W jakich formach obecnie przejawia się w Rosji antysemityzm?



Kanner:
Najgorsza jest antysemicka retoryka. Jej źródłem bywa także telewizja państwowa. Na tego rodzaju wypowiedzi często pozwala sobie pisarz Aleksander Prochanow. Rok temu, jedna z prowadzących w stacji "Rossija 24" chlapnęła, iż to Żydzi sami odpowiadają za Holocaust. Antysemityzm w pewnym stopniu obecny jest w służbach specjalnych, nawet trudno mi zrozumieć dlaczego. Przypomnijmy sobie przypadek nauczyciela Ilji Farbera (głośna w latach 2012-2013 sprawa sądowa, nauczyciela wiejskiej szkoły oskarżono o korupcję - "mediawRosji"). Potem spróbowano tę sprawę zatuszować, ale niesmak pozostał. Co uratowało Farbera? Zwracając się do przysięgłych prokurator powiedział: "gotowi jesteście uwierzyć, iż człowiek o nazwisku Farber nic nie ukradł?" Ja tu mówię o ogólnie znanych przejawach antysemityzmu. Jest też literatura w rodzaju "Protokołów Mędrców Syjonu".

Szakirow:
A jak wygląda dziś w Rosji antysemityzm na poziomie domowym, w codziennym życiu….?

Kanner:
Proszę, to wydarzenia całkiem świeże, historia z kierowcami tirów. Nie wiem, czy to się urodziło na poziomie lokalnym, czy ktoś to inspirował. W Dagestanie zorganizowano demonstrację, na niej padały ostre hasła antysemickie. Inna nieprzyjemna historia sprzed dwóch lat , to pobicie chłopca w regionie podmoskiewskim. On był uczniem Jesziwy "Torat Haim". Ale to są oddzielne wydarzenia, trudno zobaczyć w nich jakąś tendencję.

Szakirow:
W czasach radzieckich limitowano procent studentów Żydów na wyższych uczelniach, w instytutach badawczych, przedsiębiorstwach przemysłu obronnego. Czy dziś istnieją dziedziny zabronione dla Żydów, np. FSB, MSW?


Deputowani, ministrowie, doradcy


Kanner:
Teraz, jak mi się zdaje, nikt tego nie kontroluje. Mamy Żydów deputowanych do Dumy, członków Rady Federacji, gubernatorów, ministrów, doradców prezydenta, ludzi na różnych  stanowiskach kierowniczych. Nie słyszałem o jakichś zakazach. W synagodze często spotykam różnych ludzi, faceta, który był prokuratorem, albo generałem milicji. Pojawia się inne pytanie, na podstawie jakich kryteriów przyjmowano do pracy? Może nie przyjmowano Żydów noszących charakterystyczne nazwiska, albo czysto semicki wygląd? Dzisiaj coraz szerzej krąży plotka, że Żydem był na przykład szef KGB, a potem sekretarz generalny Jurij Andropow.

Szakirow:
Żartuje pan?

Kanner:
Szczerze? nie sądzę, żeby była to tylko legenda. Takie pochodzenie w wypadku Andropowa było całkiem możliwe. Wiele mówi sam jego wygląd. Proszę popatrzeć, Siergiej Kirijenko był premierem, jego pochodzenie jest znane. Jewgienij Primakow był szefem rządu, i jego mama i tato byli Żydami. Niemcow miał mamę Żydówkę, na pewno ktoś jeszcze. Nie wydaje mi się, by we współczesnej Rosji pochodzenia miało jakieś znaczenie. W Związku Radzieckim, w różnych republikach panował antysemityzm w różnej skali. Urodziłem się na Ukrainie, żeby dostać się na studia wyższe, pojechałem do Rosji, do Saratowa. Wielu Żydów z Ukrainy przenosiło się do Rosji. Co ciekawe, przestrzeganie określonych żydowskich tradycji i obyczajów było łatwiejsze w regionach z przewagą ludności muzułmańskiej. Tam nie uległy one zerwaniu. Rytuał obrzezania w przypadku Żydów zamieszkałych w Tatarstanie, Azerbejdżanie, w Azji środkowej odbierano jako normę. Ubój koszerny - proszę bardzo. W innych republikach za to wyrzucano z partii. Tam gdzie przeważali muzułmanie, antysemityzm w życiu codziennym był nieobecny.



Wnętrze zbudowanej w końcu XIX wieku moskiewskiej Wielkiej Synagogi Chóralnej (foto:  Hshuvaeva)



Szakirow:
Niedawno rozmawiałem z Władimirem Poznerem (słynny dziennikarz telewizyjny - "mediawRosji"). Spotkałem go na prezentacji filmu o Janie Karskim. Zapytałem go, kiedy dowiedział się, że jest Żydem…. Okazało się, że w dzieciństwie, w latach czterdziestych,  Mieszkał wtedy w Nowym Jorku. Po raz pierwszy przezwano go Żydem, kiedy miał 7 lat. Usłyszał to od miejscowych podrostków, Irlandczyków. A Pan, kiedy pan poznał swoje pochodzenie?

Kanner?
Urodziłem się w Kamiennym Brodzie, żydowskim miasteczku  na Ukrainie. Obok Żydów mieszkali tam Polacy i Ukraińcy. To że jestem Żydem, zrozumiałem o wiele wcześniej od Poznera. W naszym  miasteczku było wiadomo kto jest kim, jakiej narodowości, ludzie mówili różnymi językami. Wychowywałem się w tradycyjnej rodzinie, w domu rozmawialiśmy w jidysz. Dopiero później dzieci dowiadywały się, że mieszkają na Ukrainie, w Związku Radzieckim, tę wiedzę przynosiła szkoła.

Szakirow:
Spotykały pana jakieś nieprzyjemności w związku z pochodzeniem?

Kanner:
Urodziłem się tam, gdzie Żydów wymordowano, w tym moich krewnych. Miejscowa ludność różnie to oceniała. Nie wszyscy nie Żydzi uważali, iż stała się tragedia.  Taki stosunek do wymordowania Żydów przetrwał do dziś.  Na miejscowym cmentarzu odbudowałem pomnik, wyremontowaliśmy ogrodzenia, alejki. Ale miejscowa ludność ten pomnik traktuje jak coś obcego. Byłem tam w sierpniu zeszłego roku i zobaczyłem jak go zniszczono. Jedni ludzie pomagają budować, inni niszczą. To chyba było dla mniej najbardziej przykre. To, że nazywali mnie żydkiem, nie, to jakoś nie robiło na mnie wrażenia, jestem żydkiem, i co z tego? Dla mnie to nie jest problem.

Szakirow:
Mam pan grubą skórę? Dzięki niej łatwiej się panu bronić przed antysemickimi wyskokami?


Urodziłem się na Ukrainie


Kanner:
Nie czułem, żeby ktoś na mnie napadał. Uczyłem się dobrze, moim rodzicom się powodziło. Mieliśmy przyzwoity dom, ojciec zbudował go w 1958 roku. Należeliśmy do elity naszej miejscowości. Nie czułem się poszkodowany. Żyli babcia z dziadkiem, kochali mnie. Odwiedzałem krewnych. Tamta rzeczywistość była jakaś lepsza. Nasze miasteczko miało przemysłowy charakter. Rodzice nie tylko zarabiali lepiej, byli nauczycielami, wyróżnialiśmy się pod względem intelektualnym. Rozumiałem, że żyję w uprzywilejowanym świecie.

Szakirow:
27 stycznia wypada kolejny Dzień Pamięci Ofiar Holocaustu. Jak z latami zmieniał się w Rosji odbiór tej daty?

Kanner:
To dzień  żałoby. Już od dwóch lat uroczystości są organizowane przy udziale państwa. Tego w Rosji wcześniej nie było. Nie organizujemy jakiejś jednej akademii, zaplanowaliśmy całą serię wydarzeń okolicznościowych, nie tylko w Moskwie, ale także w innych regionach. W synagogach odbędą się żałobne modlitwy, w Operze Helikon zorganizujemy wieczór pamięci z udziałem działaczy społecznych, polityków dyplomatów. Czeka nas cały "Tydzień Pamięci", każdy znajdzie dla siebie coś interesującego.

Szakirow:
A jednak wciąż jeszcze daty 27.01 nie włączono do oficjalnego kalendarza uroczystości państwowych…

Kanner:
W tym roku w budynku Dumy Państwowej obejrzeć można wystawę "Holocaust: zniszczenie, wyzwolenie, ratunek". Rosja była jednym ze współautorów pomysłu, by dzień 27.01 poświęcić pamięci Holocaustu. Tego dnia Armia Czerwona weszła do obozu Auschwitz-Birkenau, ale ma pan rację, tej rocznicy nie wpisano do kalendarza oficjalnego. Będziemy o tym przypominać deputowanym do parlamentu, jego kierownictwu. Niestety, nie mamy prawa inicjatywy ustawodawczej. Być może uda się kogoś namówić, by wystąpił z podobną inicjatywą, także w naszym imieniu.

Szakirow:
Gdy spytać co to takiego Holocaust, w Rosji zaledwie połowa ankietowanych odpowiada prawidłowo. Co robicie, by to zmienić, by uczniowie i studenci lepiej znali historię wojny?

Kanner:
W zeszłym roku udało nam się wypuścić poradnik metodologiczny jak uczyć o masowych mordach w XX wieku, tam znaczna część poświęcona jest tragedii Żydów. Ten poradnik został zatwierdzony przez Ministerstwo Oświaty. Ale w Rosji upowszechnianie wiedzy na ten temat to problem złożony, chociaż obozy śmierci znajdowały się także na naszym terytorium. Pewnego razu dyskutowaliśmy z pewnym wysoko postawionym działaczem państwowym, mogę pana zapewnić iż nie jest on w najmniejszym stopniu antysemitą. Usłyszałem wtedy, słuchaj Jura, czego wy Żydzi chcecie ze swoimi sześcioma milionami ofiar, w Rosji zginęło 30 milionów. Takie są cyfry, tu sześć milionów, tam trzydzieści.

Szakirow:
Dlaczego ludzie nie chcą znać własnej historii?


Przywrócenie godności


Kanner:
Odpowiem uczciwie, kiedy byłem dzieckiem, nie chciałem identyfikować się z tymi zamordowanymi Żydami. Zostali poniżeni i zabici. Dlatego nasz projekt uporządkowania miejsc pochówku jest próbą przywrócenia naszym ludziom godności. Jestem teraz dorosłym człowiekiem i czuję, że musimy się tym zajmować. Tak to rozumiem, w pamięci narodu utrwaliła się określona prawda, Żydzi stali się ofiarą poniżenia, wszystko im zabrano, potem zamordowano. Okazało się, że było to możliwe. Dla Rosji to ważny problem, by uświadomić sobie prawdę. Rosjanie nie chcą także znać prawdy o sobie, ich też poniżono, rozdeptano, zamordowano. W 1930 mój dziadek Abram, młynarz, stal się ofiarą rozkułaczenia. Miał swoją ziemię. Kiedy posługuję się terminem Rosjanie, mam na myśli ludzi zamieszkujących terytorium Rosji. Ich zsyłano, zabijano, ludzie umierali z głodu, cierpieli także po zakończeniu wojny. Ale nasi współcześni chcą poznawać tylko to, co dobre, po ich myśli. W tym tkwi problem.

Szakirow:
To tylko rosyjska specyfika, czy tak jest wszędzie?




W 2012 roku zainaugurowało swoją działalność w Moskwie nowoczesne Muzeum Żydowskie.



Kanner:
Nie tylko. Także w Izraelu temat Holocaustu traktowany bywa niejednoznacznie. Spora grupa obywateli Izraela nie chce identyfikować się z jego ofiarami. Mają do tego podstawy. Są bohaterami, synami bohaterów, którzy zbudowali i obronili swój kraj. Nie chcą, by ich uważano za bliskich ofiar pozabijanych jak bydło. To poważny problem psychologiczny. Jak mi się zdaje, upowszechnianiu wiedzy o Holocauście musi towarzyszyć poznawanie własnej historii, nie zaś zniekształcających historię mitów.

Szakirow:
Pokazywałem kiedyś w Warszawie swój film dokumentalny "Holocaust: klej do tapet?" Pokaz odbył się w teatrze im. Idy Kamińskiej. Oglądali film uczestnicy dokumentalnego projektu Stevena Spielberga "Przerwane Milczenie". Większość z nich cudem uratowała się od zagłady. Rozmawialiśmy potem w foyer, ale ci starsi ludzie w żadnym wypadku nie chcieli wypowiadać się do kamery. Nie chcieli, by znów zwrócono na nich uwagę, to miało związek z polskim antysemityzmem. Na czym on polega, biorąc pod uwagę fakt, iż w Polsce nie ma już prawie Żydów?

Kanner:
Nie wiem. Nie potrafię powiedzieć na ile zjawisko to jest powszechne. Mówić można co się chce, ale takie rzeczy trzeba badać, mierzyć. Też byłem w teatrze, o którym pan mówi, w przerwie rozmawiałem z kobietą w sędziwym wieku. To co mówiła, świadczyło o jej antysemityzmie. Starałem się podtrzymać rozmowę, po rosyjsku, po polsku, w jidysz. I wtedy usłyszałem słowa wypowiedziane wprost, to dobrze, że pozabijano Żydów. Nie wiem, czy udzielam właściwej odpowiedzi na pana pytanie, ale z czymś takim się zetknąłem. Ale w Polsce jest też Kraków, tam nie ma Żydów, ale można w nim zobaczyć prawdziwe żydowskie miasteczko, stare dzielnice, kawiarnie z żydowską kuchnią, turystów. To Kazimierz.


Birobidżan


Szakirow:
Odwiedzał pan położony na rosyjskim Dalekim Wschodzie Żydowski Obwód Autonomiczny Birobidżan? To terytorium budzi pana zainteresowanie?

Kanner:
Byłam tam raz. Spotkałem ludzi mówiących z akcentem żydowskim. Tam mieszka ponad tysiąc Żydów, jest synagoga, wspólny ośrodek kulturalny. Z mieszkańcami mogłem porozmawiać w jidysz. Ale tereny te nie budzą niczyjego zainteresowania. Projekt stworzenia tam obwodu żydowskiego wspierali komuniści, działacze światowej międzynarodówki. Tam pojechali ludzie z Ameryki, Europy, Palestyny. To był pomysł radziecki. Ale już moi dziadkowie oceniali go krytycznie. To chyba ma na mnie wpływ do dziś. Dla mnie, to zwykle rosyjskie terytorium położone na Dalekim Wschodzie. Pomagamy działającym tam organizacjom żydowskim, podtrzymujemy kontakty z władzami, na swoje uroczystości zapraszamy gubernatora jako gościa honorowego. Ten obwód istnieje, taka jest rzeczywistość, ale trudno w jego wypadku mówić o jakichś perspektywach… To mało prawdopodobne. Procent Żydów jest tam dziś mniejszy, niż w średnim rejonie w Rosji. Choćby w Kazaniu, w Tatarstanie, wspólnota żydowska jest o wiele większa, niż w Birobidżanie.

Szakirow:
Powinniśmy wprowadzić do kodeksu karnego kary za negowanie Holocaustu?

Kanner:
W Rosji - nie. Zgładzono tu tak wielu ludzi, iż wrażliwość na podobne sprawy jest nieco przytłumiona. Jeśli wprowadzać kary, to raczej za negowanie represji stalinowskich. Ilość ofiar Holocaustu na terytorium Rosji wyniosła 142 tysiące. To niewielka część ogólnej liczby ofiar. Poziom kolaboracjonizmu w Rosji nie był większy (nie ma tu się czym chwalić), niż w sąsiednich krajach. Getto w Nalczyku (stolica północno kaukaskiej Kabardyno-Bałkarii - "mediawRosji") przetrwało. Dzięki czemu? Bo miejscowi Kabardyjczycy nie kolaborowali. Przetrwały getta w obwodzie kałużskim i twerskim. Z tego samego powodu. W większym stopniu Rosjanie współuczestniczyli w mordowaniu własnego narodu, niż pomagali w czasach Holocaustu. Powinniśmy upowszechniać własną historię. To jest najważniejsze.




Tłumaczenie: Zygmunt Dzięciołowski
Oryginał ukazał się portalu svoboda.org: http://www.svoboda.org/content/article/27510599.html

W porozumieniu z autorem tekst został skrócony i zredagowany







*Jurij Kanner (ur. 1955), przedsiębiorca z branży budowlanej i nieruchomości. W czasach radzieckich był zastępcą przewodniczącego kołchozu na Syberii. Działacz społeczny. Od 2009 roku przewodniczący Kongresu Żydów Rosyjskich.



*Mumin Szakirow (ur. 1959), dziennikarz i reżyser filmowy. Od  1994 jest związany z radiem Swoboda. Autor głośnego filmu dokumentalnego "Holocaust, czy to klej do tapet?"



Obserwuj i polub "Media-w-Rosji" na Facebooku:

Obserwuj nas na Twitterze:

Można też do nas napisać. Zgłosić uwagi, pochwalić, zapytać: mediawrosji@gmail.com




Projekt "Media-w-Rosji" ma na celu umożliwienie czytelnikowi w Polsce bezpośredniego kontaktu z rosyjską publicystyką niezależną, wolną od cenzury. Publikujemy teksty najciekawszych autorów, tłumaczymy materiały najlepiej ilustrujące ważne problemy współczesnej Rosji. Projekt "Media-w-Rosji" nie ma charakteru komercyjnego.